W tym sezonie Kewin Sasak zaliczył blisko trzymiesięczną przerwę od gry. Atakujący Bogdanki LUK Lublin i reprezentacji Polski borykał się z kontuzją ramienia i jak przyznał w rozmowie z Przeglądem Sportowym ledwo uniknął operacji, która mocno skomplikowałaby jego sytuację. – gdybym musiał poddać się zabiegowi, przepadłby mi sezon klubowy, a i kadrowy stanąłby pod znakiem zapytania – powiedział.
Intensywny czas i narastający problem
Jeszcze na początku listopada Kewin Sasak szalał w ataku Lublinian, w finale Superpucharu Polski zdobył 16 punktów i na koniec wzniósł z zespołem trofeum. Sasak grał jeszcze mniej więcej do końca roku, a z czasem wypadł ze składu meczowego. Wszystko przez uraz barku. W lutym sytuacja zdrowotna w ekipie mistrzów Polski była na tyle zła, że mówiło się o transferze medycznym. Z czym borykał się atakujący?
– Naderwanie mięśnia nadgrzebieniowego. Obrąbek stawu ramiennego też był trochę uszkodzony, co z kolei podrażniło mięśnie bicepsa. Wszystko to objawiało się ostrym bólem, uniemożliwiającym mi swobodny ruch ręką w różnych kierunkach i zakresach. Przede wszystkim potrzebowałem czasu, żeby to wszystko się wygoiło – zdradził w Przeglądzie Sportowym Onet Sasak. Siatkarz wcześniej grał mimo problemów. – Wcześniej wyciszaliśmy dolegliwości lekami przeciwbólowymi. Robiliśmy tak głównie dlatego, że mieliśmy do rozegrania mecze w Lidze Mistrzów czy decydujące starcia w Pucharze Polski – powiedział.
Szukanie pomocy
Kewin Sasak miał nad sobą widmo zabiegu. Ten wyłączyłby go na dużo dłuższy czas. Siatkarz, szukając rozwiązań, udał się do Włoch, aby skonsultować swój przypadek ze specjalistą, profesorem Giuseppe Porcellinim. Włoski ortopeda wykluczył konieczność operacji, zalecając intensywne leczenie zachowawcze i prewencyjne. To uratowało mu sezon klubowy i nie tylko.
Pod koniec marca, po ciężkiej pracy w trakcie rekonwalescencji, atakujący zaczął wracać do gry.
– Wcześniej konsultowałem się z kilkoma specjalistami w Polsce. Początkowo obraz z rezonansu magnetycznego wskazywał, że na pewno będzie potrzebna operacja. Później udałem się do kolejnej kliniki, gdzie usłyszałem, że uszkodzenie nie jest na tyle poważne, by przeprowadzać zabieg. W lutym poleciałem na tydzień do Włoch, do prof. Porcelliniego. Pierwszego dnia pobytu w jego klinice miałem dzień testowy, gdy sprawdzano siłę lewej i prawej ręki, żeby ocenić, jak duża jest dysproporcja między tymi stronami. Przez kolejne dni pracowałem pod okiem fizjoterapeutki. Ona sprawdzała, na ile jestem w stanie wykonywać poszczególne ćwiczenia. Ostatni dzień to była wizyta u profesora, który wykonał testy manualne, sprawdził rezonans i stwierdził, że obejdzie się bez operacji. Dla mnie to była kluczowa informacja, bo gdybym musiał poddać się zabiegowi, przepadłby mi sezon klubowy, a i kadrowy stanąłby pod znakiem zapytania – opowiedział w rozmowie z Edytą Kowalczyk.
A kadra?
Już 16 kwietnia poznamy szeroki skład reprezentacji Polski na sezon 2026. W składzie najprawdopodobniej nie zabraknie też Kewina Sasaka. Ten ma za sobą całkiem udany ubiegłoroczny sezon kadrowy. Mało tego, nazwany był odkryciem Nikoli Grbicia. Błyszczał zwłaszcza w turnieju finałowym Siatkarskiej Ligi Narodów, w którym został wybrany najlepszym atakującym. Sam ze swoich występów z orzełkiem na piersi był zadowolony.
– Zyskałem tyle pozytywnego doświadczenia, ogrania, że trudno to w jakikolwiek sposób zmierzyć. Na kadrze jest też Marcin Komenda, z którym dobrze znamy się z klubu, więc nie musieliśmy budować tego zgrania od nowa. Łatwiej było też odnajdować się nam w trudniejszych sytuacjach, kiedy np. przyjęcie zagrywki nie zawsze było dokładne, więc trzeba było atakować z niewygodnej pozycji. Z Jankiem Firlejem też dobrze się dogadywaliśmy na boisku. Wszystko jest kwestią tego czasu spędzonego na boisku – stwierdził.









