Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Publicystyka > Felietony > Okiem siatkarza: Nyski teatr marzeń

Okiem siatkarza: Nyski teatr marzeń

fot. Katarzyna Antczak

Wielu inwestorów uważa, że w trakcie kryzysu warto stawiać na surowce, choćby takie jak złoto i srebro. Ktoś z Plusligi poszedł tym samym tokiem myślenia i postawił na stop żelaza z węglem, czyli na stal, a raczej Stal Nysa.

Po piętnastu latach pobytu w pierwszoligowych czeluściach, dwukrotny wicemistrz Polski i zdobywca Pucharu wraca, jak to wielu nyskich kibiców powie, na należne miejsce. I dziś właśnie o tym mój felieton. Przekornie, sam klub nie będzie tu głównym bohaterem, tylko ten niechlubny czas, symboliczne miejsce, kibice i unoszące się emocje. Nie zawsze te pozytywne.



Głuchołaska 12 – bardziej znana jako „nyski kocioł”. Z początkiem dwudziestego wieku mieściła się tam siedziba Katolickiego Przymierza Krzyża, gdzie znajdował się klub abstynencki. Doktor Strehler, założyciel owej organizacji, pewnie nie przypuszczał, że w obiekcie wszelakich ograniczeń powstanie kino, a później sławna na całą siatkarską Polskę hala, w której ktoś szczelnie zamknie cztery ziemskie żywioły, a cisza i spokój to dwa słowa, które uległy tam przeterminowaniu.

Miejsce i czas. Miejsce, o którym wam piszę było magiczne i przeklęte jednocześnie. Czas, te piętnaście lat to baśń, o wynikach, które były kłamstwem, a jedyną prawdą była zamierzchła klubowa historia. Kiedy to panowała choroba wiecznego niespełnienia, ale mimo to mecze czuło się wszystkimi zmysłami, organoleptycznie.

Jak tak teraz myślę, to dla kibiców „nyski kocioł” był wówczas pułapką wiecznego rozczarowania. Miejscem, gdzie nikt nawet nie chciał szepnąć, że czasy świetności ich ukochanego klubu były przeszłością albo życzeniem. Teatrem niezrealizowanych marzeń i obietnic, gdzie dramaty były rozgrywane częściej aniżeli superprodukcje. Nie zmieniało to wcale faktu, że bilety zazwyczaj były wykupione w komplecie.

W Nysie spędziłem trzy sezony, przez dwa byłem kapitanem. Dwukrotnie skończyliśmy ligę w pierwszej czwórce, zdobywając rok po roku akademickie mistrzostwo Polski. Pamiętam jakie wrażenie zrobił na mnie szatański klub kibica. Wędrujący po całym ciele dreszcz, był niczym czar rzucony przez lamię. Niesamowite przeżycie.

Zdarzały się jednak też negatywne historie, na które zawsze mieli usprawiedliwienie. Doprowadzili do zwolnienia trenera Palacza, kiedy to byliśmy na trzecim miejscu w tabeli, a celem przedsezonowym miało być utrzymanie. Kiedy to po wygranym meczu zapraszali na piwo, a po porażce w następnej kolejce, potrafili wypomnieć to jako przyczynę porażki. Nosili na rękach swojego wychowanka Oleja, by później nazywać go „łajzą”. Kiedy to Martin Vlk, który był niczym energia skumulowana w górotworze, którą jeden z kibiców nagle wulgarnie rozładował czym doprowadził niemalże do bójki w trakcie trwającego meczu. Jak również sytuację, jak to jendnosylabowym epitetem, męskej części ciała kwitowano pracę sędziów. Byli jak cenzorzy, ich miarą były zawsze duchy naznaczone medalową przeszłością. Oceniali błyskawicznie.

Mimo tego co napisałem, paradoksalnie uważam, że kibice byli najważniejszą częścią układanki nyskich puzzi, bo nie zgodzili się na przeciętność ich klubu. Kiedy hala przestała być balastem, wartość sportowa nie przynosiła już wstydu, choroba niespełnienia została wyleczona poprzez rozwój klubu i mądrość działaczy i burmistrza tego pięknego miasta.

Zafón w jednej ze swoich książek napisał: „Pijemy by rozpamiętywać, piszemy by zapomnieć” i niech ten napisany przeze mnie tekst będzie kropką w opowieści o chudych latach klubu z Nysy. Gdyby jednak któryś z kibiców chciałby, mimo wszystko, powspominać, to zapraszam na piwo.

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, Felietony, PlusLiga

Tagi przypisane do artykułu:
, ,

Więcej artykułów z dnia :
2020-07-08

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved