Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Publicystyka > Analizy > VolleyBox 16: Europejski regres

VolleyBox 16: Europejski regres

fot. Michał Ślusarski

Zerkając na skład Final Four Ligi Mistrzów i Mistrzyń oraz na pary półfinałowe pozostałych europejskich rozgrywek, każdy polski kibic może czuć się rozczarowany. Co prawda nie tak samo mocno jak kibic piłkarski, ale jednak to wciąż rozczarowanie. Naszym rodzynkiem na europejskiej arenie jest gospodarz finałów Ligi Mistrzów, Asseco Resovia Rzeszów. I to by było na tyle.

 



Magdo,

jak przystało na ten świąteczny czas, moje myśli były dosyć daleko od siatkówki. Jednak przyszedł taki moment, w którym królowa sportów drużynowych (a co!) znów pojawiła się w mej głowie wraz z kolejnym pomysłem na temat VolleyBoxa. O ile święta Wielkiej Nocy są czasem bardzo radosnym dla katolików, o tyle dzisiejszy VolleyBox będzie lekkim podyngusowym zimnym prysznicem.

Otóż w mojej mądrej głowie znów pojawiła się pewna myśl, która co jakiś czas wraca do mnie (i do innych kibiców pewnie również) jak bumerang. Która z europejskich lig jest najsilniejsza? Zawsze mam ogromny dylemat co sobie odpowiedzieć na to pytanie i nie inaczej było tym razem. Wiem, że ani ja, ani inna jeszcze mądrzejsza głowa nie rozwiąże tego dylematu. Szybko więc odpuściłem i zadałem inne pytanie – jak nasze eksportowe zespoły radzą sobie w europejskich pucharach? Posiłkując się wynikami kolejnych rund Ligi Mistrzów/Mistrzyń, Pucharu CEV i Challenge, uzyskałem niezbyt pozytywny obraz. Nasi europejscy reprezentanci zaliczyli spory regres.

Zerkając na skład Final Four Ligi Mistrzów i Mistrzyń oraz na pary półfinałowe pozostałych europejskich rozgrywek, każdy polski kibic może czuć się rozczarowany. Co prawda nie tak samo mocno jak kibic piłkarski, który od 20 lat nie ma okazji obejrzeć reprezentanta rodzimej ekstraklasy w fazie grupowej Ligi Mistrzów, ale jednak to wciąż rozczarowanie. Naszym rodzynkiem na europejskiej arenie jest gospodarz finałów Ligi Mistrzów, Asseco Resovia Rzeszów. I to by było na tyle.

Dla przypomnienia w minionym sezonie siatkarki Chemika Police gościły u siebie najlepsze drużyny Europy, PGE Atom Trefl Sopot dotarł do finału Pucharu CEV, Resovia i PGE Skra Bełchatów przebiły się przez wszystkie rundy eliminacji i dotarły do finałów w Berlinie, a kędzierzyńska ZAKSA przegrywając z Trentino Volley w półfinale Pucharu CEV, zainkasowała brązowe medale tych rozgrywek. Pięciu reprezentantów, w tym tylko jeden gospodarz, natomiast w tym roku został nam tylko gospodarz…

O nawiązanie do sukcesów w Pucharze Challenge z sezonu 2011/2012, gdzie w polsko-polskim pojedynku triumfował AZS Częstochowa, nie może być mowy, ponieważ zarówno w kobiecej, jak i męskiej edycji tych rozgrywek Polska nie miała reprezentantów. Dlaczego tak się dzieje? Nie od dziś wiadomo, że w rozgrywkach na europejskiej arenie zarobić się nie da, a wręcz przeciwnie – trzeba grubo dopłacać. Nie dziwi więc fakt, iż polskie zespoły rezygnują z walki o puchar trzeciej kategorii (nie mylić z gorszym sortem). Popatrzmy piętro wyżej – Puchar CEV. W rozgrywkach 2014/2015 mająca swoje ligowe problemy ZAKSA dobiła się aż do półfinału rozgrywek, gdzie okazała się gorsza od niedawnego europejskiego hegemona – Trentino Volley. Jeszcze lepiej poszło Atomówkom, które odprawiły m.in. Imoco Conegliano i Galatasaray Stambuł, a ich zwycięski marsz przerwały dopiero na etapie finału zawodniczki z Krasnodaru. W Lidze Mistrzyń czwarte miejsce zajęły pełniące rolę gospodyń policzanki i trzeba przyznać, że trochę zawiodły kibiców nad Wisłą. Do historii miał za to przejść Final Four Ligi Mistrzów w Berlinie, gdzie aż dwaj reprezentanci PlusLigi walczyli o medale. Skończyło się jednak niehistorycznie – Skra przegrała brąz, a Resovia nie wygrała złota. Sukcesem jednak było samo wprowadzenie dwóch teamów z Polski do finału najważniejszych rozgrywek Starego Kontynentu.

Jak tamte osiągnięcia mają się do tegorocznych? Przedstawiciele Plus i Orlen Ligi zdecydowanie przygaśli i spuścili z tonu. W Pucharze CEV z powodów organizacyjnych i finansowych występy odpuścił Jastrzębski Węgiel, czym już na starcie ograniczył możliwość opromienienia polskiej ligi na europejskich parkietach. U pań dzielnie walczył zespół z Muszyny, jednak w 1/4 finału okazał się zbyt słaby na Azeryol Baku. Mający ogromny apetyt na sukces Impel Wrocław, poległ w fazie grupowej Ligi Mistrzyń, a potem został dobity przez Galatasaray w Pucharze CEV. O honor żeńskiej siatkówki w Champions League walczyły dalej policzanki i sopocianki. Pierwsze bez historii zostały dwukrotnie ograne 3:0 przez Fenerbahce, natomiast drugie podjęły walkę z Nordmeccaniką Piacenza, lecz w ostatecznym rozrachunku pożegnały się z pucharami na etapie I rundy play-off. U panów drabinka ułożyła się bardzo nieszczęśliwie, ponieważ zarówno Trefl, jak i Skra mierzyły się z Zenitem Kazań. Gdańszczanie powalczyli łącznie w dwóch setach, natomiast bełchatowianie otarli się o sporą niespodziankę. Wygrana 3:2 w Kazaniu była niezłym handicapem, jednak w Polsce Zenit udowodnił, że ograć go dwa razy w przeciągu tygodnia się po prostu nie da.

Gdzie tkwi przyczyna słabszego występu naszych drużyn w Europie? Gdyby Chemik nie organizował Final Four w ubiegłym sezonie, być może sportowo, tak jak w tym roku, nie dotarłby do finału. Sopocianki zaliczyły fantastyczny sezon i medal Pucharu CEV po prostu im się należał, natomiast w tym roku w starciach z Nordmeccaniką zabrakło trochę formy i trochę szczęścia. Muszynianka nie błyszczy w Orlen Lidze, nie zabłysnęła też i w pucharach, choć skład ma bardzo ciekawy. Jastrzębianie padli ofiarą cięć związanych z kryzysem w sektorze górniczym i nie dostali szansy na walkę o prestiż. Zerkając na ich wyniki w PlusLidze, można przypuszczać, że nie byliby bez szans w dorównaniu półfinałowemu sukcesowi ZAKSY. Bardzo trudne zadanie – wyeliminowanie gwiazdorskiego Zenitu – okazało się zbyt trudnym dla Skry i Trefla. Teraz Resovia będzie miała okazję zagrać z Zenitem i pomimo mocno falującej formy może powalczyć z rosyjskim gigantem. Będzie o to potrójnie ciężko, bo oprócz klasowego rywala będą musieli udźwignąć brzemię gospodarza turnieju i ostatniej nadziei na sukces polskiej siatkówki klubowej w sezonie 2015/2016.


Przemysławie,

muszę powiedzieć, że rozumiem twoje rozczarowanie. Rzeczywiście, porównując poprzednie lata i choćby ten pamiętny sezon 2011/2012, o którym zresztą wspominasz, nie da się ukryć, że tym razem czegoś polskim zespołom zabrakło. I trudno tak naprawdę rzetelnie ocenić czego. Sił, motywacji, środków finansowych, a może po prostu szczęścia? Pewnie każdy z klubów nie osiągnął w tym sezonie wyznaczonych celów na arenie międzynarodowej z innych powodów i roztrząsanie każdego z nich z osobna nie ma sensu. Wszystko jednak odnosimy do lat poprzednich, tych, które można by śmiało nazwać pasmem niemal ciągłych sukcesów. Bo mimo iż tego najważniejszego trofeum nie udawało się zdobyć, to jednak polskie ekipy cały czas były obecne w czołówce. I chyba trochę nas do tego przyzwyczaiły…

Według mnie największym problemem i przyczyną są, jak to zwykle bywa, pieniądze. Musisz przyznać, że jednak Puchary CEV i Challenge tracą w ostatnich latach na znaczeniu w związku z faktem, że wiele zespołów wycofuje się z rywalizacji już na starcie, właśnie ze względu na sprawy finansowe. Nasze kluby jeszcze kilka lat temu ambitnie walczyły w tych rozgrywkach, notowały miejsca na podium, a nawet triumfy. Tylko że oprócz osobistej satysfakcji i osnucia chwałą zwycięstwa niewiele z tego miały. Biedniejsze teamy, takie, których sponsorzy nie wspierają „milionami”, zazwyczaj dopłacały do takich imprez. I teraz po prostu przestało im się to opłacać. Zamiast walczyć na kilku frontach, wolą skupić się na lidze i tu szukać swoich szans, więc rezygnują z udziału w pucharach. Tylko że o ile jeszcze w takim rozrachunku ZAKSA Kędzierzyn-Koźle czy Jastrzębski Węgiel radzą sobie całkiem nieźle, bo prezentują dobrą formę na krajowym parkiecie, to jednak to, co przedstawiane jest w Orlen Lidze, często rozczarowuje. Bo niestety to, że Chemik czy Trefl Sopot tak bardzo przewodzą w rodzimych rozgrywkach, nie oznacza, że poziomem gry dorównują europejskim liderom. I piszę to ze smutkiem, gdyż rzeczywiście trzeba przyznać, że z siatkówką kobiecą w Polsce coś się dzieje i nie są to dobre zmiany… Jednak jest to temat rzeka, niezwiązany ściśle z wątkiem, który wyznaczyłeś na dziś, więc może należy go w tym momencie uciąć albo przenieść na inny moment.

Z drugiej strony, może rok, kiedy sukcesów będzie nieco mniej, wcale nie jest jeszcze powodem, by obwoływać ten czas „europejskim regresem”? Może po prostu nałożyło się na to kilka różnych elementów i przyczyn, ale w przyszłym sezonie będzie lepiej, bo one znikną? CEV sygnalizowało przecież ostatnio zamiar wprowadzenia zmian w regulaminach europejskich rozgrywek. Tego czy coś ulegnie poprawie nie wiemy, jednak uważam, że nie należy przesadzać z tym pesymizmem, a także trochę z tą zachłannością na wszelkie tytuły. W końcu wiele z naszych drużyn walczyło, i to długo, w kontynentalnych pucharach, wstydu nam raczej żadna z nich nie przyniosła, a to że nie ma zbyt dużo Polaków w finałach, to pewnie może wywoływać niezadowolenie, ale bez przesady. To, że kolejne Final Four odbędzie się w Polsce, świadczy o tym, że nasz kraj ciągle uznawany jest za jedną z największych oaz siatkówki na świecie. Przyzwyczailiśmy się do sukcesów, które ciągnęły się nieprzerwanie jakby wytwarzane na taśmie produkcyjnej w wielkiej fabryce i teraz narzekamy, bo ten proces nieco wyhamował. A jest wiele krajów, które zazdroszczą nam tej stałej obecności w czołówce. Skupiajmy się na szansach, które są, a nie na tym, ile więcej można było osiągnąć. Jeśli za rok sytuacja się powtórzy albo, odpukać, pogorszy, wtedy pewnie trzeba będzie rzeczywiście zacząć poważne rozważania nad przyczynami. Póki co jednak być może jest to tylko chwilowy kryzys.

Rozczarowanie kibiców może wynikać z faktu, że dzisiaj jest gorzej, niż było wczoraj. Ale przecież sezon się jeszcze nie skończył. Przed siatkarzami ostatnia szansa, aby dowieść, że Polska to kraj prawdziwie siatkarski. Nie wiem jak dla ciebie, Przemku oraz dla was, drodzy czytelnicy, ale mnie ten lekki zawód spowodowany małą ilością Polaków w finałowych rozgrywkach europejskich pucharów spokojnie wynagrodziłby triumf naszej ostatniej nadziei, Asseco Resovii. Złoty medal Ligi Mistrzów osłodziłby z pewnością każdą gorycz. I wiem, wiem, że nie będzie łatwo, że, jak powie wielu, to niemożliwe… No bo na drodze Zenit, bo Resovia w nie najlepszej formie, w końcu do finałów się nie dostała, ale je otrzymała, potem jeszcze ewentualnie starcie z którąś z włoskich potęg… Zdaję sobie z tego sprawę, jak my wszyscy. Ale jednak wyprzedane w rekordowym tempie bilety na krakowskie Final Four świadczą o tym, że polscy kibice, mimo zapewne podobnej świadomości, nie tracą wiary. I, pozostając w tej świątecznej terminologii, my też jej nie traćmy!

źródło: inf. własna

nadesłał: ,

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, Analizy

Tagi przypisane do artykułu:
,

Więcej artykułów z dnia :
2016-03-29

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved