Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > inne > Wojciech Maroszek: Utrzymanie koncentracji to bardzo trudne zadanie

Wojciech Maroszek: Utrzymanie koncentracji to bardzo trudne zadanie

fot. LUMIKA Anna Klepaczko

Wojciech Maroszek od wielu lat jest czołowym polskim sędzią docenianym w kraju i za granicą. W tym roku będzie miał okazję potwierdzić swoje kompetencję na najważniejszej sportowej imprezie – Igrzyskach Olimpijskich Tokio 2020. – Marzy mi się, żebyśmy za granicą mieli tak silną pozycję jak np. Włosi czy Rosjanie, którzy regularnie na imprezach międzynarodowych, mają po kliku swoich arbitrów. W Polsce mamy w tej chwili grupę niespełna pięćdziesięciolatków, którzy mają bogate doświadczenie zawodowe i oferują bardzo wysoką jakość sędziowania. Ja mam 46 lat, a u nas nie zdarzało się zazwyczaj, żeby sędzia, który jedzie na igrzyska mógł teoretycznie pojechać na kolejną tego typu imprezę za 4 lata. – mówi Przewodniczący Wydziału Sędziowskiego PZPS.

Sędziowanie to dla pana jeszcze hobby czy już praca?



Wojciech Maroszek:W ciągu ostatnich lat rzeczywiście jest to jedna z moich największych aktywności zawodowych. Przygotowanie do igrzysk oznacza konieczność wzięcia udziału w topowych imprezach w Europie i na świecie, a to równa się nieobecnościom w domu rzędu sześćdziesięciu czy siedemdziesięciu dni w roku, które poświęcam tylko na mecze zagraniczne.

To imponujące liczby! Udało się pan zliczyć ile w ciągu jednego roku prowadzi pan spotkań?

– Zawody klasy między narodowej to około 40-50 meczów, w kraju jest to kolejne ponad 20 spotkań, a do tego dochodzą jeszcze mecze rangi wojewódzkiej. Myślę, że w ciągu roku zbliżam się do 100 prowadzonych przeze mnie starć.

Rozumiem, że takie statystyki zmuszają do przeorganizowania życia

– Tak, cztery lata temu musiałem podjąć decyzję odnośnie kwestii zawodowych, ponieważ już wtedy wydawało się, że mam szansę walczyć o igrzyska i pójść śladem sędziego Piotra Dudka. Wtedy też  zdecydowałem się założyć własną firmę consultingową, która jest moją drugą aktywnością zawodową.

Czyli tegoroczna nominacja olimpijska nie była dla pana całkowitym zaskoczeniem i dobiegały do pana sygnały ze środowiska?

– Może nie tyle z samego środowiska, ile zapowiadały to bardziej z poszczególne kroki, jakie wykonałem w mojej pracy jako sędzia. Nominacja olimpijska to efekt kilku lat ciężkiej pracy na najwyższym poziomie, która poddawana jest ciągłej ocenie. W ciągu wielu lat otrzymywałem potwierdzenia, że pnę się po szczeblach i jestem przymierzany do sędziowskiej grupy A w FIVB. To był pewien proces, z którego dało się wyczytać, że jestem na dobrej drodze, by marzyć o igrzyskach oraz że Światowa Federacja darzy mnie coraz większym zaufaniem. Siedem lat temu sędziowałem Klubowe Mistrzostwa Świata w tym mecz finałowy, potem kolejnego tego typu imprezy, także te organizowane w Polsce, dwa razy sędziowałem turnieje finałowe Ligi Narodów, dalej finał mistrzostw Europy oraz dwukrotnie mistrzostwa świata. To nie jest tak, że nagle „wyciągnięto mnie z kapelusza” i przyznano miejsce, bo jestem przewodniczącym Wydziału Sędziowskiego PZPS. To jest długa droga związana z budowaniem doświadczenia i sprawdzaniem moich kompetencji przez wiele lat na „topowych” zawodach.

Co odegrało największą rolę w pana karierze i doprowadziło do miejsca, w którym jest pan obecnie?

– Muszę przyznać, że na mojej drodze spotkałem bardzo wiele życzliwych osób, a także miałem naprawdę dużo szczęścia. Trafiłem akurat w lukę pokoleniową dzięki czemu szybko zostałem sędzią szczebla centralnego, a potem równie szybko i szczęśliwie pokonywałem kolejne szczeble. W 2001 roku sędziowałem mecze ekstraklasy męskiej i przez kilka lat byłem najmłodszym sędzią na tym poziomie. W 2004 roku, już w wieku 30 lat byłem na kursie sędziów międzynarodowych, co na polskie warunki nie było czymś oczywistym. Nie mogę także pominąć wsparcia PZPS, bo bez rodzimej federacji nigdy nie zaszedłbym tak daleko. Fakt, że jedziemy na igrzyska we dwójkę, bo w siatkówce plażowej także będziemy mieć swojego przedstawiciela w osobie Agnieszki Myszkowskiej, jest wielkim sukcesem całego środowiska, w tym także Mirosława Przedpełskiego, który jako członek władz FIVB miał na pewno istotny wpływ na dobór obsady sędziowskiej.

To nie jest łatwe hobby. Waga błędu popełnionego przez zawodnika i sędziego jest zupełnie inna. Chwila dekoncentracji kosztuje gracza punkt, dwa, które odkupuje kolejną dobrą akcją; w przypadku sędziego jedna pomyłka może przekreślić całe spotkanie. Zdarza się, że w trakcie meczu zaczyna brakować skupienia?

– Rzeczywiście utrzymanie koncentracji to bardzo trudne zadanie, ponieważ w jednej wymianie musisz ocenić każde odbicie piłki. Bardzo ważne jest żeby umieć relaksować się pomiędzy wymianami, a także w trakcie przerw zespołu i przerw między setami. Niestety jednak rzeczywiście jest tak, że jeden błąd potrafi bardzo wiele ważyć. Ja cały czas mam w głowie pierwsze spotkanie finałowe z zeszłego roku, gdzie niestety na sam koniec, wydaje się dobrze prowadzonego meczu, podjąłem błędną decyzję. Ta pomyłka cały czas jest w mojej głowie.

Zabrakło koncentracji?

– Niewykluczone, że tak. To była końcówka długiego, dwu i pół godzinnego meczu, dlatego bardzo  prawdopodobne jest to, że zabrakło mi już sił i skupienia.

Trudno jest przyznać się do błędu?

– Po meczu przeprosiłem wszystkich zawodników Warszawy, których spotkałem. Ja w pełni potwierdzam to, co zawsze powtarzał Piotr Dudek, że kluczowa dla rozwoju sędziego jest pokora – pokora wobec własnych umiejętności, wobec wysiłku zawodników, trenerów, a szczególnie w tym momencie kiedy przydarza się błąd. O ile w czasie meczu my musimy natychmiast zapominać o pomyłkach, po to żeby móc obiektywnie oceniać kolejne wymiany, o tyle jeśli jest się świadomym własnego błędu, to bardzo ludzką reakcją jest się do niego przyznać. Wiem, że te nasze otoczenie trenersko-zawodnicze docenia tego typu zachowania.

Który mecz w pana karierze był tym najtrudniejszym?

– W mojej dotychczasowej karierze było to starcie Rosja – Niemcy w finale LOTTO EUROVOLLEY Polska 2017 w Krakowie. Spotkanie pięciosetowe, z resztą zakończone grą na przewagi w tie-breaku, pełne trudnych do oceny sytuacji, gdzie nie najlepiej układała mi się współpraca z moim partnerem i szczerze mówiąc, czułem się trochę osamotniony.

To dla równowagi – które spotkanie wspomina pan najlepiej?

– Myślę, że półfinał mistrzostw świata z 2018 roku pomiędzy Brazylią a Serbią. Byłem bardzo miło zaskoczony, że zostałem nominowany jako sędzia pierwszy tego spotkania. Wydawało mi się, że będzie to bardzo zacięte starcie, choć akurat ułożyło się inaczej i Brazylia zdecydowanie wygrała. Był to jednak bardzo prestiżowy mecz, o bardzo dużym potencjale dramaturgii i cieszę się, że po nim napłynęły do mnie same dobre opinie. Nie wykluczam, że to właśnie było to spotkanie, które otworzyło mi drzwi do igrzysk olimpijskich.

W tym roku przed panem kolejny ciekawy kierunek – Tokio. Tylko szczera odpowiedź – kiedy pan zaczynał, przyświecała panu myśl o igrzyskach?

– Proszę mi wierzyć lub nie – jeśli taki scenariusz chodził mi po głowie, to traktowałem go bardziej jako mrzonki. O igrzyskach na poważnie zacząłem marzyć sześć lat temu, podczas Klubowych Mistrzostw Świata, kiedy zacząłem dostawać sygnały, że mogę być następcą Piotrka Dudka i sędzią nazwijmy to „eksportowym”. Dopiero wtedy moje marzenia zacząłem traktować poważnie. Niedawno przypomniałem sobie także, że 15 lat temu Andrzej Kuchna przekonywał mnie, że mam realne szanse pojechać na igrzyskach. Pamiętam, że wtedy wydało mi się to całkowicie abstrakcyjnie…

To jakie kolejne „abstrakcyjne” marzenie chce pan zrealizować?

– Jako przewodniczącemu Wydziału Sędziowskiego PZPS marzy mi się, żebyśmy za granicą mieli tak silną pozycję jak np. Włosi czy Rosjanie, którzy regularnie na imprezach międzynarodowych, mają po kliku swoich arbitrów. W Polsce mamy w tej chwili grupę niespełna pięćdziesięciolatków, którzy mają bogate doświadczenie zawodowe i oferują bardzo wysoką jakość sędziowania. Ja mam 46 lat, a u nas nie zdarzało się zazwyczaj, żeby sędzia, który jedzie na igrzyska mógł teoretycznie pojechać na kolejną tego typu imprezę za 4 lata. Chcę jednak jasno zapowiedzieć, że jeżeli tylko będzie inny polski sędzia, który będzie miał szansę na nominację olimpijską, to ja poproszę FIVB, żeby do Paryża zamiast mnie pojechała ta inna osoba. Chciałbym żeby u nas był taki obyczaj jak we Włoszech, gdzie sędziowie niejako umówili się, że na każdą edycję IO jedzie inny sędzia, po to żeby ten splendor olimpijski mógł być dzielony między większą grupę ludzi. Moim marzeniem jest żebyśmy to samo zrobili w Polsce.

Cały wywiad w serwisie pzps.pl

źródło: pzps.pl

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, inne

Tagi przypisane do artykułu:
,

Więcej artykułów z dnia :
2020-02-08

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved