Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Publicystyka > Cykle > O siatkówce prywatnie > O siatkówce prywatnie: Marco Falaschi

O siatkówce prywatnie: Marco Falaschi

Jaki ma być stereotypowy Włoch? Optymistyczny, głośny i pozbawiony kompleksów. Co jeśli niekoniecznie tak jest? – To była bardzo trudna sytuacja, ale w niektórych momentach trzeba wierzyć, że stanie po swojej stronie jest najlepszą możliwą opcją. Tak jak już wcześniej mówiłem, myślę sporo i biorę na siebie nawet za dużo odpowiedzialności. Może to była najważniejsza siatkarska lekcja w moim życiu, ale nauczyła mnie ona także odrobiny egoizmu, która potrzebna jest każdemu – powiedział o swoim rozstaniu z Andreą Anastasim i Lotosem Treflem Gdańsk w cyklu „O siatkówce prywatnie” rozgrywający GKS-u Katowice, Marco Falaschi.

 



Wychowywał się pan w Santa Croce sull’Arno – miejscowości położonej chyba w najbardziej oddziałującej na wyobraźnię części Włoch. Po premierze „Pod słońcem Toskanii” region ten utożsamiany jest z miejscem, gdzie spełniają się marzenia. Słuszna to teza?

Marco Falaschi: – Chyba tak. Według mnie Toskania jest najlepszym miejscem na ziemi, ale tam się wychowywałem i nadal poniekąd tam żyję, więc chyba nie jestem obiektywny. (śmiech) Nie mogę powiedzieć nic złego na temat tego regionu, gdyż dla mnie jest po prostu rajem. Mieszkałem dokładnie pośrodku drogi do Pizy i Florencji – do jednego miałem 20 minut jazdy samochodem, a do drugiego 30 i muszę przyznać, że jest tam wszystko. Nigdy nie widziałem tak urokliwego miasta, jak Florencja, stała się ona dla mnie całkowitym ideałem, z którego jestem dumny. Zachwyca mnie jej historia, architektura, ale przede wszystkim uczucie, że dookoła ciebie są miejsca, gdzie w przeszłości wydarzyły się ważne rzeczy. Jak wiadomo, Toskania jest bardzo słynnym regionem na mapie świata, jest to „moja” przestrzeń i wydaje mi się, że spełniają się w niej marzenia. Inni chyba również tak uważają, bowiem żyje w niej mnóstwo obcokrajowców, ale to ja mam szczęście, by określić się mianem „tutejszego”.

O czym marzył pan jako mały chłopiec żyjący w 12-tysięcznej miejscowości?

– Żyłem w 12-tysięcznym mieście, które mimo wszystko było wysoce zindustrializowane. W tej części Toskanii oprócz Santa Croce sull’Arno znajdują się jeszcze inne dwie podobne miejscowości, które są „sercem” obróbki różnych materiałów naturalnych. Tworzy się tam elementy garderoby, które sprzedawane są w całej Europie, a co za tym idzie, jest to niezwykle istotny ośrodek dla włoskiego państwa. W ciągu tygodnia roboczego w moim mieście jest około 25 tysięcy osób, które w weekendy przemieszczają się do pobliskiej Florencji czy Pizy, by tam znaleźć odrobinę relaksu i oderwania od pracy. Mimo tego, że miejsce, w którym się wychowywałem, jest mieszanką pięknych krajobrazów i jednocześnie okręgiem przemysłowym, to łatwo było mi w nim marzyć. De facto od momentu, w którym się urodziłem, czułem tam atmosferę siatkówki, ponieważ w lidze włoskiej miasto reprezentowane jest przez dość znany klub. Dawniej mówiło się nawet, że w Santa Croce sull’Arno żyje się, by mieć chleb i oglądać siatkówkę! (śmiech) Sam zacząłem grać, kiedy miałem około 10 lat, a moim marzeniem wtedy było doprowadzenie drużyny z rodzinnego miasta do rozgrywek Serie A. Występowałem w niej przez kilka lat i w tym czasie udało nam się wygrać drugą dywizję zmagań, ale moje marzenie w stu procentach się nie spełniło. Może tak się stanie któregoś dnia – nie tracę nadziei.

Jak bardzo zmieniły się pana marzenia od tego czasu?

– Zmieniły się o tyle, że po prostu chcę grać w siatkówkę na najwyższym możliwym poziomie, a żeby to zrobić, musiałem wyjechać. Przez trzy lata reprezentowałem barwy New Mater Volley Castellana Grotte, następnie grałem w Czarnogórze, by później trafić do Polski, do Lotosu Trefla Gdańsk. Moje marzenie w każdym z tych okresów pozostało podobne – by wywalczyć coś na najwyższym światowym poziomie.

Zarówno pana ojciec, jak i brat grali w siatkówkę. Czy przyszło panu kiedyś do głowy, by złamać ten wewnątrzrodzinny determinizm, czy też nie odczuwał pan takiej potrzeby?

– Zanim moja mama przeszła na emeryturę, pracowała jako nauczycielka i jej marzeniem było, żebym poszedł na uniwersytet, zdobył porządne wykształcenie, a następnie dobrą pracę. Niestety, próba pogodzenia przez jeden sezon nauki i treningów spełzła na niczym. Nie zmienia to faktu, że wiele było możliwości zmiany „przeznaczenia”, nawet kiedy pochodziło się z małej miejscowości. Mogłem robić co tylko chciałem i wybrałem siatkówkę. Wystarczyło mi się w niej zakochać, by pójść tą drogą.

Łatwiej jest mieć porównanie do sportowych sukcesów innych członków rodziny, czy też pojawia się element rywalizacji, który może wiele zepsuć?

– Nie, raczej nie. Mój ojciec grał w siatkówkę w latach 60. i 70., kiedy we Włoszech były tylko Serie A, B i C. Jemu udało się dojść do środkowego szczebla rozgrywek, lecz wtedy złapał kontuzję, którą dziś można by wyleczyć, lecz wtedy okazała się kończącą jego sportową przygodę. Poza tym moja rodzina chciała dla mnie wyłącznie jak najlepiej, więc nie było między nami porównań czy rywalizacji, choć wiem, że w wielu siatkarskich rodzinach zdarzają się podobne sytuacje. Co ciekawe, przez sezon grałem w jednym klubie z moim bratem i tuż po nim zakończył on karierę.

Odkrył, że nie może się z panem równać!

– (śmiech) Nie, nie. Powiedział mi, że granie w jednych barwach z własnym bratem jest idealnym dopełnieniem jego kariery i że to jest dobry moment na koniec przygody z siatkówką. Jest starszy ode mnie o 12 lat, więc jego decyzja była zrozumiała.

Już ustaliliśmy, że to po ojcu ma pan sportowego ducha. Co otrzymał pan po mamie?

– To, żeby cały czas koncentrować się nie tylko na meczach czy karierze, ale przede wszystkim na tym, by żyć. To właśnie mama za każdym razem pokazywała mi właściwą drogę i miała do tego dryg, ponieważ, jak wspomniałem, była nauczycielką. Najważniejszą zasadą dla niej do dzisiaj jest to, by kroczyć wedle ustalonych reguł.

Pan ich przestrzegał?

– Zazwyczaj tak, nie byłem i nie jestem typem „niegrzecznego” chłopaka, co mówią mi wszyscy, a szczególnie koledzy, z którymi gram. Przyznają, że moich działań nie można porównywać do ich, bo jestem zbyt spokojny. (śmiech) Mówiąc poważnie, naprawdę najważniejsze są zasady. Mam w sobie wiele granic i dla mnie wszystko ma ustalony porządek.

Co jest zasadą-matką?

– Chyba to, by żyć w zgodzie ze „swoimi” zasadami, biorąc pod poprawkę reguły, które chcą nam narzucić inni. Poza tym trzeba bronić siebie, by zamiary innych, które nie zawsze w stu procentach są dla nas korzystne, nie wypłynęły na nas negatywnie. Należy ufać instynktowi, kiedy stawia przed nami wielkie „nie” w odniesieniu do tego, co ktoś nakazuje nam robić. Dodatkowo w życiu kieruję się tym, że eksperyment to nic złego, bo jest rzeczą pozwalającą na osiągnięcie nowych horyzontów i zdobycie doświadczenia, które jest bardzo cenne. Rzadko łamię te zasady, naprawdę, a za każdym razem, kiedy to robię, to nie wychodzi to mi na dobre. Mogę je zobrazować następująco – jestem rozgrywającym, który przeszedł normalny cykl rozwojowy w siatkówce. Na samym początku kariery w stu procentach należy brać za świętość słowa trenera. Problem pojawia się wtedy, kiedy się dorasta, wie, co jest dla siebie samego najlepsze i to nie pokrywa się z wizją szkoleniowca. W takich momentach zazwyczaj mówię do sam do siebie: „Nie odzywaj się, nie odzywaj się”, ale niejednokrotnie miałem już sytuację, kiedy musiałem interweniować i być bardzo szczerym z trenerem.

Czyli nie jest pan typem człowieka, który zmusi się do czegoś i „przecierpi”, bo uważa, że zdanie szkoleniowca to rzecz święta?

– Jeśli ufam trenerowi w stu procentach, to zrobię to, co nakazuje. Sytuacja się zmienia, kiedy wzbudzi on moją wątpliwość.

Ilu trenerom pan ufał?

– Tylko dwóm od początku mojej kariery. Często się z nimi nie zgadzałem, ale też nie przeciwstawiałem się, gdyż wiedziałem, że mają taką wiedzę, iż nie będą chcieli mnie skrzywdzić.

Wracając do rozważań, co teraz pan widzi, kiedy patrzy pan na miejsce, z którego pochodzi?

– Widzę przyjaciół. Wydaje mi się, że jest tak dlatego, że brak mi ich bardzo nie tylko teraz, ale ogólnie w życiu. Z domem rodzinnym pożegnałem się, kiedy miałem 17 lat i mimo tego, że tam wracam, to przez cały sezon jestem z dala od bliskich. W tym czasie trudno jest utrzymać kontakt. Poza tym widzę także siłownię i halę. To są moje miejsca i za każdym razem, kiedy odwiedzam dom, to swoje pierwsze kroki kieruję właśnie tam.

To właśnie przez te tęsknoty powracał pan do swojego domu i pierwszego klubu dwa razy po tym, jak opuścił go pan po raz pierwszy?

– Tak, po trosze tak było. Czemu wyjeżdżałem i wracałem? Odpowiedź była prosta – chciałem grać. Tak naprawdę wtedy nie interesowało mnie aż tak bardzo, czy będę grał w drugiej czy trzeciej dywizji – po prostu chciałem być pierwszym rozgrywającym! Zaczynanie meczów z ławki było dla mnie tragedią już wtedy, kiedy miałem 15 lat. Klub próbował mi tłumaczyć, że przecież jestem jeszcze młody, ale ja wiedziałem, że chcę dorastać, grając w siatkówkę, a nie siedząc i patrząc na kolegów. Musiałem wyjechać i poza rodzinnym klubem spędziłem kilka sezonów.

Ile na co dzień zostało w panu z „dolce vita”, czerpania z życia i włoskiej radości, która wydaje się cechą narodową mieszkańców Italii?

– To miejsce, z którego pochodzę, dało mi umiejętność cieszenia się z prostych elementów życia i jakąś radość, z którą jestem utożsamiany. Nie jestem jednak typowym Włochem, bo nie zawsze jestem pogodny. Podczas meczów to nie ma jednak znaczenia, gdyż moim zadaniem jest zrobić show, z którego będą cieszyć się kibice. Ojciec zawsze mi powtarzał, że płacą mi za moją pasję, więc głupotą byłoby niedocenianie tego. Przypominał mi, że zawsze tego pragnąłem i muszę nieść tego konsekwencje.

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, Cykle, O siatkówce prywatnie, Publicystyka

Tagi przypisane do artykułu:
, , ,

Więcej artykułów z dnia :
2016-09-23

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved