Strona główna » Od Kindera do wielkiej siatkówki. Bartosz Fijałek: Spełnienie marzeń każdego sportowca

Od Kindera do wielkiej siatkówki. Bartosz Fijałek: Spełnienie marzeń każdego sportowca

inf. własna

fot. PressFocus

Powoli kończy się 32. Wielki Finał Kinder Joy of Moving. Do Gliwic zjechali różni goście, by wspierać młodych adeptów siatkówki w walce o mistrzostwo Polski w minisiatkówce. Wśród nich był Bartosz Fijałek, który kiedyś sam brał udział w tym turnieju. – Jestem pod wrażeniem, tego jak wygląda cała organizacja. Widać, że dzieciaki mają radochę z tego, co robią. Spędzają super czas, wspólnie rywalizując powiedział Strefie Siatkówki siatkarz ZAKSY Kędzierzyn-Koźle.

Wielki Finał

Karolina Wólczyńska (Strefa Siatkówki): Jesteśmy na wielkim finale Kinder Joy of Moving w Gliwicach. Co myślisz o wydarzeniu?

Bartosz Fijałek: Jestem pod wrażeniem tego, jak wygląda cała organizacja. Widać, że dzieciaki mają radochę z tego, co robią. Spędzają super czas, wspólnie rywalizując. Ja również miałem okazję wziąć udział w ścisłym finale „kinderka” w 2016 roku w Częstochowie.

Jak oceniasz rywalizację? Zamieniłbyś się z młodymi adeptami siatkówki, by przeżyć to jeszcze raz?

– Patrząc na to, jak dziś wygląda turniej, oczywiście zamieniłbym się. Byliśmy na drugiej hali, gdzie rozgrywany jest finał singla. Nawet udało nam się zagrać mały mecz z chłopakami. Także jak najbardziej, zamieniłbym się z nimi i pocieszyłbym się siatkówką. Jeśli chodzi o poziom sportowy, szczerze powiem, że trudno mi go ocenić. Nie obserwowałem meczów od deski do deski. Jestem mimo wszystko zaskoczony umiejętnościami młodych siatkarzy. Świetnie sobie radzą. Jest to wielki finał. Tutaj grają po prostu najlepsi.

Wspomnień czas

Jak wyglądało to za twoich czasów?

– Wyglądało to podobnie, choć turniej z roku na rok rośnie. Doszła kategoria singielek. Zarówno wtedy, jak i teraz widać było duży profesjonalizm ze strony uczestników. My też występowaliśmy w jednakowych koszulkach klubowych. Rodzice, którzy są małym klubem kibica, też nas wspierali w hali głośnym dopingiem.

Pamiętasz, jakie zdobyłeś miejsce?

– Z moją drużyną zakwalifikowaliśmy się raz do wielkiego finału. Graliśmy wówczas w kategorii czwórek. Bodajże zajęliśmy miejsce w przedziale 8-16. Było to duże osiągnięcie, patrząc na rozmiar turnieju. To są w końcu ogólnopolskie mistrzostwa w minisiatkówce. Ja sam nigdy nie brałem udziału w turnieju dwójek czy trójek.

Tradycja rodzinna

Pochodzisz z siatkarskiej rodziny. Jaki miałeś siatkarski start – prostszy czy trudniejszy?

– To zależy. Pod kątem samego startu było mi na pewno łatwiej, dlatego że miałem styczność tak naprawdę od niemowlaka z piłką. Właśnie dlatego że wszyscy w rodzinie grali. Wszędzie pojawiała się piłka. Odbijaliśmy w ogródku. Niekiedy bywały też cięższe momenty, ale trudno mi przywołać konkretne przykłady.

Czułeś na sobie presję oczekiwań? Była presja, byś również poszedł w siatkówkę?

– Ze strony rodziny nie było żadnej presji, że i ja mam zostać siatkarzem. Raczej to wyszło tak zupełnie naturalnie. Ja pokochałem ten sport i chciałem, chcę to robić. Ciągnęło mnie też do innych sportów. Jak w przypadku wielu dzieci grałem również w piłkę nożną w podstawówce. Próbowałem też koszykówki czy piłki ręcznej. Brałem udział w zawodach szkolnych, ale okazało się, że siatkówka jest najbliższa memu sercu.

Zmiana pozycji

Jesteś wychowankiem Akademii Talentów Jastrzębskiego Węgla. Jak wspominasz ten czas?

– Zacznę od tego, że obecnie gram na pozycji libero. Wtedy przez pierwsze półtora roku w Akademii występowałem jeszcze na rozegraniu. Zdobyliśmy mistrzostwo Polski. Wraz z trenerami uznaliśmy, że wzrost może być przeszkodą, żeby się wybić. Dlatego zdecydowałem się zmienić pozycję. Koniec końców wybór okazał się dobry, aczkolwiek na początku ciężko było mi to przeboleć. Rozgrywający uczestniczy w każdej akcji, ciągle dotyka piłki. A na libero czasami w meczu aż tęsknisz za kontaktem z piłką. Jeżeli nie zagrywają w ciebie, nie masz szans czegoś obronić, to tęsknisz po prostu za odbiciem.

Zmiana od strony technicznej nie stanowiła problemu?

Właśnie nie miałem z tym zbytnio problemu. Wiadomo, że rozgrywający odbija głównie sposobem górnym palcami, a przyjmuje się zwykle sposobem dolnym. W moim przypadku oba sposoby odbijania były bardzo naturalne. Jak wspomniałem, grałem od dziecka. Trudniejsze dla mnie było poczucie zmiany funkcji na boisku.

Z Akademii Talentów przeniosłeś się do Spały, do SMS-u.

– Tak, od pierwszej klasy liceum przez dwa lata uczyłem się i trenowałem w Spale. Jak to w Spale wracaliśmy na rozgrywki klubowe, finały wojewódzkie i już później półfinały czy finały mistrzostw Polski. Po drugiej klasie odszedłem z SMS-u. Z moim tatą podjęliśmy decyzję, że spróbuję swoich sił na testach do pierwszoligowej drużyny w Bielsku-Białej. Po tygodniu dostałem telefon, że chcą i widzą mnie w drużynie. Tak zaczęła się moja przygoda z pierwszoligowym zespołem bielskim, z którym później awansowaliśmy do PlusLigi. W klubie spędziłem trzy lata. Potem przeniosłem się do Chełma, gdzie z miejscową drużyną również awansowaliśmy do najwyższej klasy rozgrywkowej.

Zaplecze PlusLigi

Lepiej było zacząć od I Ligi niż PlusLigi?

– Wydaje mi się, że z biegiem czasu coraz bardziej doceniam to, jaką drogę wtedy wybrałem. Patrząc na ogół tego wszystkiego, jak to wygląda u młodych sportowców. Z dzisiejszej perspektywy przyznaję, że wybór okazał się słuszny. I liga była dla mnie świetnym miejscem rozwoju i jako człowieka, i jako sportowca.

Odnośnie do poziomu I Ligi i PlusLigi jest to przepaść? Czy dąży to do równowagi między tymi ligami?

– To nie jest tak, że to jest inna dyscyplina, ale różnice są. Wydaje mi się, że głównie w tym, że w PlusLidze popełnia się po prostu mniej błędów własnych. Nie odczułem dużego przeskoku, nie doznałem szoku po awansie do najwyższej klasy rozgrywkowej. Jeżeli chodzi o pracę klubów, funkcjonuje to mniej więcej na podobnym poziomie.

ZAKSA i spełnione marzenia

PressFocus

Ostatni sezon klubowy spędziłeś w Kędzierzynie-Koźlu. Jak oceniasz współpracę z Mateuszem Czunkiewiczem?

– Serdecznie go pozdrawiam. Super ziomek, pozytywny wariat. Dużo się nauczyłem od bardziej doświadczonego kolegi na tej samej pozycji co ja. Przegadaliśmy długie godziny. Sporo czasu spędziliśmy w swoim towarzystwie – nie tylko ja z Czunkiem, ale też z resztą drużyny.

Jak ogólnie wyglądał twój pierwszy sezon w ZAKSIE?

– Przez nieszczęście kolegi z drużyny – Mateusza Czunkiewicza – dostałem szansę grania, którą wykorzystałem na tyle, na ile mogłem. Zostaję w Kędzierzynie-Koźlu na przyszły sezon. Dostałem powołanie do reprezentacji Polskich seniorów. Tak że myślę, że to spełnienie marzenia każdego sportowca.

Było ci trudno wskoczyć w buty pierwszego libero?

– Nie, nie było. Czułem spory głód grania w pierwszej szóstce. Cieszyłem się po prostu, że jest taka szansa. Oczywiście nie cieszyłem się, że Mateusz przechodzi przez kontuzję. Kibicowałem mu, by szybko wrócił do formy.

Zobacz również:
Kinder Joy of Moving. Łukasz Kaczmarek: Zamieniłbym się z nimi

PlusLiga