Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Publicystyka > Cykle > O siatkówce prywatnie > O siatkówce prywatnie Andrea Anastasi

O siatkówce prywatnie Andrea Anastasi

fot. Katarzyna Antczak

Dla wielu bohater, choć otwarcie przyznaje się do własnych słabości. – Nie jestem z tych trenerów, którzy są nieomylni. Popełniłem wiele pomyłek. Ufam sobie, ale nie jestem pyszny, nie mam przerostu ego, które uniemożliwia mi bycie szczerym wobec siebie samego. Zdaję sobie także sprawę z tego, że zdarza mi się źle postępować w stosunku do ludzi, co jest najbardziej bolesne. Uczę się także kontrolować siebie, ale to nigdy nie będzie łatwe – powiedział w „O siatkówce prywatnie” Andrea Anastasi.

Siatkówka, kobiety, włoskie jedzenie czy whiskey – jeśli Andrea Anastasi miałby z czegoś rezygnować, to co by to było?



Andrea Anastasi:Ojej! (śmiech) Tak niesamowicie trudno byłoby zrezygnować z którejkolwiek z tych rzeczy! (śmiech) Jeśli już byłbym zmuszony, to chyba wybrałbym whiskey.

Pytam o to, ponieważ ma pan opinię idealnego przykładu Włocha, żyjącego pełną pasją w stosunku do każdego z tych ogniw. Zgodziłby się pan z tym?

Tak, podpisałbym się pod tym obiema rękami. Moje życie jest życiem pasji. Nawet kiedy leżę w łóżku, analizuję każdy moment, nie wyobrażając sobie dalszego funkcjonowania bez emocji. Mój cały świat składa się z wachlarza uczuć. Jestem taki, jak o mnie mówią – żyję pełnią życia.

Zaznajamiając się z pana biografią, wszystko wydawało się logiczne. Zaczynał pan od siatkówki i piłki nożnej, podążył za tą pierwszą, zadebiutował w Serie A, przenosił się z dobrego do jeszcze lepszego klubu… Czy przemiany w pana życiu były pokłosiem naturalnej ewolucji różnych jego etapów, czy też miał pan moment, kiedy przestał pan brać co dawał los i stanął przed koniecznością wyboru?

Nie, nic w moim życiu nie przyszło łatwo. Dlaczego? Bo gdy byłem młodszy, miałem w sobie olbrzymią chęć rywalizacji, która pozostała mi do dziś, lecz której kiedyś nie potrafiłem kontrolować. Ciągle chciałem czegoś lepszego, nieustannie pragnąłem od życia więcej i więcej… Nie umiałem zatrzymać mojego mózgu i przestać myśleć, skutkiem czego traciłem wiele energii na „nadzastanawianie się”. Brakowało mi momentu oddechu od siebie samego. Gdy wydawało mi się, że z tego wyrosłem, zostałem trenerem i ponownie nie chciałem być osobą zwyczajną, nienawidziłem tej myśli. Pragnąłem wielkości, stania się ważnym ogniwem rozwoju dyscypliny i moich podopiecznych. Prawda jest taka, że dopiero teraz widzę, jak niezwykle wymagające jest radzenie sobie z ciężarem presji, którą nakłada się na siebie samego, szczególnie kiedy się wie, że jest się jedynym sprawcą własnej krzywdy. Idące za mną spore doświadczenie pomaga mi rozdzielić emocje, które są niepotrzebne, od tych, bez których nie można być dobrym trenerem. Po 55 latach życia potrafię obrać właściwą ścieżkę, wybrać to, co chcę, a nie wszystko, co mogę. Podążam za instynktem i tym, co on mi podpowiada. Wielu mówiło, że moje pojawienie się za sterami Lotosu Trefla Gdańsk jest szaleństwem i zastanawiało się, ile to wytrzymam, lecz ja wiedziałem, że wybieram właściwe wyzwanie dla mojego życia. W dojrzałości zdałem sobie sprawę z tego, że cel, który obieramy na początku, nie jest niezmienną ambicją, lecz także może ulegać przekształceniom i jest to całkowicie naturalne, ponieważ czasem jest tak, że dążenia się oswaja i traci motywujące poczucie ryzyka, będące motorem napędowym życia. To jest sygnał do błyskawicznej zmiany. Nie byłoby niczym wielkim przejęcie sterów największych i najbogatszych klubów Polski czy świata. Zdecydowanie się na mniej posażny zespół postawiło mnie przed możliwością dokonania czegoś wyjątkowego i innego – zdobycia wicemistrzostwa kraju, które zbudowaliśmy własnymi rękami, a nie dłońmi osób trzecich. Nie zmienia to faktu, że sport nie może być całym życiem i musi nadejść moment, kiedy pojawi się coś więcej.

Czym to „więcej” było w pana przypadku?

Wieloma rzeczami, może nawet miejscami, które się odkrywa. Świat, który poznałem dzięki przeprowadzce na Pomorze, jest niezwykły. Nawet kiedy gramy na wyjeździe, jestem nieustannie szczęśliwy, ponieważ wiem, że za kilka dni wrócę do siebie i będę mógł przejść się po już „moim” Sopocie. Kocham tam wszystko.

Wydaje się, że pana kariera była i jest kroczeniem od triumfu do triumfu. Kim jest więc Andrea Anastasi bez sukcesu?

Moją rzeczywistość zbudowałem na relacjach, które w dużej mierze nie opierają się na siatkówce i uważam, że niezależnie od sytuacji to one są miarą szczęścia. Wszędzie, gdzie przebywam, staram się dać wiele z siebie i poznać innych. Jestem wyjątkowo zadowolony z tego, jak wygląda moje prywatne życie i nawet w tak krótkim czasie, w którym mieszkam w Sopocie, udało mi się zawrzeć znajomości na lata. Z drugiej strony wiem, że potrzebuję także czasu spędzonego sam na sam ze sobą, żeby zrozumieć wszystko to, co dzieje się dookoła mnie, co również jest miłe. Nauczyłem się budować codzienność na relacjach, które niekoniecznie odmierza się sukcesami i porażkami. Nie zmienia to faktu, że kiedy myślę o moim ewentualnym końcu przygody z Treflem, to wyobrażam sobie odejście ze złotym medalem PlusLigi. Moją ambicją nie było zbudowanie teamu, który wygra Puchar Polski czy Superpuchar, ale przyczynienie się do stworzenia klubu, który sprosta ze wszystkich stron najwyższym światowym standardom, zarówno pod względem dyspozycji zawodników, jak i organizacji. Chcę kreować coś trwałego, co na długie lata utrzyma się na niezwykłym poziomie. Kiedy przyjechałem do Polski w 2011 roku, gdańska drużyna nie była liczącą się na siatkarskiej mapie kraju, żaden z jej przedstawicieli nie występował w reprezentacji narodowej. Teraz wszystko się ułożyło, a ja cieszę się, że poza nią mam obszar życia, którego nie muszę odmierzać bilansem zysków i strat, ponieważ nie jest on związany bezpośrednio z siatkówką.

Czego najbardziej zaskakującego dowiedział się pan o sobie, kiedy został sam?

Wielu rzeczy, lecz przede wszystkim tego, że do samorozwoju potrzebny jest czas przeznaczony dla siebie samego. Zdaję sobie sprawę z tego, że jeżeli człowiek nauczy się przebywania w samotności, to znajduje się na etapie, kiedy może afirmować bycie z innymi ludźmi. Odcięcie się od świata pomaga znaleźć w sobie wewnętrzny spokój, pewność siebie, które sprawiają, że jest się otwartym na innych człowiekiem.

Á propos wyborów, czy to trener kreuje drużynę, czy też tworzą ją umiejętności zawodników?

W tym przypadku działają oba czynniki. By osiągnąć dobry wynik, koniecznym jest posiadanie wyjątkowych graczy, ponieważ na pewno nie wygra się, mając do dyspozycji mniej niż przeciętne ogniwa, niemniej jednak niezwykle istotnym jest zatrudnienie trenera, który nauczy gry i swojego pomysłu na zbudowanie danej grupy. Drużyna siatkarska jest jak orkiestra – może się składać z wielkich muzyków, ale nie są oni w stanie zagrać dobrze, kiedy nie trzyma ich w ryzach znakomity dyrygent. Jeśli chodzi o moją drużynę, to wskazałbym na jedną olbrzymią indywidualność sportową, czyli Mateusza Mikę, co nie zmienia faktu, że poza tym dysponuję wieloma bardzo dobrymi zawodnikami. Widzę, że moi podopieczni świetnie grają, co wypracowaliśmy dzięki opracowanemu wcześniej systemowi, który zmienił wszystko w ich głowach. Dopóki się go trzymamy i wszyscy będziemy w niego wierzyć, dopóty będziemy wygrywać.

To pana nazywa się tym, który „wynalazł” wspomnianego Mateusza Mikę. Ze zmysłem do odkrywania talentu trzeba się urodzić, czy można go wypracować?

To efekt pracy. Dobrego szkoleniowca wyróżnia wyłącznie jego postawa przywódcy. Tego nie można zdobyć czy się nauczyć – to trzeba posiadać od samego początku. Nastawienie, sposób, w jaki rozmawia się z ludźmi, a w szczególności z zawodnikami, używanie doświadczeń z przeszłości, wiedzy są czynnikami katalizującymi uplasowanie się na pozycji lidera w drużynie. Muszę przyznać, że dopiero teraz widzę, jak wiele rzeczy wpływa na młodego szkoleniowca – nastrój, myśli, nawet każdy trening i jak trudno jest się wydostać z tej matni. Odpowiedzią na chaos jest nauka. Najwięcej przyswoiłem, kiedy zacząłem współpracować z jednym z psychologów i spróbowałem eksperymentalnych metod. Organizowaliśmy wiele spotkań dotyczących pracy zespołowej, bycia liderem, co było niezwykle istotne, ponieważ zrozumiałem, jak wielką koniecznością jest zdobywanie nowych doświadczeń, zmienianie się i dokształcanie. Nie ma nic ważniejszego. Siłą nie przekona się kogoś, by kroczył za danym człowiekiem, bowiem jedyne, co może wpłynąć na drugą osobę, jest sposób, w jaki się do niej przemawia i świat, który się kreuje. Cieszę się, że mam szansę pracować z ludźmi, którzy rozumieją moje nastawienie do gry i za każdym razem, kiedy mają wątpliwości lub po prostu nie rozumieją, dlaczego postępuję tak, jak postępuję, zadają setki pytań. Widać, że oni także chcą się czegoś nauczyć, a to doceniam. Jeśli nie chce się zmienić swojego sposobu myślenia, jeżeli nie rozumie się siatkówki, nie rozmawia się o tym, to nie będzie się dobrym szkoleniowcem.

Jak wiele z pana stylu trenerskiego jest pokłosiem nauki od innych szkoleniowców, a ile jest wyłącznie pańską drogą myślenia o siatkówce?

Tak jak już powiedziałem, uczę się bardzo dużo. Sporo czasu spędziłem w Stanach Zjednoczonych na uniwersytecie, gdzie poznawałem techniki pracy nie tylko na najwyższym poziomie, ale także system u podstaw nauczania siatkówki. Poza tym jestem bardzo blisko z Julio Velasco, który według mnie jest królem wśród wszystkich trenerów na świecie. Jest on dla mnie szczególny także dlatego, że był pierwszą osobą, która powiedziała mi, że powinienem zająć się szkoleniem zawodników, ponieważ według niego miałem cechy, które pozwolą mi zostać dobrym trenerem. Na początku tego nie doceniałem, ale teraz wiem, jak wiele mi on dał. Nie zmienia to faktu, że niezwykle ważne jest to, by posiadać własny, indywidualny pogląd na drużynę, filozofię, kierunek oraz wizję siebie jako szkoleniowca. Jeśli jest się wyłącznie kopią innego trenera, to jest się nikim. Istotne jest to, w co się wierzy. Za każdym razem, kiedy zaczynam trening, jasne jest dla mnie to, co chcę zrobić z moim zespołem, ponieważ każdy dzień pracy jest połączony z moją filozofią i systemem, który ustaliłem.

Pana filozofia siatkówki opiera się na tym, aby starać się przeskoczyć najwyższe mury i próbować niezależnie od tego, jak szybko przyjdzie efekt. Czy było kiedyś coś, czego mimo starań nie udało się przeskoczyć?

Dopiero po latach nauczyłem się przyznawać sam przed sobą, że są sytuacje, kiedy nic nie można zrobić – dojrzałość wpaja, kiedy powiedzieć słowo „dość”. Gdy zamykają się jedne drzwi, to prawdopodobnie otwierają się inne i ja w to wierzę. Na początku swojego życia, kiedy sięgałem po metaforyczną powieść i po stu stronach mi się nie podobała, to mimo wszystko męczyłem się dalej, aż przeczytałem ją do końca, ponieważ myślałem, że to prawdziwe wyzwanie i łamanie samego siebie. Teraz natomiast zamykam, gdy nie przypada mi do gustu i nie mam z tym żadnego problemu, a samooskarżenia się nie pojawiają. To kwestia dystansu do samego siebie i poznania tego, kim się jest i co się chce w życiu robić.

To samo pan czuł w momencie, kiedy po zdobyciu medali i sukcesie w Lidze Światowej polska federacja panu podziękowała?

Dokładnie tak, choć muszę być szczery – było mi o tyle trudniej, że atmosfera, którą związek stworzył dookoła mnie, była bardzo negatywna. Nie chciałem odchodzić, ponieważ wierzyłem w tę drużynę, a relacje w zespole mimo trudności były niezwykłe. To prawda, że przegraliśmy jeden mecz, straciliśmy szansę na triumf, lecz potrafiliśmy się z tym pogodzić, choć ludzie dookoła nas zrobili z tego dramat wielkiego formatu. Byłem pewny wartości, którą niósł ze sobą ten team i nie bałem się zmian, które uzależnione były od formy poszczególnych zawodników. Otwarcie mogę przyznać, że tylko raz w mojej karierze przydarzył mi się moment, gdy zwątpiłem, a był to czas mojej przygody z zespołem z Cuneo, kiedy sytuacja w ekipie była tak zła, że nie protestowałem, gdy włodarze mówili o zakończeniu wspólnej przygody. W przypadku reprezentacji Polski jednak tak nie było i do dziś z siatkarzami mam fantastyczny kontakt. Nie mogę patrzeć obojętnie na chłopaków, ponieważ osoby Michała Kubiaka, Pawła Zatorskiego, Fabiana Drzyzgi, Marcina Możdżonka czy innych wiążą się dla mnie z wyjątkowym czasem w moim życiu.

Czy łatwo było odnaleźć się w rzeczywistości po rozwiązaniu współpracy z reprezentacją Polski?

Och, dotykasz trudnej kwestii. Nie czułem zawodu, ale wyłącznie dlatego, że federacja postawiła mnie w warunkach, w których niemożliwym było dla mnie wiązanie dalszej przyszłości z biało-czerwoną kadrą. Nie jestem w stanie nie wnosić sprzeciwu, kiedy źle się mnie traktuje i nie zawsze jestem miły – niech wszyscy sobie to zapamiętają! (śmiech) Nie lubię także momentu, gdy ktoś zaczyna ze mną walczyć, ponieważ zawsze odpowiadam mu tym samym, czego niekiedy chcę. Pamiętam rozmowę z prezesem, podczas której zostałem zapytany o to, czy podejmę od razu pracę z kolejną reprezentacją i odpowiedziałem, że nie, że tak naprawdę chciałbym zostać z kadrą Polski. Wyjątkowo trudna, choć także i łatwa była zima po tym, jak doszło do rozbratu – jeździłem na mecze, treningi, dużo się uczyłem, miałem czas dla siebie, choć siatkówki i odpowiedzialności z nią związanej bardzo mi brakowało. Grałem w tenisa, spotykałem się z ludźmi…

Nie wmówi mi pan, że nieposiadanie pracy dla człowieka tak kochającego rywalizację jak pan było komfortową sytuacją.

W jakimś sensie było, uwierz mi. Wykorzystałem ten moment, aby załadować swoje akumulatory do pełna i na powrót stać się wulkanem energii. Jestem pozytywnym człowiekiem mimo tego, że wiem, że ludziom czasem to nie odpowiada. Kiedy teoretycznie w czasach największej niedoli pytają się mnie, jak się mam, to ja zawsze odpowiadam, że bardzo dobrze, ponieważ posiadam umiejętność wyciągania dobrych rzeczy nawet z najgorszych momentów. Nie przejmuję się negatywnymi aspektami życia, ponieważ przywiązywanie do nich zbyt dużej wagi wpływa bardzo źle na postrzeganie świata.

Kiedyś powiedział pan sławetne zdanie, że pasja może pokonać nawet największą katastrofę. W przypadku reprezentacji Polski to się jednak nie sprawdziło…

Powiem ci szczerze, że ja pamiętam wyłącznie dobre momenty, medale, wyróżnienia… To zdrowsze podejście.

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, Cykle, O siatkówce prywatnie, PlusLiga, siatkówka światowa

Tagi przypisane do artykułu:
, , ,

Więcej artykułów z dnia :
2016-03-08

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved