Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > PlusLiga > PlusLiga: Tylko jedno zwycięstwo gospodarzy

PlusLiga: Tylko jedno zwycięstwo gospodarzy

21. kolejka rozgrywek PlusLigi już za nami. W ośmiu rozegranych spotkaniach tylko siatkarze Indykpolu AZS Olsztyn potrafili wykorzystać atut własnej hali i zainkasować zwycięstwo. W pozostałych siedmiu konfrontacjach lepsi okazywali się goście, aczkolwiek w większości meczów to właśnie przyjezdni byli faworytami. W hicie tej serii gier Jastrzębski Węgiel po pasjonującym boju uległ ZAKSIE Kędzierzyn-Koźle 2:3. Sytuacja w czubie tabeli robi się coraz bardziej emocjonująca, a różnica pomiędzy drugim i piątym zespołem wynosi zaledwie cztery oczka.

Trzy mecze odbyły się już w piątek. Oczywiście najważniejszym wydarzeniem był pojedynek pomiędzy Jastrzębskim Węglem oraz ZAKSĄ Kędzierzyn-Koźle. Podopieczni Marka Lebedewa przed tą kolejką byli na trzecim miejscu, natomiast mistrzowie Polski to aktualny lider tabeli. Szlagier nie rozczarował. Po pierwszych dwóch niesamowicie zaciętych setach gospodarze mieli powody do zadowolenia, ponieważ prowadzili już 2:0. W przypadku ewentualnego zwycięstwa do zera zanosiło się na sporego kalibru niespodziankę, ale goście wrócili do gry po dziesięciominutowej przerwie i zrobili to z przytupem. W trzech kolejnych odsłonach dominowali siatkarze Ferdinando de Giorgiego i ostatecznie wygrali 3:2. – Przez pierwsze dwa sety nie graliśmy dobrze, ale mimo to nawet jak przegrywaliśmy, to dopiero w końcówkach. Od tego trzeciego seta nasza gra bardzo się poprawiła. Wskoczyliśmy na wyższy poziom. Chwała nam za to, że po tych dwóch przegranych setach nie złamaliśmy się, że zdołaliśmy wrócić do gry. Wygrywamy na bardzo trudnym terenie, wiele mocnych zespołów polegało już w Jastrzębiu-Zdroju, tym bardziej cieszy zwycięstwo – przyznał środkowy ZAKSY, Mateusz Bieniek na łamach oficjalnej strony klubu. Po tej porażce jastrzębianie spadli w tabeli na piąte miejsce, a więc wypadli poza strefę medalową. Do ZAKSY na trzy punkty zbliżyła się natomiast Asseco Resovia Rzeszów.



Podział punktów w Jastrzębiu był idealny dla Asseco Resovii Rzeszów, która tego samego dnia grała na wyjeździe w Radomiu z Cerrad Czarnymi. Oczywiście podopieczni Andrzeja Kowala musieli najpierw dopiąć swego i zainkasować zwycięstwo za pełną pulę. Wicemistrzowie Polski źle weszli w to spotkanie, bowiem przegrali pierwszego seta do 19. Podrażnieni rzeszowianie pokazali jednak swoją moc w trzech następnych setach, w których nie dali rywalom żadnych szans. – Pierwszy set nam nie wyszedł, nie pokazaliśmy tego, co potrafimy. Dlatego byliśmy źli, ale na szczęście z trudnego momentu wyszliśmy obronną ręką. Zmobilizowaliśmy się po porażce, poprawiliśmy naszą grę i od razu miało to przełożenie na wynik – przyznał Thibault Rossard. Triumf 3:1 sprawił, że Resovia nie tylko odskoczyła innym zespołom z czołówki, ale także zbliżyła się do lidera z Kędzierzyna. – Faktycznie dobrze się to dla nas ułożyło, dlatego tym bardziej cieszę się, że jako drużyna odpowiednio zareagowaliśmy, przetrwaliśmy słabszy moment i zdobyliśmy komplet punktów, bo po pierwszym secie mogło być różnie – kontynuował Francuz.

W Bydgoszczy odbył się mecz dwóch drużyn z dołu tabeli. Miejscowa Łuczniczka grała z Effectorem Kielce. Oba zespoły mają niewielką przewagę nad ostatnimi lokatami w tabeli, a więc było to starcie za przysłowiowe „sześć punktów”. Ostatecznie doszło do podziału oczek. Po trzech setach bydgoszczanie prowadzili 2:1, ale nie potrafili pójść za ciosem. Wykorzystali to kielczanie, którzy doprowadzili do tie-breaka. W nim kibice oglądali sporo emocji. Potrzebna była gra na przewagi, w której Effector wygrał 17:15 i cały mecz 3:2. – To jest kolejny mecz w naszym wykonaniu, w którym prowadzimy 2:1 i znowu przegrywamy po tie-breaku. W decydującej partii o zwycięstwie zadecydowały niuanse i to zespół z Kielc okazał się od nas lepszy. Bardzo chcieliśmy wygrać to spotkanie, ale widać ta klątwa jeszcze gdzieś w nas siedzi. Pierwszy set był tak brzydkim setem zarówno z jednej, jak i drugiej strony, oba zespoły popełniały dużo błędów, ale my zrobiliśmy ich niestety więcej i w efekcie przegraliśmy. Musimy wyciągnąć z tego wnioski i w kolejnych meczach powinniśmy nad tym popracować – zakończył Jan Nowakowski. Ta porażka sprawiła, że z zespołem Łuczniczki pożegnał się Piotr Makowski, który rozwiązał kontrakt z klubem za porozumieniem stron. Jego następcą zostanie dotychczasowy asystent, Marian Kardas. Obecnie obie drużyny zrównały się w tabeli punktami.

Dzień później doszło do jednej niespodzianki. Dobrze spisujący się GKS Katowice zaskakująco gładko przegrał u siebie z MKS-em Będzin. Dziwić mogą rozmiary zwycięstwa ekipy Stelio DeRocco, która wygrała bez straty seta. Katowiczanie przegrali końcówki drugiej oraz trzeciej odsłony i muszą przełknąć gorzką pigułkę. Dla MKS-u to bezcenne zwycięstwo, które praktycznie daje im spokojne utrzymanie się w lidze, ponieważ będzinianie mają już 25 punktów. GKS nadal plasuje się w środku stawki i także może być spokojny ligowego bytu, chociaż taka porażka nie zadowala Piotra Gruszki. – Takie mecze się zdarzają, ale nie będę do tego spokojnie podchodził, bo to, że się zdarzają, to jedno, ale jakość zawodników poznaje się wtedy, gdy się nie układa, a nie gdy wszystko jest fajnie. Mamy o czym rozmawiać. Warto rozmawiać o takich meczach, bo jest on dla nas nauką, zwłaszcza dla chłopaków, którzy po raz pierwszy zderzają się z jakąkolwiek, choć takiej u nas nie ma, presją – podkreślił szkoleniowiec GKS-u dla siatkowka.gkskatowice.eu.

Niespodzianki nie było natomiast w stolicy Warmii i Mazur, gdzie Indykpol AZS Olsztyn podejmował BBTS Bielsko-Biała. Zdecydowanymi faworytami byli gospodarze, którzy zdawali sobie sprawę, że po tej serii gier mogą wskoczyć do pierwszej czwórki. Tylko w trzecim secie bielszczanie przekroczyli barierę 20 punktów, ale i tak przegrali cały pojedynek 0:3. BBTS jest na czternastym miejscu i cały czas musi walczyć o uniknięcie baraży. Z kolei podopieczni Andrei Gardiniego awansowali na trzecie miejsce i mają tylko trzy punkty straty do wicelidera z Rzeszowa.

Inny zespół z czołówki, a więc PGE Skra Bełchatów, grał na wyjeździe z Lotosem Treflem Gdańsk. Mimo nierównej dyspozycji gdańszczan w tym sezonie należało spodziewać się emocjonującego meczu. Po trzech setach prowadzili siatkarze Andrei Anastasiego i zanosiło się, że ekipa z Trójmiasta powtórzy scenariusz ze spotkania z Resovią Rzeszów. W porę przebudzili się jednak rywale. Bełchatowianie po wysoko przegranym trzecim secie do 16 zrehabilitowali się w następnej partii, a w tie-breaku kontrolowali przebieg wydarzeń, zwyciężając 15:10. – W czwartym secie słabo zagrywaliśmy, a w piątym zacięliśmy się w jednym ustawieniu. Niestety z takim zespołem jak Skra trudno jest gonić i odrabiać straty. Staraliśmy się grać do końca, ale rywale pomogli sobie zagrywką i było po meczu – stwierdził Michal Masny. Jeden stracony punkt sprawił jednak, że brązowi medaliści poprzedniego sezonu wciąż znajdują się na czwartym miejscu i mają taki sam dorobek co piąty Jastrzębski Węgiel.

W niedzielę odbył się jeden mecz. Przedostatni Espadon Szczecin rywalizował z Cuprum Lubin. Kibice szczecińskiej drużyny liczyli po cichu, że beniaminkowi PlusLigi uda się sprawić podobną niespodziankę jak tydzień temu, kiedy to we własnej hali sensacyjnie pokonali Lotos Trefl Gdańsk 3:1. Lubinianie mieli najwidoczniej w pamięci tamten rezultat i nie zlekceważyli swoich rywali. Było to starcie bez historii, bowiem w każdym z setów dominowali podopieczni Gheorghe’a Cretu. – Myślę, że to nie było łatwe spotkanie. Może z boku tak to mogło wyglądać, ale musieliśmy się natrudzić, żeby wygrać w Szczecinie. Cieszymy się jednak, że na początku każdego seta uciekaliśmy rywalom, a potem kontrolowaliśmy to spotkanie. Jesteśmy zadowoleni ze zdobycia trzech punktów, tym bardziej że obawialiśmy się trochę tego meczu – skomentował Paweł Rusek. Cuprum tym zwycięstwem wciąż ma szansę nawet na pierwszą czwórkę, do której traci cztery punkty, a już w następnej kolejce zmierzy się w arcyważnym meczu z PGE Skrą Bełchatów. Espadon wciąż ma trzy oczka przewagi nad ostatnim AZS-em Częstochowa.

Akademicy spod Jasnej Góry mierzyli się w poniedziałek na zakończenie tej serii gier z ONICO AZS-em Politechniką Warszawską. Po zwycięstwie stołecznych siatkarzy w poprzedniej kolejce nad PGE Skrą Bełchatów to warszawianie byli zdecydowanymi faworytami tego meczu, ale częstochowianie na własnym parkiecie potrafią uprzykrzyć życie każdemu, mimo że nie zawsze przekłada się to na rezultaty. Tak samo było i tym razem. Pierwszego seta wyraźnie wygrali gospodarze i zanosiło się na sporą niespodziankę. Drugiego seta zapisali na swoim koncie Inżynierzy. Przełomowa okazała się trzecia odsłona, w której do wyłonienia zwycięzcy potrzebna była gra na przewagi. Podopieczni Michała Bąkiewicza mieli sporo piłek setowych, ale to Politechnika dopięła swego. To nieco podłamało miejscowych, aczkolwiek mieli oni jeszcze swoją szansę w czwartym secie. Końcówka należała jednak do gości. Dla AZS-u Częstochowa była to już czternasta porażka z rzędu. Ponadto częstochowianie stracili w tym meczu Michała Szalachę, który doznał poważnej kontuzji ścięgna. – W tym spotkaniu nasza gra wyglądała fajnie, co mogło się podobać kibicom, ale jest czternasta porażka. Ciężko jest mi cokolwiek powiedzieć, bo ja nie wiem co zrobić, nie wiem co powiedzieć. Już się będę powtarzał, ale jedziemy na kolejny mecz powalczyć o trzy punkty i mam nadzieję, że teraz się uda i przywieziemy komplet oczek. Później już mamy taki kalendarz, że passa mogłaby potrwać trochę dłużej niż dwa, trzy mecze i zobaczymy, jak to będzie – mówił ze smutkiem Rafał Szymura.

Zobacz również:
Wyniki i tabelę PlusLigi

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved