Równolegle do turnieju Ligi Europejskiej siatkarek, trwa drugi tydzień zmagań w ramach zawodów panów. Przed tygodniem na próżno można był czekać na pięciosetowe pojedynki. Tym razem wiele wskazuje, że będzie podobnie. Faworyci robią po prostu swoje, a jeden pełen dystans to bardzo mało.
Nie było mowy o momencie zawahania
Na start grupowych starć w drugim tygodniu zmagań Albańczyków czekał pojedynek z Finami. Początek meczu obfitował w emocje, a inauguracja wydawała się nie mieć końca. Potem jednak dominacja Skandynawów była przytłaczająca, co przełożyło się na ich wygraną 3:0 (34:32, 25:18, 25:11). Albańczycy mogą żałować niewykorzystanej szansy, ale przy tak grających Luku Marttili i Veikku Lindqvistcie ciężko było o czymś więcej myśleć. Pierwszy z zawodników zdobył 18 punktów, a drugi z nich 17.
We znaki swojemu przeciwnikowi mocno wdała się też reprezentacja Czech. Sąsiedzi Polaków z południa nie mieli litości dla Bośniaków, zwyciężając 3:0 (25:16, 25:22, 25:15). Nawet w najbardziej wyrównanym drugim secie nominalni gospodarze nie mieli prawa głosu. Trener Dusko Nikolić nie miał większego planu na mecz. Całe show skradał natomiast Patruk Indra, autor 17 punktów. Dobrze zagrał też Matej Pastrnak.
Bardzo sprawnie z rywalem udało się uporać również Grekom. W ich przypadku chodziło o Islandczyków, którzy ani razu nie dociągnęli do 15 punktów, przegrywając 0:3 (14:25, 13:25, 12:25). Nominalni goście postawili wysoko poprzeczkę. Całej drużynie przewodził Dimitrios Mouchlias, który zdobył 14 punktów. Widząc tak dużą przewagę trener Greków stawiał jednak na zmienników, a szansę zagrania otrzymał każdy z graczy. Nie inaczej było wygranym meczu przez Portugalczyków, gdzie w tyle do końca była ekipa Czarnogórzan – 3:0 (25:16, 25:19, 25:14). Od początku do końca prym wiodła dwójka Alexandre Ferreira i Andre Pereira, choć to nie jedyne mocne ogniwa w tym zespole.
Zdominowani mogą czuć się również Gruzini po spotkaniu z Holendrami. Pomarańczowi dają wszystkim do zrozumienia, że jak najszybciej chcą wrócić do Ligi Narodów. Dowodem na to była kolejna wygrana 3:0 (25:18, 25:11, 25:11) Pomarańczowych. Praca Joela Banksa przynosi efekty. 8 oczek zdobył Tom Koops, po 7 dołożył duet Siebe Korenblek i Yannick Bak. Sporo czasu na grę otrzymała też szeroka grupa zmienników.
Egzekucja za egzekucją…
Trzema setami zakończył się też mecz Luksemburczyków ze Szwajcarami. Tutaj nacją dominującą była Szwajcaria, zwyciężając 3:0 (25:22, 25:20, 25:20. Mimo wszystko grupa nominalnych gospodarzy postawiła się faworytom, lecz do przełamania było daleko. Najwięcej do powiedzenia miała para Etienne Schalch i Alexander Lengweiler, która mierzyła się z Filipem Bilanem.
Grupa, gdzie jedna ze stron nie zdołała w jakimś secie zdobyć więcej niż 10 oczek, z tygodnia na tydzień się powiększa. Antybohaterami pierwszego dnia drugiego tygodnia turniejowego został Azerbejdżan. Azerowie z seta na set prezentowali się coraz gorzej, oddając inicjatywę Rumunom – 3:0 (25:23, 25:12, 25:7). Trener Boris Grebennikov sam rozkładał ręce, podczas gdy nie do zatrzymania był Ionut Balean, autor 16 punktów.
Podobnie do poprzedniego meczu wyglądało też starcie Estończyków z Kosowianami. Tutaj Estończycy od początku do końca robili co chcieli, zwyciężając 3:0 (25:13, 25:13, 25:9). Ciężko wymarzyć sobie lepszy start, a nie do zatrzymania było trio Andreas Jefanov – Alex Saaremaa – Valentin Kordas.
Udało im się rozgrzać kibiców!
Wyłącznie jeden mecz z piątkowych potrwał dłużej niż 'ustawa przewidziała’. Ze schematu wyłamały się bowiem Norwegia i Izrael, pokazując, że mocje mogą sięgać zenitu. Początkowo na prowadzeniu znaleźli się Izraelczycy, którzy jednak nie skorzystali ze swojej szansy. Przespany trzeci set okazał się punktem zwrotnym, a ambitnym Skandynawom udało się doprowadzić do remisu 2:2. O losach spotkania zadecydował jednostronny tie-break, który należy podsumować słowami – co się uciecze, to się nie odwlecze, bowiem po wygraną sięgnęła grupa z Izraela – 3:2 (25:18, 25:17, 17:25, 23:25, 15:10).
Trener Łukasz Marciniak raczej od początku trzymał się obranej taktyki. Motorem napędowym Norwegów była para Oskar Espeland oraz Holst Kavli. Obu graczom bowiem udało się ugrać po 19 punktów. Po drugiej stronie zabójczo skuteczni byli natomiast Mark Rura i Mayo Liberman, autorzy kolejno 26 i 25 punktów.
Zobacz również:
Szwecja, Węgry, a może jakiś outsider? Trwa bój o koronę Ligi Europejskiej









