Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Publicystyka > Cykle > Skazane na sukces: Monika Kutyła

Skazane na sukces: Monika Kutyła

Kolejną bohaterką cyklu, w którym staramy się przybliżyć czytelnikom Strefy Siatkówki sylwetki młodych, utalentowanych zawodników i zawodniczek, jest atakująca, bez której w tym sezonie trudno jest sobie wyobrazić grę Wisły Warszawa. Przedstawiamy rozmowę, w której nieco o sobie opowiedziała Monika Kutyła. – Przejście do Wisły to dla mnie takie „przebudzenie”, sprawdzian własnych sił. Chcę się cieszyć czasem spędzonym na boisku, wygrywaniem meczów, zdobywaniem nowego doświadczenia – mówi młoda atakująca.

Swoją karierę zaczęłaś bardzo młodo, bo już w wieku 10 lat. Jak wyglądały początki twojej przygody z siatkówką?

Monika Kutyła:O ile dobrze pamiętam, to była chyba druga klasa podstawówki. Do gry w siatkówkę skłonił mnie fakt, że moja siostra, która jest ode mnie trzy lata starsza, już trenowała ten sport. Ona zaczęła swoją przygodę z siatkówką, a ja tylko chodziłam do niej na treningi, co jakiś czas przypatrywałam się temu, co ona robi. W pewnym momencie jej trener widząc, że podobnie jak ona jestem wysoka, zaproponował mi, żebym też zaczęła grać. Byłam młoda, więc wtedy jeszcze o zgodę musiałam zapytać moich rodziców. Ja bardzo chciałam robić to samo, co moja siostra, pojechałam z zespołem na obóz, wtedy jeszcze jako „maskotka” gdzieś tam bawiłam się piłką. Tak to się właśnie się u mnie zaczęło, bardzo wcześnie, w młodym wieku.



Kiedy zorientowałaś się, że siatkówkę powinnaś traktować bardzo poważnie?

–  Dużo dziewczyn zaczyna trenować w wieku gimnazjalnym i one automatycznie przechodzą do grania. W moim przypadku pierwszych 4-5 lat to były bardziej zabawy, przebijanki. Później zaczęłam grać w minisiatkówkę. Ja byłam zawsze wysoką zawodniczką. Moi rodzice mają po 1,80-1,90 wzrostu, także nie miałam „po kim” być niska. To dawało mi przewagę nad innymi dziewczynami. Zaczęłam jeździć na turnieje, uczyć się tej gry, a z biegiem czasu zaczęłam zauważać, że pewne rzeczy mi wychodzą. Poza tym moja siostra już wchodziła na wyższy poziom, wydawało mi się, że ona jest „prawdziwą” siatkarką. Zaczęłam traktować siatkówkę poważnie, choć dokładnie trudno mi powiedzieć, kiedy to się stało. Być może kiedy dostałam powołanie na turniej nadziei olimpijskich. W Chełmnie, małej miejscowości, trudno było mi zapoznać się z tą poważniejszą siatkówką, aczkolwiek zawsze się wyróżniałam, byłam trzonem zespołu, grałam w kilku kategoriach wiekowych, w III lidze, juniorkach.

Później rozpoczęłaś grę w wyższych ligach, jak trafiłaś na zaplecze ekstraklasy?

Starsze ode mnie dziewczyny poszły do Słupska, gdzie był zespół II-ligowy. Ja tam pojechałam, będąc w drugiej klasie liceum. Trener znał mnie, widział, jak gram w młodzieżówce. Na meczach w Słupsku spotykałam się z trenerem Budowlanych Toruń, który znał mnie także ze spotkań rozgrywanych w kategorii juniorek. Nie było pewne, czy w Toruniu zostanie II liga, czy jednak będzie to III liga, ja z kolei miałam klasę maturalną i musiałam skupić się na nauce, dlatego wróciłam na sezon do Chełmna. Potem zadzwonił do mnie kierownik sekcji siatkówki drużyny z Torunia, pan Jerzy Pater powiedział, że jest nadal mną zainteresowany i w ten sposób z III ligi udało mi się „wskoczyć” do I ligi. To był dla mnie duży przeskok. Nigdy wcześniej nie miałam regularnej siłowni, nigdy nie trenowałam dwa razy dziennie. Tam nauczyłam się bardzo dużo.

Dlaczego więc nie pozostałaś w zespole Budowlanych Toruń?

Jednak nie był to ten poziom, którego trener oczekiwał ode mnie. Byłam młoda i niedoświadczona. Wtedy trener Soja za porozumieniem stron przekazał mnie pod ręce trenera Nadolnego, trafiłam do Świecia, które jest położone 5 km od mojego rodzinnego Chełmna. Na początku w II lidze nie grałam zbyt wiele. Drużyna była zbudowana w taki sposób, by awansować. Tym bardziej, że toruniankom udało się rok wcześniej dostać na zaplecze ekstraklasy, ubyło więc jednego mocnego przeciwnika. Po turnieju finałowym awansowałyśmy do I ligi. Rok temu zajęłyśmy 4. miejsce, wysokie jak na beniaminka. Po sezonie miałam kilka propozycji, a w Warszawie grała moja koleżanka z boiska Kasia Śmieszek, z którą grałam już w Świeciu w drugiej lidze. Zapytałam się jej, czy klub nie szuka przypadkiem atakującej. Ona poleciła mi, żebym przyjechała na testy i tak znalazłam się w Wiśle Warszawa.

Toruń i Świecie to miejscowości położone dość blisko twojego rodzinnego Chełmna. Przeprowadzka do Warszawy była dla ciebie wyzwaniem?

Grając w Słupsku, jednocześnie występowałam w juniorkach w Chełmnie. Bardzo często dojeżdżałam do domu, byłam młoda, uczyłam się. To nie była aż tak profesjonalna siatkówka. Toruń i Świecie również są blisko mojego domu, także mogłam tam być kiedy chciałam. Warszawa jest położona 300 km od Chełmna, dlatego musiałam trochę przemyśleć tę decyzję. Wcześniej, kiedy byłam w wieku gimnazjalnym, z tego samego powodu nie pojechałam do Sosnowca, kiedy dostałam powołanie. Wtedy przeraziłam się odległości, teraz już mam 22 lata, więc nie mogłam się tego bać. Nauczyłam się profesjonalnej siatkówki dzięki tym latom spędzonym w Toruniu i w Świeciu, patrzę na to pod nieco innym kątem.

W Wiśle Warszawa pełnisz rolę jednej z liderek zespołu, po raz pierwszy dostałaś tak odpowiedzialne zadanie…

Bardzo się cieszę. Przychodząc tutaj, nie znałam trenera, ale słyszałam o nim same pozytywne rzeczy. Cieszyłam się, że czegoś się nauczę i może przy okazji będę mogła pograć. Czułam, że mam pewne predyspozycje, tylko nie do końca zawsze mogłam je pokazać. Przychodząc do Wisły Warszawa, nowego klubu, wiedziałam, że będzie to także inny pogląd na moją osobę. Jest to dla mnie coś nowego, przejąć na barki ciężar gry i nie zawsze to wychodzi. Taka niestety jest siatkówka. Pomimo tego, że jest to trudne zadanie, to bardzo fajne uczucie, że trener zauważył, że coś tam potrafię i można na mnie polegać na boisku.

Od początku sezonu mówi się o tym, że Wisła Warszawa ma za zadanie awansować do Orlen Ligi. Jednak patrząc na skład zespołu „na papierze” i porównując go do innych czołowych drużyn I ligi, konkurencji wam nie brakuje…

Przed sezonem wszyscy zrobili z nas wielką Wisłę Warszawę. Dużo się o nas mówiło, spekulowało, stawiano nas w roli pretendentów do Orlen Ligi. Tak na dobrą sprawę tutaj nie ma takiego parcia na ten awans. Mamy bardzo dobrą drużynę, ale nie wiem, czy jesteśmy w stanie awansować, gdyby ekstraklasa została otwarta. Jesteśmy beniaminkiem, mamy zupełnie nowy zespół, choć złożony z bardzo dobrych zawodniczek. Nie mam pojęcia, dlaczego dookoła nas zrobiono taki „szklany klosz”, że jesteśmy drużyną poza zasięgiem. Same się zastanawiamy, skąd to się wzięło. Być może dlatego, że mamy w składzie zawodniczki z zagranicy, trener Mirosław Zawieracz też miał już okazję współpracować z drużynami z Orlen Ligi. Ale tak naprawdę nie wiem, dlaczego przypięto nam taką łatkę…

Jak wyglądały twoje pierwsze dni w stolicy i nowym klubie? Jesteś osobą, która łatwo odnajduje się w nowym otoczeniu?

W drużynie jest dużo zawodniczek starszych ode mnie, ale są też dziewczyny w moim wieku. Ja jestem osobą bardzo otwartą i nigdy nie miałam problemu z aklimatyzacją. Zawieranie nowych znajomości przychodzi mi stosunkowo łatwo. Nie lubię się kłócić, nie jestem też zawistna. Nie wydaje mi się, żebym była zawodniczką konfliktową, dlatego też w drużynie zaaklimatyzowałam się bardzo szybko. Odnośnie Warszawy jako miasta, pierwsze dni tutaj przebiegały na wariackich papierach. Nie mogę Torunia czy Bydgoszczy, gdzie się pojawiałam, porównywać do Warszawy. Wszystko było dla mnie nowe i przerażał mnie fakt, że wszędzie trzeba się spieszyć. Aczkolwiek ostatnio sama złapałam się na tym, że dostosowałam się do tempa, jakim żyje Warszawa, nie umiem już wolno chodzić, na każdych światłach biegnę. Moje tempo życia ewidentnie wzrosło. Już zdążyłam przyzwyczaić się do życia w stolicy, choć nie wiem, czy uda mi się przyzwyczaić w stu procentach, bo jednak pochodzę z małej miejscowości, 18 lat mieszkałam w Chełmnie. Jeżeli miałabym wybierać pomiędzy mieszkaniem w dużym mieście a małym, to jednak wybrałabym mniejsze, ale jakoś sobie radzę.

A czy znajdujesz czas na coś więcej niż siatkówka?

Dwa tygodnie temu obroniłam licencjat, dlatego na razie jestem w formie takiego „zawieszenia”. Na pewno trudno jest połączyć pracę i studiowanie, bo oczywiste jest, że musimy być na każdych treningach. Na pewno jednak jest to możliwe. Możliwe ścieżki dalszej edukacji mam dwie, nigdy nie lubiłam siedzieć za biurkiem, nie jestem też stworzona do liczenia. Zawsze chciałam iść w kierunku fizjoterapii, bo jest to związane z tym, co robię. Jeżeli nie, to myślę, że marketingu, sprzedaży. Bardzo dużo mówię i podobno mam dar przekonywania, więc być może mogłabym pójść w tę stronę. Na pewno muszę mieć kontakt z drugim człowiekiem.

Stawiasz sobie jakieś kolejne cele, czy raczej wolisz zobaczyć, co przyniesie przyszłość?

Być może to jest błędne myślenie, ale ja nie lubię planowania. Wolę takie sytuacje, które wychodzą spontanicznie. Nie planowałam pójścia do Warszawy, nie planowałam grania w Toruniu. Moje decyzje są spontaniczne i jeszcze ani razu ich nie żałowałam, bo z gry w każdym z tych klubów coś wyniosłam. Myślę, że gra w Wiśle jest takim moim sprawdzianem. Przez dwa lata w Świeciu nie wiedziałam, czy to ze mną jest problem, myślałam, że może ja faktycznie się nie nadaję do grania. Przejście do Wisły to dla mnie takie „przebudzenie”, sprawdzian własnych sił. Chcę się cieszyć czasem spędzonym na boisku, wygrywaniem meczów, zdobywaniem nowego doświadczenia. Będę czekała na to, co wykreuje ten sezon, jak on się dla mnie skończy. Wiadomo, że dla siatkarki Orlen Liga to jest spełnienie marzeń… Na razie jednak chcę jak najlepiej wypaść w tym sezonie, kończyć go tak samo dobrze, jak go zaczęłam. To jest mój główny cel.

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, Cykle, I liga kobiet

Tagi przypisane do artykułu:
, , ,

Więcej artykułów z dnia :
2015-10-23

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved