Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > II liga kobiet > Skazane na sukces: Sandra Świętoń

Skazane na sukces: Sandra Świętoń

fot. e-legnickie.pl

Sandra Świętoń jest obecnie jednym z najważniejszych ogniw Olimpii Jawor, jednak bagaż siatkarskich szlifów wraz z kilkoma medalami młodzieżowymi wyniosła, grając w barwach zespołu z Wrocławia. Poznajcie 19-letnią przyjmującą, która jak sama mówi – wzrostem „nie grzeszy”, ale rekompensuje to techniką i sprytem, a przede wszystkim kocha to, co robi.

Jak zaczęła się twoja przygoda z siatkówką? Czy jesteś jedną z tych osób, które od początku wiedziały, co chcą robić w życiu, czy musiałaś dojrzeć do tej decyzji?



Sandra Świętoń:Na pierwsze zawody zaczęłam jeździć dość wcześnie, bo już od 3 klasy podstawówki. Wtedy nie byłam ukierunkowana na siatkówkę i nie złapałam jeszcze tego bakcyla. Zostałam „wyłapana”przez trenera z innej szkoły podczas jednego z wyjazdów na turniej i on zaproponował mi naukę w szkole sportowej. Nie byłam do końca przekonana co do tej decyzji, ale zgodziłam się. Trenowałam jednocześnie piłkę nożną, którą uprawiałam przez osiem lat, i siatkówkę. Podczas wyboru gimnazjum miałam duży dylemat co do profilu klasy, musiałam zdecydować, który z tych sportów jest dla mnie. Postanowiłam, że umieszczę na pierwszym miejscu gimnazjum o profilu sportowym ze wskazaniem na siatkówkę i tak to się wszystko zaczęło Postawiłam wszystko na jedną kartę i zaczęłam trenować już tylko to, co sprawia mi największą radość do dziś.

Jesteś niską zawodniczką. Czy mając zaledwie 171 cm wzrostu, nie spotkałaś się z opiniami trenerów odradzającymi ci wejście w świat dorosłej siatkówki?

– Nie. Wręcz przeciwnie, trenerzy często dawali mi do zrozumienia, że mimo niewielkiego wzrostu widzą we mnie potencjał i mówili, że jednak coś ze mnie będzie. (uśmiech) W jakim stopniu i jak daleko mogę zajść? Tego nie wiedziałam, ale z roku na rok szło mi coraz lepiej. Właściwie ledwie człowiek się obejrzy, a tu już 10 rok grania przede mną. Myślę, że idzie mi całkiem nieźle i na szczęście nie spotkałam na swojej drodze ludzi, którzy odradzaliby mi kontynuowanie przygody z siatkówką. Mój były już trener z Wrocławia, Rafał Błaszczyk, kiedy właściwie byłam jedną nogą poza klubem, bo kończył się mój ostatni rok młodzieżówki, powiedział, że nie widzi mnie w niczym innym niż w sporcie. Usłyszałam też wtedy, że choć zwykle stawia na wzrost i bierze go mocno pod uwagę, to w moim przypadku postąpił inaczej, bo gdyby trzymał się tej zasady to na pewno nie miałabym szansy na grę. Wiele mu zawdzięczam, jeśli chodzi o wyszkolenie techniczne, staram się też nadrabiać wzrost boiskowym cwaniactwem. Z tego powodu trener dawał mi szansę, widząc we mnie potencjał, a ja pomagałam drużynie zajść w rozgrywkach młodzieżowych jak najdalej.

Grając w rozgrywkach młodzieżowych w barwach Impelu Wrocław, zgromadziłaś na swoim koncie srebro mistrzostw Polski kadetek i brąz MP juniorek. Jaki był najważniejszy moment tego epizodu twojej kariery?

– Ojej, trudno go wybrać. Miałyśmy taki moment, gdy z kategorii kadetek przechodziłyśmy do juniorek. Jako kadetki występowałyśmy w Młodej Lidze, potem gdy zlikwidowano te rozgrywki, startowałyśmy z poziomu III ligi i szybko awansowałyśmy do II ligi. Myślę jednak, że takim momentem przełomowym był sezon, w którym prowadzone przez trenera Andrzeja Krowiaka zdobyłyśmy wicemistrzostwo Polski kadetek. Jednocześnie trenowałyśmy też z trenerem Błaszczykiem i w tym samym roku zajęłyśmy też trzecie miejsce w mistrzostwach Polski, ale już w juniorkach. Pamiętam, że to był dla nas, wtedy młodszych kadetek, okres pełen wrażeń. Bardzo płynnie przeskoczyłyśmy do wyższej kategorii wiekowej, wspierając starsze dziewczyny, z którymi bardzo mocno się zżyłyśmy i powstała z tego jedna siatkarska rodzina. Na zawsze bardzo miło zapamiętam ten sezon.

Miniony sezon również był dla ciebie przełomowy, bo dzięki temu, że we Wrocławiu zbudowano zespół złożony z bardzo młodych siatkarek, tj. Maria Stenzel, Julia Szczurowska, Natalia Murek czy Weronika Wołodko. Pośród nich i ty dostałaś swoją szansę. Mogłaś trenować z dziewczynami grającymi w LSK, ale i zadebiutować w ekstraklasie, choć po raz pierwszy weszłaś na boisko w rozgrywkach Pucharu Polski…

– Tak, to było w Kaliszu. Dostając szansę trenowania ze starszą drużyną, byłam w lekkim szoku, bo wiadomo, że wzrostem nie grzeszę. (uśmiech) Było to dla mnie wyróżnienie, z którego ostatecznie bardzo się cieszyłam, tym bardziej że nawet udało mi się wejść na boisko. Wiedziałam, że od starszych dziewczyn mogę się nauczyć czegoś nowego, nabrać innego spojrzenia na profesjonalną siatkówkę. Przez jakiś czas trenowałam równocześnie z juniorkami i seniorkami, ale pod koniec sezonu był taki moment, że zostałam dołączona już tylko do seniorek i z nimi trenowałam aż do końca rozgrywek.

Twoimi atutami zawsze były skoczność i lewa ręka, ale szybko okazało się, że atak to nie do końca jest twoje miejsce. Kiedy zmieniłaś pozycję i zostałaś przyjmującą?

– Moim pierwszym trenerem w młodziczkach był trener Zbigniew Barański i jako że moim atutem od zawsze była lewa ręka, to raczej starano się mnie umieszczać właśnie na pozycji atakującej. Odkąd przejął nas pod swoje skrzydła trener Błaszczyk, to się zmieniło, okazało się, że potrafię też całkiem nieźle przyjmować. Prawda jest też taka, że w tym okresie mieliśmy deficyt przyjmujących. (uśmiech) Miałyśmy swoje problemy, Ola Sochacka nabawiła się kontuzji kolana, stąd też tym bardziej potrzebna była pomoc na przyjęciu. Tak też zostało, że od tego momentu gram na tej pozycji i nie ukrywam, że czuję się na niej o wiele, wiele lepiej niż na ataku.

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, II liga kobiet

Tagi przypisane do artykułu:
, ,

Więcej artykułów z dnia :
2018-10-12

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2018 Strefa Siatkówki All rights reserved