Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Publicystyka > Cykle > Skazane na sukces: Zuzanna Górecka

Skazane na sukces: Zuzanna Górecka

fot. https://www.facebook.com/legionowska.siatkowka/

Siatkarki Legionovii Legionowo po raz czwarty z rzędu sięgnęły po mistrzostwo Polski juniorek. W półfinale legionowianki pokonały drużynę z Polic, a w meczu, którego stawką był złoty medal, okazały się zdecydowanie lepsze od wrocławianek. Jedną z autorek tego sukcesu była pochodząca z Radomia Zuzanna Górecka. Przyjmująca Legionovii Legionowo i reprezentantka Polski w kategoriach młodzieżowych nie tylko obroniła tytuł wywalczony przed rokiem, ale też została wybrana przez organizatorów turnieju najbardziej wartościową zawodniczką zawodów. Utalentowana zawodniczka znalazła też uznanie w oczach trenera Jacka Nawrockiego i trafiła na listę niedawno przedstawionej szerokiej kadry reprezentacji Polski seniorek.

Przed turniejem finałowym mistrzostw Polski juniorek wszystkie oczy skierowane były właśnie na twój zespół, bo przez ostatnie trzy lata Legionovia niezmiennie sięgała po złoty medal tych rozgrywek. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że personalnie w tym roku rywalki były silniejsze. Sprawdziła się stara maksyma mówiąca o tym, że trudniej się broni tytułu niż zdobywa go po raz pierwszy?



Zuzanna Górecka:Wiedziałyśmy, że obrona tytułu nie będzie łatwa, byłyśmy przygotowane na bardzo trudne mecze. Drugi mecz w grupie grałyśmy z wrocławiankami i już tam było bardzo „gorąco”. Denerwowałyśmy się, bo na początku to spotkanie nie układało się po naszej myśli. W końcówkach okazałyśmy się jednak lepsze i pokazałyśmy, że potrafimy walczyć. Nawet jeżeli ta nasza gra nie była perfekcyjna, to umiałyśmy spiąć się i „wyciągnąć” wynik. Następny arcytrudny pojedynek czekał nas w półfinale, gdzie zmierzyłyśmy się z zespołem SMS-u Police. Dziewczyny postawiły nam poprzeczkę bardzo wysoko, a my wiedziałyśmy, o co gramy i byłyśmy bardzo zestresowane. Tak naprawdę każda z nas miała w głowach to, że przyjechałyśmy do Dębicy, by bronić tytułu. Już troszkę kibice chyba się przyzwyczaili do tego, że Legionovia wygrywa co roku te mistrzostwa. (uśmiech) Każdy mobilizował się na mecze z nami, aby zapobiec powtórce wyniku sprzed roku i każdy z zespołów chciał się nam postawić. W meczu półfinałowym musiałyśmy dać z siebie 110%, w czwartym secie przegrywałyśmy już 24:25, po tym jak Magdalena Stysiak zdobyła dwa punkty zagrywką. Niektóre z nas miały już łzy w oczach, dlatego tym bardziej jestem dumna z tego, że potrafiłyśmy z tego wybrnąć i pokazałyśmy, że jesteśmy prawdziwą drużyną i nawet gdy nie idzie, gdy mamy po swojej stronie mały „bałagan”, potrafimy wyjść z tego obronną ręką.

Wrocławianki miały swoją liderkę w osobie Julii Szczurowskiej, policzanki opierały swoją grę na Magdalenie Stysiak. W przypadku Legionovii każda z was przyczyniła się do sukcesu w podobnym stopniu. Czy to właśnie wyrównany skład był waszym największym atutem w tym turnieju?

–  Wszystkie miałyśmy możliwość grania i swój udział w zdobyciu tego medalu, trener dał szansę gry każdej z nas. Wydaje mi się, że rozgrywające to były takie nasze asy w rękawie, bo każda z nich prezentuje zupełnie inny styl i ma inną koncepcję na grę, nie jest łatwo je rozpracować. Paulina i Milena są innymi zawodniczkami i podwójne zmiany mogły być dzięki temu naszą ogromną bronią. Wielki szacunek należy się też młodej Julii Orzoł. To jej wejście w meczu półfinałowym sprawiło, że miałyśmy szansę gry o złoto. Myślę, że bardzo fajnie że każda z nas miała okazję pokazać się w takim dużym turnieju. Część zespołów grała stałymi szóstkami, naszą przewagą był bardzo wyrównany skład.

Rok temu poznałaś już smak złota mistrzostw Polski juniorek i kadetek. Teraz jednak byłyście zupełnie innym zespołem, czy satysfakcja z tego sukcesu jest więc równie duża jak przed rokiem?

– Teraz grały zupełnie inne dziewczyny, oczywiście zdobywanie mistrzostwa Polski nie jest czymś, co może się kiedykolwiek znudzić (uśmiech), zawsze jest to taka sama przyjemność. Co do naszego składu to zabrakło nam na pewno jednej z podstawowych zawodniczek z zeszłego roku, Zosi Parzydło, która niestety odniosła wcześniej kontuzję. Na pozycji przyjmującej grała za to Madzia Orlicka, ale spisała się świetnie. To bardzo dobrze ułożona technicznie zawodniczka, dysponująca trudną zagrywką. Tak samo ogromnie pomogła nam Natalia Dąbrowska, która swoją lewą ręką potrafi bardzo precyzyjnie kręcić piłką do linii w ataku. Nie chcę tutaj nikogo pominąć, bo każdej należą się podziękowania.

Mistrzostwa Polski juniorek to też swojego rodzaju przegląd zawodniczek dla trenerów kadry. Czy dla ciebie jest to jeszcze sytuacja, która wprowadza w twoje poczynania nerwowość?

– My, jako zawodniczki z SMS-u, znamy tych trenerów, na co dzień z nimi pracujemy, dlatego tak naprawdę nie miałyśmy przed kim tutaj się pokazywać, bo okazji do tego mamy co niemiara. Natomiast niektóre dziewczyny na pewno bardzo odczuły to, że ktoś je obserwuje. Myślę, że to było nawet widać, kiedy trener Waldemar Kawka pojawił się na naszym pierwszym meczu w piątek, to w poczynania zawodniczek wkradł się taki mały paraliż. Trener Wojciech Lalek mówił jednak, aby się tym zupełnie nie przejmowały, bo jeśli mają coś udowodnić, to i tak to zrobią. Wydaje mi się, że to wszystko minęło po pierwszym secie, później już nikt nie oglądał się poza boisko i dziewczyny wiedziały, że muszą grać po prostu to co potrafią najlepiej. Później już ani obecność trenerów, ani kibiców na trybunach czy nawet obecnych tam rodziców nie miała takiego znaczenia, bo trzeba było skupić się na przeciwniku i każdej kolejnej piłce.

Zostałaś wybrana najbardziej wartościową zawodniczką finałowego turnieju. Jak odbierasz to wyróżnienie?

– Nagroda MVP jest czymś, co zawsze jest dla mnie rzeczą drugoplanową. Może dołożyłam jakąś cegiełkę do tego wyniku, ale broń Boże nie czuję się najlepsza. Wręcz przeciwnie, wiem, jak dużo mi jeszcze do tego brakuje. Natomiast cały czas do tego dążę i może kiedyś przyjdzie taki czas, że ktoś będzie mógł tak o mnie powiedzieć.

Dopiero co skończyłaś wiek kadetki, a już jesteś postrzegana jako zawodniczka, która ma wskazywać drogę młodszym zawodniczkom. Jest to dla ciebie nowe wyzwanie?

– Jest to dla mnie też wyzwanie, ale ja uwielbiam wyzwania. (uśmiech) Mam nadzieję, że udało mi się pomóc koleżankom na boisku i też oczywiście poza nim, wspierając je na tyle, na ile mogłam. Miałyśmy bardzo dobrą atmosferę, to również w dużym stopniu przyczyniło się do złotego medalu. Sama gra nie bierze się z niczego, bo to co się dzieje poza parkietem, jak się dogadujemy, to przekłada się na nasze zrozumienie na boisku. Nie da się osiągnąć sukcesu, gdy w drużynie ma się „piekiełko”, trzeba każdą kłótnię czy nieporozumienie szybko wyjaśnić.

Pochodzisz z Radomia, a twoja przygoda z siatkówką rozpoczęła się bardzo wcześnie. To dość ciekawe, że tak szybko wiedziałaś, co chcesz robić w życiu, bo chyba nie miałaś nikogo w najbliższej rodzinie, kto byłby związany z siatkówką?

– Nie, nie miałam. Ja praktycznie urodziłam się i od razu wiedziałam, że chcę grać. (uśmiech) Nic innego mnie nie interesowało. Mając chyba około 6 lat, powiedziałam, że chcę iść na trening, ale rodzice mi mówili, że jestem jeszcze za młoda i muszę poczekać, a przyjdzie na mnie czas. Pamiętam, że poszłam do mamy, prosząc ją o to, aby zapisała mnie na zajęcia z siatkówki i rzeczywiście wtedy ze mną na nie pojechała. Trener w podstawówce w Radomiu od razu jak mnie zobaczył, to zapytał się, ile razy nie zdałam. (uśmiech) Byłam bardzo wysoka i już po pierwszym treningu prowadzący te zajęcia stwierdził, że Zuza już nigdzie stąd nie odejdzie. Byłam tam najmłodsza, trenowałam z dziewczynami o 3 lata ode mnie starszymi. Po niedługim czasie ten klub stał się częścią MUKS-u 13 Radom, gdzie ta różnica wieku pomiędzy mną a pozostałymi zawodniczkami była już bardzo duża. Wtedy chyba po raz pierwszy zaczęłam mieć wątpliwości, czy kiedykolwiek będę mogła grać zawodowo w siatkówkę, bo widziałam, jaki one prezentowały poziom. Tak naprawdę jeszcze nie potrafiłam grać, kompletnie nie znałam ustawień, nie wiedziałam, jak poruszać się po boisku, a siatka wydawała się dla mnie bardzo wysoka, bo prawdę mówiąc, mogłam przejść pod nią, nie schylając się nawet. Reszta dziewczyn już atakowała, grając normalne akcje. Przestraszyłam się i powiedziałam: „Nie wiem czy ja chcę grać w tę siatkówkę, bo przecież ja nic nie umiem”. Wydawało mi się, że powinnam to wszystko umieć, ale rodzice uspokoili mnie, że przecież te dziewczyny chodzą już do liceum. Zawsze byłam krytyczna w stosunku do siebie i dużo od siebie wymagałam. To tak naprawdę do tej pory prowadzi mnie do celu. Wszystko, co udaje mi się osiągnąć, zawdzięczam rodzicom i swojej ciężkiej pracy. Bez tego nie udałoby mi się tego zrealizować.

Jesteś bardzo ambitna, ale ma to też swoje wady…

– Nienawidzę przegrywać. Wiem, że jest to z jednej strony ogromna wada, bo często siedzę i myślę, co mogłam zrobić lepiej, zamiast o tym zapomnieć. Dręczę się tymi myślami, zastanawiając się, dlaczego coś mi nie wychodzi i dochodzę do wniosku, że powinnam chyba trenować jeszcze więcej. Muszę z tym trochę walczyć, co jak na razie średnio mi wychodzi, ale mam nadzieję, że nie będę musiała się uczyć przegrywać, bo wyniki będą sprzyjać mojej drużynie.

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, Cykle

Tagi przypisane do artykułu:
, , ,

Więcej artykułów z dnia :
2018-04-20

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2021 Strefa Siatkówki All rights reserved