Sir Sicoma Monini Perugia po raz kolejny zagra w wielkim finale Ligi Mistrzów. Kamil Semeniuk i spółka 3:0 pokonali PGE Projekt Warszawa, ale lekką zadyszkę włoska ekipa złapała w trzeciej partii. – W trzecim secie mieliśmy już dużą przewagę i trochę chyba za bardzo byliśmy pewni siebie. Daliśmy Projektowi pole do popisu. Prowadzenie nam stopniało do tego stopnia, że graliśmy punkt za punkt. Cieszę się, że udało nam się wytrzymać – powiedział przyjmujący Perugii, Kamil Semeniuk.
Dominatorzy
Sir Sicoma Monini Perugia w dwóch pierwszych setach półfinałowego starcia Ligi Mistrzów dominowała. Choć PGE Projekt Warszawa momentami nawiązywał wyrównaną walkę, to jednak było widać, że to obrońcy tytułu dyktują warunki na parkiecie. – Czuję w nogach, że musieliśmy się napracować. My też potrafimy grać w siatkówkę i jak wejdziemy w swój rytm, to można powiedzieć, że dominujemy na boisku. Przydarzają się nam jednak czasami takie momenty, gdzie jesteśmy bardziej rozluźnieni, mniej skoncentrowani, niekonsekwentni w tym, co robimy. Wtedy przewagi troszeczkę nam uciekają, a na pewno byłoby spokojniej to zwieńczyć w trzeciej partii podobnym wynikiem, jak w dwóch poprzednich – powiedział Kamil Semeniuk.
Rozluźnienie
Lekką zadyszkę podopieczni Angelo Lorenzettiego złapali w trzeciej partii, w której rywale byli w stanie doprowadzić do remisu, a nawet mieli piłkę setową. Ostatecznie jednak Perugia dopięła swego. – W trzecim secie mieliśmy już dużą przewagę i trochę chyba za bardzo byliśmy pewni siebie. Daliśmy Projektowi pole do popisu. Prowadzenie nam stopniało do tego stopnia, że graliśmy punkt za punkt. Cieszę się, że udało nam się wytrzymać i finalnie trzeci set też przypieczętować na naszą korzyść i zamknąć całe spotkanie – mówił przyjmujący mistrzów Włoch.

fot. CEV
Przyznał on, że to nie tylko rozluźnienie jego ekipy wpłynęło na tak zaciętą końcówkę. – Warszawianie dobrze zaczęli grać, ale my też trochę straciliśmy skuteczność na siatce, popełnialiśmy proste błędy. Mówiliśmy sobie, że okej, okej, mamy sporą przewagę, więc spokojnie. Ona jednak zaczęła topnieć i topnieć, aż doszło do stanu po 22 i naprawdę zaczęły się nerwy. W takim turnieju zawsze najlepiej zamykać mecze jak najszybciej, żeby móc zachować siły na kolejne starcie – podsumowała jedna z gwiazd Perugii.
Powtórzyć wynik z poprzedniego roku
Sir Sicoma Monini Perugia w zeszłym sezonie zdobyła złoty medal Ligi Mistrzów, w finale pokonując Aluron CMC Wartę Zawiercie. Teraz stoi przed szansą powtórzenia tego sukcesu, choć jak przyznaje zawodnik, to zupełnie inna historia niż rok temu. – Ja podchodzę do każdego takiego Final Four czy wcześniejszych Superfinałów tak, jakby to była kompletnie nowa historia. Mamy inną drużynę, do tego dwie nowe drużyny w Final Four, więc nie można tego porównywać jeden do jednego. Nie bronimy tytułu, tylko walczymy o Puchar Europy – powiedział Semeniuk.
Zobacz również: Jan Firlej zapowiada walkę o brąz
Kibice nie dopisali
Cieniem na turnieju finałowym w Turynie kładzie się frekwencja na trybunach. Gołym okiem, zarówno na żywo, jak i w obrazie telewizyjnym, widać sporo pustych miejsc. – Trochę słabo to faktycznie wygląda. Ale czapka z głów dla naszych kibiców z Perugii, którzy naprawdę ogromną część widowni w Turynie zapełnili. Są z nami zawsze na dobre i na złe, wszędzie z nami jeżdżą i super się gra, mając takich kibiców za plecami. Mogłoby jednak przyjść więcej ludzi. Mam nadzieję, że w wielkim finale i w meczu o trzecie miejsce będzie więcej kibiców i trybuny faktycznie zapełnią się po same brzegi – skwitował Kamil Semeniuk. Mecz o złoto Ligi Mistrzów odbędzie się w niedzielę, 17 maja o godzinie 20:30.

fot. CEV









