Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Publicystyka > Cykle > Skazane na sukces: Dominika Witowska

Skazane na sukces: Dominika Witowska

fot. Gracjan Broda

PSPS Chemik Police wycofa się z rozgrywek I ligi z powodu kłopotów finansowych. W najtrudniejszej sytuacji postawione zostały jednak zawodniczki, które obecnie muszą szukać nowego klubu. W barwach I-ligowego Chemika nie brakowało także talentów, dzisiaj przedstawiamy wam jeden z nich. O swojej początkowej niechęci do gry w siatkówkę, która przekształciła się w bezgraniczną miłość do tego sportu, opowiedziała nam środkowa, będąca również niedoszłą atakującą. Jak trudną i wyboistą drogę mimo młodego wieku musiała przejść aż do chwili obecnej Dominika Witowska, przekonajcie się sami.

Stało się jasne to, o czym mówiło się od kilku tygodni i klub PSPS Chemik Police wycofał się z rozgrywek I ligi. Gdzie tkwi źródło tak ogromnych kłopotów finansowych klubu?

Dominika Witowska: – KPS Chemik Police mniej więcej trzy lata temu kupił od PSPS-u Chemika Police prawo do gry w Orlen Lidze. Te pieniądze od momentu awansu były systematycznie spłacane, taka sytuacja miała się utrzymywać do końca tego sezonu. Zarząd KPS-u twierdzi, że wszystko zostało już uregulowane, tymczasem z kolei nasz zarząd przedstawił dowody na to, że tak nie jest. To odbiło się również na naszych wypłatach, których nie dostawałyśmy od dwóch miesięcy.



Jako zawodniczki nie możecie mieć sobie wiele do zarzucenia, bo pomimo wszystkich przeciwności losu cały czas trudna sytuacja nie przekładała się na brak wyników…

– Od kiedy cała sprawa ujrzała światło dzienne, wiedziałyśmy, że pojawiają się problemy finansowe, to atmosfera podczas treningów była coraz gorsza, coraz trudniej było nam się zmobilizować. Wiadomo, że trzeba było walczyć mimo to i nawet nasz ostatni mecz przeciwko drużynie SMS-u Szczyrk pokazał, że potrafimy pod sam koniec naszych wspólnych występów zagrać fajną siatkówkę. Nie ukrywam jednak, że było to dla nas trudne pod względem psychicznym.

Jakby tego było mało, ostatnio nie miałyście także własnej hali…

– Ta hala jest w tym momencie burzona. Nie mam pojęcia, nie jest to moja rola, ale nie wiem, kto wpadł na to, aby przed zimą zacząć remont. Zwłaszcza że nawet kiedy była tutaj drużyna III-ligowa, to mówiło się o tym, że już zaraz będą zaczynane prace remontowe. Teraz, akurat w takim momencie, gdzie dodatkowo pojawił się problem z pieniędzmi, okazało się, że jest to ostateczny termin oddania tej hali, zagrałyśmy tam ostatni raz mecz z Jokerem Świecie. Jedyną opcją pozostała dla nas hala przy ul. Tanowskiej, ale ona z kolei nie nadaje się do grania meczów w I lidze, nie spełnia wszystkich wymogów. Trenowałyśmy tam, bo hala „Biała” w jest zajęta przez SMS, Młodą Ligę, inne dyscypliny sportu. Tam jest również szkoła, która korzysta z tego obiektu. Przed meczem z siatkarkami ze Szczyrku trenowałyśmy w hali przy ul. Tanowskiej, później miałyśmy dwa dni, gdzie treningi były niemożliwe i spotkanie rozegrałyśmy bez rozruchu, grając pierwszy raz w „Białej”. Moim zdaniem zagrałyśmy naprawdę dobrze, ale trzeba sobie powiedzieć, że to był cud. Już wtedy wiedziałyśmy, że to prawdopodobnie nasz ostatni mecz w PSPS-ie Chemiku Police, dobrze, że udało nam się wyjść z twarzą, chociaż zostałyśmy poddane naprawdę wielkiej próbie.

Jak wyglądało dla was kilka ostatnich dni? Czy wszystkie formalności zostały już dopełnione?

– Odbyło się kilka rozmów pomiędzy zawodniczkami a zarządem. Doszło do porozumienia, które mówi o tym, że będziemy trenować w PSPS-ie Chemiku Police do końca listopada i z dniem 1 grudnia jesteśmy wolnymi zawodniczkami. Wszystkie jesteśmy w trakcie podpisywania tych porozumień, część z nas już to zrobiła. Myślę, że każda z nas jest już pogodzona i zdecydowana na to, że musi szukać dla siebie klubu. Wiem, że nawet te dziewczyny, które są wychowankami PSPS-u i grały w Policach od samego początku kariery, chcą dalej grać w nowym klubie. Podobno pojawiają się też jakieś możliwości odratowania finansowo drużyny, są osoby chętne, by podjąć się tego wyzwania. Dlatego jesteśmy trochę w rozterce, choć myślę, że jest już na to za późno, bo każda z nas chce mieć jasną przyszłość.

Myślisz, że można było zrobić więcej?

– Ja żeby tu przyjechać, musiałam wziąć urlop dziekański, przerwać studia. Czuję się trochę oszukana, bo zarząd wiedział od początku, jaka jest sytuacja, że te środki nie są pewne. Nie było wiadomo, czy nawet będziemy w stanie wystartować w lidze. Dowiedziałam się o tym przez przypadek i długo po fakcie. Reszta dziewczyn podjęła studia w Szczecinie, nie wiedzą, co mają zrobić, bo czasu do końca semestru na uczelni jest jeszcze sporo. Czy postawić na siatkówkę i zbagatelizować studia czy dokończyć ten semestr? Kolejną sprawą jest to, że jesteśmy namawiane na to, aby pozostać. W zupełności rozumiem to, że do końca walczy się o klub i próbuje go ratować, ale tak jak powiedziałam, jest już na to o kilka miesięcy za późno.

Zmieńmy temat i porozmawiajmy o tym, jak zaczęła się twoja przygoda z siatkówką. Czy od początku wiedziałaś, że chcesz się temu poświęcić?

Gdy byłam w trzeciej klasie gimnazjum, wuefista i trener, Piotr Wiktor, poszukiwał zawodniczek do klubu młodzieżowego przy gimnazjum. Zauważył mnie i zaczął namawiać do chodzenia na treningi. Dzisiaj jestem mu za to bardzo wdzięczna, ale wtedy nie było to łatwe, ponieważ nie interesowała mnie siatkówka, ani tym bardziej intensywne trenowanie. Byłam, delikatnie mówiąc, mało przekonana do tego pomysłu. Później moja wuefistka również nalegała, abym jednak brała udział w tych treningach, ale częściowo było to jeszcze wszystko robione na siłę. Ja nie chciałam się do tego przyznać, ale w końcu na którejś wywiadówce moi nauczyciele wzięli na rozmowę moją mamę i zaczęli ją przekonywać. Mówili, że wprawdzie jest trochę późno, dziewczyna nie ma zielonego pojęcia o siatkówce, ale jest możliwość zrobienia z niej prawdziwej siatkarki. Mając wiek kadetki, nie umiałam kompletnie odbijać palcami, dołem, ale nauczono mnie chodzić na „raz” i do tej pory to jest mój pewniak.

Jak trafiłaś do seniorskiej siatkówki?

– Kiedy byłam w pierwszej klasie liceum, została podjęta decyzja o połączeniu tego szkolnego klubu z drużyną grającą wtedy jeszcze w Łańcucie, San-Pajda Łańcut. Powstało kilka składów, ja znalazłam się w tym teoretycznie silniejszym. Zaczęłam trenować częściej, można powiedzieć, że dopiero uczyłam się profesjonalnej siatkówki. Rok później ośrodek klubu San-Pajda został przeniesiony do Jarosławia. Pajda otworzył tam SOS-y, a ja z najlepszej szkoły w Rzeszowie przeniosłam się do Zespołu Szkół Spożywczych, Chemicznych i Ogólnokształcących. Tutaj zaczęła się gra w III i II lidze. Wszystkie byłyśmy w jednym miejscu, zajęcia w szkole były do nas dopasowane, trenowałyśmy często dwa razy dziennie. Po maturze stwierdziłam, że nie mogę dłużej pozostać w tym klubie. Moja współpraca z trenerem i rozwój pozostawiały wiele do życzenia i chciałam poszukać czegoś innego. Kompletnie nie liczyłam na to, że uda mi się znaleźć drużynę w I lidze, to było dla mnie ogromne szczęście. Byłam na testach w Pszczynie w II lidze, dzwoniłam do Bronowianki Kraków, klubu, który już nie istnieje, nikt nie był zainteresowany. Byłam troszkę podłamana, bo był już sierpień, kiedy moja przyjaciółka Maja Pelczarska zauważyła, że na Strefie Siatkówki pojawił się artykuł o tym, że zespół Nike Węgrów szuka trzeciej środkowej. Zadzwoniłam do trenera Roberta Kupisza, w życiu chyba tak się nie stresowałam. (uśmiech) Pierwsze kilka dni jeszcze byłam obserwowana, jeszcze w ramach testów. Jestem bardzo wdzięczna trenerowi Kupiszowi za to, ile dla mnie zrobił, czego mnie nauczył. Jest to człowiek, który zabrał mnie z „ławy” w II lidze, a na dzień dzisiejszy jestem rozpoznawalną zawodniczką w I lidze. Na tym, że znalazłam klub, jednak moje problemy się nie skończyły, bo długo trwał jeszcze proces dogadania się z moim byłym trenerem z Jarosławia i odzyskania karty.

Można powiedzieć, że od kiedy trafiłaś do Nike, twoje życie zmieniło się o 180 stopni?

– Zdecydowanie. W Nike grałam od grudnia, pierwszy mecz, na który pojechałam, to był mecz w Krośnie. Pomimo tego, że klaskałam w kwadracie, przegrałyśmy, to był to jeden z najszczęśliwszych dni w moim życiu. Pod koniec mojego pierwszego sezonu gry w Nike wchodziłam już na atak, mój manager i trener stwierdzili, że będę brana pod uwagę w kolejnym sezonie jako zawodniczka grająca na tej pozycji. Jednak kiedy na treningach szło mi dobrze, to na meczach była to „klapa”. Bardzo długo nie mogłam pogodzić się z tym, że nie nadaję się na prawe skrzydło, nie mam do tego predyspozycji. Był taki mecz, w Gliwicach, gdzie nie zdobyłam ani jednego punktu. Wiele razy było to przyczyną kłótni, mówiono mi, że nie będzie ze mnie atakującej.

Pogodziłaś się z tym, że było w tym sporo racji? Kiedy zrozumiałaś, że twoje miejsce na boisku jest „pod siatką”?

– Pogodziłam się z tym i teraz jestem naprawdę dumna z tego, że jestem środkową. Kiedyś wydawało mi się, że jest to pozycja niedoceniana, ale teraz widzę, że jest też wiele zawodniczek grających na środku siatki, o których się mówi. Kiedy zrozumiałam, że chcę być środkową? To był nasz pierwszy wygrany mecz w zeszłym sezonie, przeciwko liderkom tabeli, zespołowi ŁKS-u. Mój pierwszy mecz od dłuższego czasu, kiedy wyszłam na boisko w roli środkowej. Byłam z siebie bardzo zadowolona, zagrałam dobre spotkanie, skończyłam piłkę meczową. (uśmiech) Po czterech latach grania w siatkówkę i upartego tłumaczenia mi, że jest mi pisana kariera środkowej, wtedy to do mnie dotarło. Kolejnym pamiętnym meczem był dla mecz w Szczyrku, gdzie udało mi się zdobyć 20 punktów. To udowodniło mi, że wbrew temu, co się mówi, środkowa może nawet wygrać mecz.

Sezon spędzony w PSPS-ie Chemiku Police miał być dla ciebie kolejnym przełomowym etapem w karierze. Czy mimo wszystko możesz wyciągnąć z tej lekcji jakieś pozytywy?

– O obecnym sezonie mogę powiedzieć tylko tyle, że i tak niczego nie żałuję. Trafiłam na dobrego trenera, który bardzo dużo mnie nauczył i mój warsztat jest znacznie lepszy, niż był przed tym sezonem. Pomimo tego, jaki był finał tej historii, to przez te pół sezonu każda z nas zrobiła postępy. Każda taka stresująca sytuacja uświadamia mi też, jak bardzo mi zależy, że chcę grać w siatkówkę jak najdłużej.

Trener Mariusz Bujek po meczu z NOSIR-em udzielając wywiadu, powiedział o tobie: „Ona jest boska, bo tylko Bóg wie, co ona zrobi”. Masz coś na swoją obronę (uśmiech)?

– Ważne, żebym ja wiedziała, co zrobię. Po obejrzeniu tego wywiadu nie do końca wiedziałam, czy trener się ze mnie śmiał, czy był ze mnie zadowolony. Ale najważniejsze, że ja byłam zadowolona. (śmiech)

Jakie są twoje największe marzenia?

– Oczywiście chciałabym kiedyś zagrać z orzełkiem na piersi, moim największym marzeniem jest przeskoczenie „muru” pomiędzy I ligą a Orlen Ligą. Jakie jeszcze mam marzenia? Chciałabym mieć psa i do końca życia móc pozostać dużym dzieckiem i spełniać swoje zachcianki. (uśmiech) Trochę to przeraża moją mamę. Kiedy skończę licencjat z filologii chińskiej, to chciałbym też zrobić magisterkę, marzy mi się sezon w Chinach…

A jaką osobą jest Dominika Witowska poza parkietem?

– Na pewno mam tę świadomość, że jestem osobą specyficzną i kiedy trafiam do nowej drużyny, to często mam problem, aby się tam „przyjąć”. Oczywiście to jest jedynie kwestia czasu i bliższego poznania. Jestem trochę wybuchowa, ale przy okazji odważna. Nie mam z tym problemu, żeby pójść i udzielić wywiadu, nie ukrywam, że nawet to polubiłam, ponieważ pierwszą okazję na udzielenie wywiadu miałam dopiero tutaj, w Policach.

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, Cykle, Wywiady

Tagi przypisane do artykułu:
,

Więcej artykułów z dnia :
2016-12-02

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2019 Strefa Siatkówki All rights reserved