Strefa Siatkówki – Mocny Serwis

O siatkówce prywatnie: Piotr Gacek

fot. Arkadiusz Buczyński

Im starszy, tym lepszy, ciągle głodny zwycięstw, choć spokojny, ale przede wszystkim bardzo szczęśliwy – wszystko to można powiedzieć o libero biało-czerwonych i LOTOSU Trefla Gdańsk, Piotrze Gacku. – Ciągle się spełniam, ale nie czuję się spełniony. Wymarzyłem sobie idealny scenariusz zakończenia mojej przygody ze sportem, więc wiem, że kiedy będę zmierzał ku ostatniemu gwizdkowi na boisku, to spełnienie będzie mi towarzyszyć – powiedział sam zainteresowany.

Piotr Gacek jest jak wino?

Piotr Gacek: – Spotkałem się z takimi stwierdzeniami, ale sam daleki jestem od podobnych porównań. Nie zmienia to faktu, że styl gry, który prezentuję w Treflu Gdańsk, pokazuje, że fizycznie czuję się naprawdę bardzo dobrze mimo kilku wiosen na karku i pewnie dlatego w mediach pojawia się wyżej wymienione określenie. Czy ja osobiście też to czuję? Na pewno w tej chwili jest mi dobrze tak, jak jest, ponieważ wiem, że nadal się spełniam w tym, co robię i to jest dla mnie najważniejsze. Jeśli wino faktycznie im jest starsze, tym lepsze, to chyba można to tak nazwać. (śmiech)



Czym jest dla pana dojrzałość?

– W moim przypadku jest to rodzina, ponieważ to ona najbardziej weryfikuje spojrzenie na świat. Wraz z nią i tym, że ponosi się za kogoś odpowiedzialność, kształtuje się formułka „bycia dojrzałym”. Mimo tego, że wcześniej nigdy nie byłem osobą chaotyczną, lekkoduchem i zawsze emocjonalnie stałem twardo na nogach, to właśnie moi najbliżsi generują dobre emocje i zmiany, dzięki którym mogę się określić mianem dojrzałego.

Osiągnięcie jej było bardziej procesem czy momentem, od którego mógł pan powiedzieć, że jest pan dojrzały?

– Wydaje mi się, że jest to proces, ponieważ u podstaw jego ewolucji leży to, co człowiek przeżył w przeszłości. Mimo wszystko wydaje mi się, że duży krok ku osiągnięciu tego stanu uczyniłem stosunkowo szybko, bowiem już w wieku 22 lat, kiedy odeszła moja mama, a zdarzenie to było dla mnie jednym z najważniejszych etapów wychodzenia ze stadium „buńczucznej młodzieńczości”. Zdawałem sobie sprawę, że od tego momentu w wielu chwilach będę musiał radzić sobie sam, a jedną z nich będzie poukładanie swojego życia na nowo. Kropką nad i procesu, o którym rozmawiamy, było jednak założenie rodziny.

W tym trudnym dla pana momencie nie znalazł się nikt, kto by pomógł wyjaśnić zmiany, które zaszły?

– Nie, do wszystkiego doszedłem sam. Mama była osobą, którą kochałem bezgranicznie i niemożliwym było dla mnie jej zastąpienie. Mam wspaniałą siostrę, ale niestety żyje ona poza granicami Polski i mimo tego, że darzymy się wielkim uczuciem, pomagamy sobie i zawsze możemy na siebie liczyć, to aspekty dojrzałości musiałem poznać sam.

A jak kiedyś wyobrażał pan sobie swoją sportową dojrzałość?

– Bardzo często zastanawiałem się, jak będę się prezentował za 5-6 lat, lecz myślałem także o tym, czy zmienię swoje podejście do życia i zajmę się czymś zgoła innym. Nie zaprzeczę, że zdarzyły mi się momenty, kiedy wydawało mi się, że nad swoją przyszłością powinienem zastanowić się dopiero za kilka lat, a gdy mijał wyznaczony okres i znów stawiałem sobie podobne pytania, ponownie przekładałem swoje rozważania i plany, dając sobie jeszcze trochę czasu. Poddawanie przyszłości pod wątpliwość było jednak charakterystyczne dla wcześniejszych etapów mojej kariery, a wiązało się ono szczególnie z podpisywaniem pierwszego kontraktu w PlusLidze. Wtedy moje życie zmieniło się o 180 stopni – wyjechałem z domu i w naturalny sposób mój nagle zburzony świat się poukładał.

Czyli siatkówka poskładała panu życie.

– I składa do tej pory.

Jak w dojrzałości smakuje sukces? Jest lepszy i wyrazistszy niż ten pierwszy, czy jest bardziej wyjątkowy przez to, że wydarza się w momencie, w którym wielu nie może go już doświadczyć?

– Kiedy w zeszłym roku udało nam się wygrać wicemistrzostwo i Puchar Polski, czułem się fantastycznie. Nie zmienia to jednak faktu, że wielokrotnie zastanawiałem się nad tym, czy w sportowej karierze może być coś piękniejszego od zdobycia z AZS-em Częstochowa mojego pierwszego brązowego medalu, który smakował wtedy jak złoty. W tamtym momencie byłem przeszczęśliwy i naiwnie myślałem, że to, co dotychczas udało się wywalczyć, wystarczy mi do końca kariery. Pamiętam nawet, że wtedy świętowaliśmy zwycięstwo chyba z tydzień! Jak się później okazało, sukces ten rozpalił jednak we mnie chęć sięgnięcia po kolejne i kiedy rok temu graliśmy już o piąty puchar w mojej karierze, byłem tak samo sportowo „nakręcony”, jak wtedy za pierwszym razem. Teraz mogę powiedzieć, że z ostatniego trofeum cieszyłem się chyba bardziej niż z tych, które udało mi się zdobyć we wcześniejszych etapach kariery sportowej. Może gdybym cofnął się w czasie i zobaczył siebie z 2008 roku, gdy po raz pierwszy sięgnąłem po tę nagrodę z częstochowskim klubem, to powiedziałbym coś innego, lecz na ten moment wydaje mi się, że sukcesami z poprzedniego sezonu przyćmiłem te sprzed lat.

„Poza pracowitością ma jeszcze jedną wartościową cechę. Analizuje każdy błąd, wyciąga wnioski i jest chyba ostatnim człowiekiem, który przyczyn ewentualnych niepowodzeń szukałby wśród partnerów, krótko mówiąc, jest wręcz stworzony do gry w zespole” – tak mówił o panu Edward Skorek. Czy taki jest pan zarówno zawodowo, jak i prywatnie?

– Jeśli chodzi o moje prywatne cechy, to musiałabyś się spytać kogoś, kto funkcjonuje ze mną na co dzień. Nie zmienia to faktu, że kiedy patrzę na swoją postawę w życiu prywatnym i moje nastawienie do błędów lub konfliktów, to zawsze staram się rzetelnie ocenić to, co zrobiłem – czy nie przekroczyłem granic, jestem w porządku i mogę nie mieć sobie nic do zarzucenia. Analizuję swoje zachowanie i staram się znaleźć jakiś złoty środek w postępowaniu, by żyć w zgodzie z samym sobą. W sytuacji boiskowej natomiast bardzo rzadko szukam źródeł niepowodzenia w innych osobach, co wynika też z pozycji, którą zajmuję na parkiecie, bowiem od nikogo nie jestem zależny i nikt nie przeszkadza mi w odbiciu piłki. Słowa trenera Skorka, czyli człowieka, którego bardzo szanuję, padły w szczególnym momencie mojej kariery, bowiem tuż za linią jej startu. Z biegiem lat przestałem analizować każdy błąd i myśleć o pomyłkach, bowiem czasem przynosiło to odwrotny skutek niż zamierzony. Jeśli teraz zdarzają mi się niedociągnięcia, to podchodzę do nich na zasadzie rzeczy, które są nieodzownym elementem siatkarskiego rozwoju, z których należy czerpać lekcje, ale mimo wszystko nie traktować ich z większą powagą, niż na to zasługują.

Określiłby pan siebie mianem „mężczyzny po przejściach”?

– Jeżeli mowa o moim rozwodzie, to na pewno. Kiedy zdarza się sytuacja, że budowało się coś, a potem to nie wytrzymało, to można określić, że jest się kimś „po przejściach”.

Więc w życiu prywatnym skorzystał pan z drugiej szansy. Jakie przemyślenia na temat tego, co wcześniej nie wyszło, dały panu zbudować coś, co teraz wydaje się trwałe?

– W tym przypadku musielibyśmy sięgnąć po moje przeżycia z lat dziecięcych i nie tylko – codzienności chłopaka, który dorastał w normalnej, kochającej się rodzinie, gdzie czasami było dobrze, a innym razem źle. Wydaje mi się, że moje obecne życie, a także wybory koncentrują się wokół tego, jakie błędy popełniano w stosunku do mnie na wcześniejszych etapach i to właśnie stoi u podstaw mojego definicyjnego postrzegania tego, jak powinno wyglądać trwałe szczęście rodzinne. Za każdym razem staram się eliminować z mojego postępowania błędy, których sam doświadczyłem. Poza tym rozwód był sprawą przykrą, ale jeszcze bardziej przykre byłoby dalsze wspólne życie.

Czy był taki moment, kiedy pomyślał pan, że musi wybrać szczęście i odciąć się od tego, co było czy wręcz przeciwnie – chciał pan dorosnąć do stworzenia nowych relacji, ojcostwa naturalnym etapem ewolucji i dojrzewania wyrastającego z pamięci o starych błędach?

– Może to zabrzmi bardzo sarkastycznie, ale w tamtej sytuacji bardzo pomogło mi środowisko, w którym obracałem się wcześniej, bowiem po decyzji, którą podjąłem, ono automatycznie się ode mnie odwróciło. Karolina nie tyle pomogła mi stanąć na nogi, co przede wszystkim nauczyła fajnie żyć. Wiedziałem, że z tą kobietą jestem w stanie spędzić resztę życia i tak naprawdę na późniejszych etapach sami wykreowaliśmy naszą wspólną wizję szczęścia rodzinnego, również poprzez poznanie wielu znajomych niezwiązanych z siatkówką. Zaczęliśmy całkiem nowy etap.

Druga szansa od życia bardziej boli, bo jest świadectwem porażki, czy raczej cieszy, ponieważ ratuje?

– Jest czymś pomiędzy. Ludzie przez całe życie szukają swojej drugiej połówki, a mnie się udało ją znaleźć i w tej chwili jestem bardzo szczęśliwy.

To szczęście, które wtedy pan wywalczył, nadal jest takie samo, czy się zmienia?

– Jesteśmy razem już ósmy rok i mogę stwierdzić, że jak w każdym związku na pewno się zmienia. Na początku jest mnóstwo euforii, prostej chęci bycia razem, a następnie przychodzi próba dojrzałości, weryfikująca trwałość relacji. W naszym przypadku polega ona na budowaniu codziennego małego szczęścia. W tym miejscu muszę jednak zaznaczyć, że sportowcy mają w życiu trochę łatwiej, ponieważ nie są na okrągło w domu i jeżeli pojawia się jakiś problem, a my akurat wyjeżdżamy na tydzień, to po powrocie już go nie ma. (śmiech) Wiele par ma spory staż, choć nie mieszkają ze sobą, ja natomiast uważam, że związki powinny się tworzyć w momencie, gdy osoby jakiś czas dzielą wspólne lokum, ponieważ jest to najlepsza metoda weryfikacji wad i zalet obu połówek. Takie próby, na mocy których walczy się z niedomówieniami wynikającymi z nieznajomości swojego zachowania 24 godziny na dobę, najbardziej testują związek. Dodam, że z Karoliną dobraliśmy się świetnie, ponieważ oboje jesteśmy bardzo pedantyczni. (śmiech)

Czyli przez brak stabilności w życiu sportowca oraz ciągłe wyjazdy nie może być mowy o tak zwanej „zwyczajnej codzienności”?

– Nie, wydaje mi się, że raczej nie.

Nie obawia się więc pan o to,  co będzie wtedy, kiedy zawiesi buty na kołku i ciągłe wyjazdy się skończą?

– Nie, chyba nie może być o tym mowy. Wydaje mi się, że jesteśmy już w takim wieku, że z łatwością wypracujemy model spędzania ze sobą codzienności. Poza tym nie wyobrażam sobie nic nie robić w momencie, gdy skończę swoją przygodę z zawodowym uprawianiem sportu. Jestem osobą stosunkowo energiczną, więc widzę siebie pozostającego w strukturach siatkarskich, co może spowodować, że tak naprawdę nic szczególnego się nie zmieni.

Czy po tylu latach spędzonych na boisku może pan powiedzieć, że jest sportowcem na tym etapie już spełnionym?

– Ciągle się spełniam, ale nie czuję się spełniony. Wymarzyłem sobie idealny scenariusz zakończenia mojej przygody ze sportem, więc wiem, że kiedy będę zmierzał ku ostatniemu gwizdkowi na boisku, to spełnienie będzie mi towarzyszyć.

Nie zaprzeczy pan jednak, że zawsze był sportowcem z „planem B”.

– Tak, ponieważ mam uprawnienia do szkolenia. Historia ich wyrobienia wynika ze starań mojego pierwszego kibica, czyli mamy, która kiedyś założyła zeszyt formatu A5 i umieszczała tam wszystkie wycinki z gazet, odnoszące się do mojej osoby. W pewnym momencie życia powiedziała mi jednak, co jest ważne i wygoniła mnie z domu na studia. Dzięki jej mądrości ukończyłem naukę na tym etapie, wyrobiłem kurs trenerski drugiej klasy i choć na razie kompletnie nie widzę się na stanowisku szkoleniowca, to nie wykluczam, że kiedyś z niego skorzystam. Nie umniejsza to faktu, że jest to bardzo trudna praca, a ja też nie wiem, czy bym się do niej nadawał, nigdy jednak nie mówię nie. Jestem mojej mamie do dziś wdzięczny za to, że tak nalegała, bym zawsze posiadał wspomniany „plan B”.

Za każdym razem, kiedy rozmawiam z siatkarzem, który na jakimś etapie rozstawał się ze Skrą, to mówi on, że to był ten zawodowy wóz albo przewóz – jak sobie poradzę i znajdę dobry klub, to jeszcze kilka lat pogram, a jak trafię do ligowego średniaka, to będzie ciężko. Miał pan podobne wrażenie?

– Myślę, że niepewność pojawia się po rozstaniu z każdym klubem, jednak w przypadku Skry jest to sprawa sporej wagi. Kiedy byłem w bełchatowskiej drużynie, przeżywała ona wielkie sukcesy i po wygaśnięciu kontraktu w mojej głowie pojawiło się pytanie, czy nadal będę grał w swojej karierze o medale. Nie zamienia to faktu, że już przed meczami o najwyższą stawkę domyślałem się, że ciągle obowiązująca umowa może nie zostać przedłużona. Mimo wszystkiego, co się wydarzyło, z prezesem Piechockim do dziś mamy bardzo dobry kontakt. Wiedziałem również, że po bełchatowskiej przygodzie trafię do mocnego klubu, jakim był team z Kędzierzyna-Koźla i że dołączy do niego między innymi Paweł Zagumny, a ekipę prowadzić będzie Krzysztof Stelmach, który zdążył już udowodnić, jak dobrze pracuje. To wszystko złożyło się na miękkie lądowanie.

A czy miał pan uczucie spadku z wysokiego konia w swojej karierze?

– Nie, jeszcze nie. Kiedy z ZAKSY przechodziłem do Trefla, to mogło się wydawać, że będzie to upadek z wysokiego konia, ale finalnie zdobyliśmy wicemistrzostwo Polski.

Paweł Zatorski idzie pana krokami…

– (śmiech) Cały czas wspominamy, że kiedy ja odszedłem z AZS-u Częstochowa, to on wszedł na moje miejsce, gdy rozstałem się ze Skrą, to on tam trafił, a następnie przeszedł do ZAKSY w momencie mojego rozbratu z kędzierzyńskim klubem. Mówię mu teraz, że kontrakt z gdańskim zespołem obowiązuje mnie do 2017 roku i radzę mu, żeby do tego czasu nie rozstawał się z ekipą trenera De Giorgi. Zobaczymy, jak to będzie. (śmiech)

Co musi pan pomyśleć, żeby postawić kropkę nad i w swojej karierze?

– Nie chcę, by takie rozważania pojawiły się w mojej głowie. Dlaczego one mają mieć miejsce? Na razie w ogóle nie będę sobie ich wyobrażać. Wierzę w potęgę podświadomości i wydaje mi się, że jeśli bardzo intensywnie się nad czymś zastanawia, to to się spełnia. Nie myślę o końcu kariery, bo wiem, że on tak czy inaczej nadejdzie, ale mam nadzieję, że jak najpóźniej.

Boi się pan tego?

– Nie. Kilka lat temu jeszcze może bym się bał, ale z biegiem czasu człowiek nabiera do tego wszystkiego dystansu. Jeśli pięć czy dziesięć lat temu też o tym myślałem i sobie poradziłem, to dlaczego nie miałbym tego robić jeszcze przez jakiś czas?

Czytaj dalej na kolejnej stronie:

źródło: inf. własna

nadesłał:

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved