Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > PlusLiga > Michał Winiarski: Najpiękniejsze jest to, co dzieje się tu i teraz

Michał Winiarski: Najpiękniejsze jest to, co dzieje się tu i teraz

fot. Katarzyna Antczak

– Bycie trenerem wiąże się z tym, że po dwóch, trzech wygranych meczach jest się świetnym szkoleniowcem. Po kolejnych przegranych staje się beznadziejnym. I w jednym, i drugim momencie trzeba być sobą i skupiać się na pracy. Pomaga zarówno w trudnych, jak i łatwiejszych chwilach. Odwraca uwagę od tego, co się dzieje – mówi w wywidzie dla serwisu sport.tvp.pl Michał Winiarski.

Jak długo czuł pan, że przeciąga metaforyczną linę z losem i zdrowiem, jeśli chodzi o siatkarską karierę?



Michał Winiarski:Od 23. roku życia.

Żartuje pan?

– Nie. Od pierwszej operacji barku, która wykluczyła na pół roku. Najpierw czekała mnie żmudna rehabilitacja, a następnie praca nad powrotem do wysokiej formy. Granie w reprezentacji i klubie powodowało, że eksploatowałem ciało prawie non-stop. Po trudnych sezonach klubowych z Ligą Mistrzów i pucharami, czasu na przerwę i regenerację nie było prawie wcale. W tamtym czasie bardzo poważnie traktowano również Ligę Światową, która rozpoczynała się niemalże zaraz po zakończeniu rozgrywek. Możliwe, że gdybym słuchał organizmu, byłoby lepiej. Niestety, miałem tendencję do zagłuszania dolegliwości tabletkami przeciwbólowymi. Życie profesjonalnego sportowca wiąże się z niezliczoną liczbą spotkań. Nie da się grać całkowicie bez bólu i wyrzeczeń. Jednocześnie, nie jestem w stanie odpowiedzieć sobie na pytanie, czy bez naginania zdrowia do granic możliwości, osiągnąłbym to, co osiągnąłem. Teraz jestem szczęśliwy. Po zakończeniu kariery sportowca czuję się dobrze, nie ma już bólu. Spełniam się jako trener. Dzięki temu przejście do kolejnego etapu rozwoju zawodowego było dla mnie łatwe. Emocje nie uciekły. Są nadal tak samo intensywne jak wtedy, kiedy byłem siatkarzem.

Kto pierwszy powiedział panu, że jak będzie się tak eksploatował, kariera zakończy się wcześniej?

– Nikt poza lekarzami. Tylko oni wspominali, że powinienem się zatrzymać, bo potrzebuję przerwy. Niestety, mam tak, że jak już sobie coś wbiję do głowy, to trudno to wyperswadować. Pierwsze pytanie, które kierowałem do specjalistów, to to, czy bardzo ryzykuję. Jeśli odpowiedź brzmiała „nie, ale jest ryzyko”, dla mnie było ona jednoznaczna z tym, że nie ryzykuję nic.

Co myśli kapitan reprezentacji Polski podczas meczu Iranem na mistrzostwach świata, kiedy czuje zwalający z nóg ból?

– Co zrobić, żeby wrócić jak najszybciej. Błyskawicznie zrobiliśmy badania. Doszliśmy do wniosku, że nie było bardzo poważnego powodu, który mógłby wykluczyć mnie z dalszej gry. Problem był tylko taki, że po miesiącu wróciłbym na parkiet bez środków farmakologicznych po zwykłej rehabilitacji. My mieliśmy tydzień. Sztab powiedział mi o wszystkich za i przeciw. Tych drugich jednak nie widziałem.

Tak szybki powrót mógł się wiązać z kalectwem. Naprawdę nie było w tej mierze żadnej refleksji?

– Decyzja zapadła w trzydzieści sekund. Nie chcę robić z siebie bohatera, ale tak właśnie działam. Pierwsze moje pytanie było o to, co mam zrobić, by wrócić do gry za dwa dni.

Kiedy przestał pan odczuwać skutki blokady, którą założono?

– Wróciłem do grania. Kolejne trzy miesiące były ok, ale później pojawiły się objawy neurologiczne. Miałem problemy z chodzeniem, ponieważ wypadł mi dysk. Nie czułem wtedy paradoksalnie bólu, ale widziałem, że organizm powoli przestaje funkcjonować tak, jak dawniej. Nie mogłem stanąć na palce, nie czułem mięśni łydki. Operacja, która przeprowadził doktor Chrzanowski, przedłużyła mi nadzieję na powrót do sportu.

Kiedy konkretnie pomyślał pan, że czas się skończył?

– Kiedy zaczęła boleć mnie szyja. Starałem się to przetrenować, ale ból nie przechodził. Wracałem z meczu Ligi Mistrzów z Lube, kiedy ręka zaczęła mi pulsować. Nie miałem siły w kciuku, zaczął on opadać i słabnąć. Rezonans wykazał, że potrzebna jest operacja. Była ona na tyle poważna, że trzeba było ją wykonać natychmiast. W innym przypadku mogłoby się to skończyć niedowładem ręki i całego pasma, za które odpowiedzialna była przepuklina. Doktor powiedział, że będę mógł po tym wrócić do gry. Wtedy odezwało się moje sumienie. Zrozumiałem, że wyczerpałem limit szczęścia i przeholowałem. Uświadomiłem sobie, że przede mną czas cieszenia się rodziną i osiągnięciami, których dokonałem przez całą karierę.

Po karierze sportowca został pan trenerem. Na początku szkolił się pan pod okiem Roberto Piazzy. Gdyby po jego odejściu zaproponowano panu wakat pierwszego szkoleniowca w PGE Skrze Bełchatów, podjąłby się pan tego wyzwania?

– Wyznaję zasadę, że nie myślę, co by było gdyby. Nie mam się nad czym zastanawiać. Trafiłem do Trefla, który zaproponował mi bycie pierwszym trenerem. To właśnie w tym klubie, a nie innym, znalazły się osoby, które mi zaufały.

Co jeszcze chciałby pan osiągnąć w życiu zawodowym?

– Nauczyło mnie ono, że najpiękniejsze jest to, co dzieje się tu i teraz. Nie staram się wymyślać na siłę założeń i tego, co będzie. Skupiam się na najbliższym okresie. Bycie trenerem wiąże się z tym, że po dwóch, trzech wygranych meczach jest się świetnym szkoleniowcem. Po kolejnych przegranych staje się beznadziejnym. I w jednym, i drugim momencie trzeba być sobą i skupiać się na pracy. Pomaga zarówno w trudnych, jak i łatwiejszych chwilach. Odwraca uwagę od tego, co się dzieje. To chcę osiągnąć – zawsze patrzeć na to, co w danej chwili mogę zrobić.

Cały wywiad Sary Kalisz w serwisie sport.tvp.pl

źródło: sport.tvp.pl

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, PlusLiga

Tagi przypisane do artykułu:
, , ,

Więcej artykułów z dnia :
2020-12-24

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2021 Strefa Siatkówki All rights reserved