Bartłomiej Lemański rozgrywa fantastyczny sezon. Jest to jego dwunasty na poziomie PlusLigi, więc sporo już doświadczył i wiele zobaczył. Jak według środkowego wyglądają polskie rozgrywki względem poprzednich lat? Co było najtrudniejsze w eksperymencie gry na ataku? Czy liczy na powołanie od Nikoli Grbicia? Na te pytania środkowy odpowiedział w wywiadzie ze Strefą Siatkówki.
Plusliga? zupełnie inna niż do tej pory
Aleksandra Suszek (Strefa Siatkówki): Sezon 2025/2026 jest twoim dwunastym w PlusLidze. Pamiętasz drugi taki sezon, gdzie dosłownie każda strefa tabeli była wyrównana?
Bartłomiej Lemański: – Oj nie. Na ile sięgam pamięcią, to gdy zaczynałem karierę w PlusLidze, już przed sezonem można było mniej więcej przewidzieć, jak będzie wyglądała góra i dół tabeli. Raczej to wyglądało tak, że były ze trzy kluby, które faktycznie walczyły o medale. Z biegiem lat jednak to się mocno zmienia. To jest wyraźnie zauważalne, chociażby po niektórych zespołach, które zaskakują, a raczej wielu by na nich nie stawiało. Widać to też przede wszystkim po klubie z Częstochowy. Duże zaskoczenie. Zdecydowanie przed sezonem nikt by nie stawiał, że to jest klub do spadku.
Z PGE GiEK Skrą Bełchatów obecnie walczycie o play-off. Faza zasadnicza była w waszym wykonaniu świetna na początku, później pojawiały się gorsze momenty. Co w tym sezonie było trudniejsze niż pokazują statystyki i tabela?
– Nie wiem czy wskazałbym jedną rzecz. Myślę, że każdy ma swoje problemy, ale nie zawsze one wychodzą. U nas był taki moment przełomowy w końcówce poprzedniego roku, gdzie zaczęły pojawiać się problemy zdrowotne. Trafiliśmy też na dłuższą przerwę świąteczną. Mieliśmy przekładane mecze i to był taki moment, gdzie troszkę nasza gra siadła i nie wyglądała tak jakbyśmy chcieli. Mimo tej dobrej pierwszej rundy zaczęliśmy drugą zdecydowanie dużo gorzej i musieliśmy stawić temu czoło. Jestem zadowolony z tego, jak udało nam się wyjść z tego trudnego momentu – nie mówię o samym trenowaniu, ale o postawie jako całej drużyny.
Eksperyment, który udał się zjawiskowo
Długo już grasz i wiele doświadczyłeś, ale taki scenariusz, jak w meczu ze Ślepskiem Suwałki był czymś zupełnie nowym. Jak ci się grało na skrzydle?
– Nie wiem co było najtrudniejsze w tym eksperymencie – chyba to, żeby zacząć. To był pierwszy raz, kiedy faktycznie w ligowym meczu mogłem zagrać na skrzydle. Wcześniej, gdy byłem w wieku juniorskim, trener próbował postawić mnie właśnie w roli atakującego, żebym potrenował. Nie da się mimo wszystko tego porównać do takiego wyzwania w ekstraklasie.
Trenowaliście wcześniej taki wariant czy trener puścił cię na głęboką wodę?
– Trenowaliśmy ten wariant kilka razy, w razie ewentualnych problemów ze zdrowiem atakujących. Miałem więc z tyłu głowy, że to się może wydarzyć, ale jednak ta decyzja padła na tyle szybko, że trzeba było się równie szybko przestawić. Dlatego najtrudniejsze było wykonać te pierwsze dwa ataki, żeby wejść zupełnie inny tryb.
Trudny etap przejściowy

Pamiętasz moment, kiedy pierwszy raz pomyślałeś: „Jestem już pełnoprawnym zawodnikiem tej ligi” ?
– Myślę, że ciężko wskazać taki jeden moment. Mój pierwszy sezon w PlusLidze był bardzo intensywny, jak na młodego zawodnika. To był mój ostatni rok juniorski, byłem jeszcze w klasie maturalnej. W trakcie sezonu zostałem podstawowym zawodnikiem szóstkowym. Wówczas Politechnikę Warszawa prowadził Jakub Bednaruk i stawiał dużo na mnie, więc już wtedy miałem sporą odpowiedzialność na sobie, że w tej szóstce wychodziłem. Z biegiem lat zawsze tak siebie postrzegałem, że chciałbym dużo grać w tej pierwszej szóstce. Nie chciałem trafić do klubu, gdzie mógłbym zostać w cieniu pozostałych graczy i mieć problem ze swoim rozwojem.
Jakie momenty w karierze sportowej, z perspektywy czasu uważasz za trudne do przepracowania, ale konieczne do tego, żeby osiągnąć sukces?
– Myślę, że to jest moment, kiedy z zawodnika zdejmuje się taką łatkę, że to jest jeszcze młody sportowiec. Z własnych doświadczeń mam wrażenie, że do pewnego wieku młodym zawodnikom daje się jeszcze czas. Jak popełniają błędy lub nie radzą sobie z jakąś presją czy innych obszarach, to jeszcze otrzymują kredyt zaufania – są jeszcze młodzi, niedoświadczeni i potrzebują czasu, by do tego dojść. Ale przychodzi taki moment, że już się tak nie mówi. I ten kredyt zaufania już się troszkę zmniejsza i odpowiedzialność jest znacznie większa.
Psychologia sportu – temat tabu czy większa świadomość?
Jak wiele w siatkówce daje współpraca z psychologiem sportu?
– Według mnie to jest kwestia indywidualna. W moim przypadku uważam, że bardzo dużo. Są jednak zawodnicy, którzy radzą sobie w tej sferze na tyle dobrze, że współpraca z psychologiem może im pomóc, ale nie wiem, czy to będzie tzw. game changer. Myślę, że większość zawodników na tym skorzysta w dużej mierze. Uważam, że są sportowcy, którzy takiego wsparcia potrzebują i ja zaliczam się do tego grona, które musi dużo pracy włożyć w tę kwestię.
Korzystanie ze wsparcia psychologa w sporcie wciąż jest tematem tabu?
– Na pewno inaczej wygląda to teraz, niż 10 lat temu. Wciąż jednak jesteśmy na takim etapie, że niezależnie czy to jest psycholog sportu, czy zwykły psycholog – raczej ludzie niechętnie o tym mówią. Ale wydaje mi się, że to się zmienia. Ja odkąd sam zacząłem pracować nad sobą i bardzo się interesować tą kwestią, nie miałem z tym problemu. Nawet sam bardzo chętnie o tym mówię. Właśnie po to, żeby innych zachęcać takiej pracy, bo niektórzy się tego wstydzą lub nawet nie podchodzą do tematu właśnie ze względu na to, że różnie ludzie na to patrzą. Idzie to jednak ku dobremu, bo mamy też postacie w sporcie, które otwarcie o tym mówią.
Chociażby Mariusz Wlazły, który współpracuje w Treflu Gdańsk jako koordynator przygotowania psychologicznego.
– Dokładnie. A wychodząc już poza siatkówkę, są sportowcy, którzy w swoim sztabie mają psychologów sportu. Choćby Iga Świątek i jej znana praca z psychologiem sportu jest takim fajnym przykładem, że jednak można to nagłaśniać i normalizować.
Czeka na telefon od Nikoli Grbicia

Swoją karierę w pełni poświęciłeś polskiej lidze, ale przed tobą jeszcze kilka ładnych lat grania. Bierzesz pod uwagę grę za granicą?
– W przeszłości pojawiały się oferty, ale nie były na tyle ciekawe, żebym zdecydował się wyjechać. Oczywiście sam tego nie wykluczam, ponieważ traktowałbym to może jako przygodę. Mamy jednak na tyle silną ligę, że nie chciałbym zejść z jakiegoś poziomu na poczet innej ligi.
Oferta z jakiej ligi byłaby w stanie cię przekonać?
– Zawsze chciałem zagrać lidze włoskiej. Nie miałem jeszcze takiej okazji, ale chętnie bym spróbował. Natomiast jeśli zdarzy się tak, że spędzę całą karierę w PlusLidze, to naprawdę nie będę narzekał.
Niedługo koniec sezonu ligowego, a co za tym idzie – powołania do kadry. Chciałbyś, żeby obudził cię telefon od Nikoli Grbicia?
– Czekam na to. Mimo, że kończę niedługo 30 lat i nie jestem już najmłodszy, to liczę, że uda mi się jeszcze dostać tą drugą szansę i załapać się do składu. Bardzo chciałbym zagrać jeszcze w biało-czerwonych barwach.
Zobacz również:
Ciekawa wizja Jakuba Kochanowskiego. To byłby eksperyment w PlusLidze




![Środkowy, który gasi pożar na ataku. Nikola Grbić zadzwoni? „Czekam na to” [wywiad]](https://siatka.org/wp-content/uploads/2026/03/siatka.org-1200x800-7_Easy-Resize.com-1-375x250.jpg)




