Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > PlusLiga > Mateusz Malinowski: Nie ma u nas gwiazd, ale jest kolektyw

Mateusz Malinowski: Nie ma u nas gwiazd, ale jest kolektyw

fot. Klaudia Piwowarczyk

Aluron Virtu Warta Zawiercie przegrał w 23. kolejce PlusLigi z ZAKSĄ Kędzierzyn-Koźle 1:3, ale wciąż ma spore szanse na zakończenie rundy zasadniczej w gronie najlepszych sześciu drużyn. Tajemnica tak dobrej postawy? – Zespołowość. Nie ma u nas gwiazd światowego formatu, nie ma też reprezentantów Polski, ale jest kolektyw – uważa atakujący Jurajskich Rycerzy, Mateusz Malinowski.

W pierwszym secie mocno naskoczyliście na ZAKSĘ i wydawało się, że w kolejnym pójdziecie za ciosem, a tymczasem rywale się obudzili i zgarnęli pełną pulę.



Mateusz Malinowski:Podobnie jak w starciu z PGE Skrą Bełchatów, bardzo mocno otworzyliśmy mecz, a potem spuściliśmy z tonu. Tym razem zabrakło siły na dalszą część rywalizacji. Dobrą grę utrzymaliśmy tylko w pierwszej partii, potem były jakieś zalążki w środku setów, ale na ZAKSĘ nie wystarczyło. To zbyt dobrze poukładana ekipa i rzadko pozwalają sobie na seryjne popełnianie błędów. Kilka razy oddaliśmy im piłkę za darmo, myliliśmy się w prostych sytuacjach, a oni wszystkie zagrania mieli dokładnie dograne, tam nic nie działo się przypadkiem. Trzeba szybko przełknąć tę gorycz porażki, bo gonią nas następne mecze. W piątek jedziemy do Gdańska, gdzie też czeka nas ciężki bój. Teraz już nie ma co liczyć na czyjeś potknięcie, choć prawdę mówiąc dotąd i tak wyniki układały się dla nas korzystnie, bo zespoły, z którymi bezpośrednio walczymy o szóstkę również pogubiły punkty, jak choćby GKS Katowice z Lubinem.

Do końca rundy zasadniczej zostały trzy mecze i w nich musicie ugrać minimum trzy oczka, żeby myśleć o grze w play-off.

– Myślę, że trzy zwycięstwa dałyby nam pewność pozostania w najlepszej szóstce i z takim nastawieniem podejdziemy do tej końcówki rundy zasadniczej. Wcześniejsze trzy spotkania wygraliśmy – dwa na swoim terenie, jedno wyjazdowe, więc i tym razem liczymy na dobrą serię. Tak czy inaczej, o tę szóstkę trzeba będzie bić się do końca. Wydaje mi się, że na przestrzeni całych rozgrywek prezentujemy dość równą formę i szkoda by było to zaprzepaścić. Myślę, że kibice w siatkarskiej Polsce trzymają za nas kciuki, bo w wielu meczach pokazaliśmy bardzo dobrą siatkówkę oraz, że tutaj, w Zawierciu jest świetna atmosfery do gry. Brak awansu nie byłby dramatem, ale nie ma co ukrywać, że rozbudziliśmy ambicje swoje, naszych kibiców i wszystkich ludzi związanych z siatkówką w tym mieście.

Michał Masny zdradził mi, że jeszcze za czasów jastrzębskich sugerował panu przejście do słabszego zespołu, żeby więcej grać i złapać doświadczenie. To prawda?

– Wiele osób mi tak radziło. Dobrze, że w zeszłym sezonie trafiłem do trochę słabszego zespołu, do Szczecina, pod trenera, który nie boi się zmian i potrafi rotować składem, czyli Mieszko Gogola. To dało efekty, bo wspólnie z Bartkiem Kluthem graliśmy wymiennie i wzajemnie się uzupełnialiśmy. Potem przyszła oferta z Zawiercia i postanowiłem z niej skorzystać, bo jakoś nie zaufałem temu szczecińskiemu projektowi. Tym bardziej, że propozycja nie były konkretna, a ja wolałem mieć pewną posadę. Tutaj rywalizuję z zawodnikiem, który parametrami jest bardzo podobny do Bartka Klutha – też jest „dużym” chłopakiem z ogromną siłą. Różnimy się trochę charakterystyką i spokojnie możemy grać wymiennie. Grzegorz Bociek ma prawą rękę, ja jestem leworęczny, no i przede wszystkim trochę niższy. Cieszę się, że trener Lebedew potrafi korzystać z zasobów, które ma i daje pograć nam obu.

No właśnie…ta wymienność jest u was dość duża. Decyduje dyspozycja dnia czy coś innego?

– Na treningach obydwaj pokazujemy dobrą jakość i nasz trener, tak przynajmniej mi się wydaje, ma taki pozytywny ból głowy. Może sobie dobierać atakującego w zależności od tego, w jaki sposób gra przeciwnik, czego potrzebujemy. Na przykład, lepszego bloku, mocniejszej zagrywki, czy większej uwagi w obronie. Takich niuansów jest sporo. Mnie udało się zagrać w ostatnich trzech meczach, ale nie wiadomo na kogo postawi szkoleniowiec w Gdańsku, kto lepiej wpisze się w strategię. Są też drużyny budowane w oparciu prawie wyłącznie o wyjściowa szóstkę i ich trenerzy nie dokonują właściwie żadnych zmian. Taki zespół oglądaliśmy tutaj, w minioną niedzielę. Gdyby Sam Deroo był zdrowy, to zmiennicy nie powąchaliby parkietu. W takiej sytuacji był jeszcze niedawno Kamil Semeniuk, który miał kilka okazji do pokazania się, ale głównie stał w kwadracie. To samo zresztą robił w Jastrzębiu trener De Giorgi.

Właściwie wszyscy włoscy trenerzy prezentują podobną filozofię.

– Dokładnie. W Jastrzębskim Węglu też się z tym zderzyłem. Chociaż w innych okolicznościach, bo byłem praktycznie debiutantem, a pierwszym atakującym był Michał Łasko, wtedy topowy gracz i jeden z najlepszych atakujących w ogóle. Dopiero trener Piazza potrafił w jakiś sposób wykorzystać mój potencjał i zaangażowanie na treningach, dostrzegł, że jestem w stanie coś tam grać.

Na początku sezonu Michał Masny powiedział mi, że dla niego sukcesem będzie awans do szóstki. Pomyślałam: marzyciel. A tymczasem, ta szóstka jest naprawdę blisko. W czym tkwi tajemnica dobrej postawy Aluronu?

– W zespołowości przede wszystkim. Nie ma u nas gwiazd światowego formatu, nie ma też reprezentantów Polski, ale jest kolektyw. Na pewno pomogła nam też sytuacja kolosa na glinianych nogach ze Szczecina oraz Asseco Resovii, która zaliczyła falstart i na długo ugrzęzła w dole tabeli. Otworzyła się szansa dla takich drużyn, jak my czy GKS Katowice, w których jest stabilność i które też trenują, walczą i mają swoje ambicje. A wybiegając trochę w przyszłość i patrząc na zespoły, z którymi ewentualnie moglibyśmy się zmierzyć w walce o półfinał, to moim zdaniem sytuacja byłaby otwarta, tym bardziej, że u rywali pojawiły się kontuzje – w Radomiu i Jastrzębiu u rozgrywających, nie ujmując oczywiście nic zmiennikom, Skra ciągle niedoleczona i szuka swojej optymalnej dyspozycji. Tylko GKS trzyma się bez urazów, podobnie jak my (odpukać!!!). W ćwierćfinałach mogłyby przydarzyć się niespodzianki…

Denerwują was opinie, że jesteście zespołem własnej hali, że na wyjazdach nie jesteście już tak groźni?

– Być może mówią tak dlatego, że mieliśmy dłuższą serię wygranych we własnej hali, do których ponieśli nas kibice, tworząc wspaniałą atmosferę. Ale tak chyba powinno być, że własny obiekt jest atutem. Nasza hala jest dość specyficzna, ze względu na gabaryty i z tego punktu widzenia pewnie jest naszym sprzymierzeńcem bardziej niż ma to miejsce w innych siatkarskich ośrodkach. Ja osobiście uważam, że na wyjazdach też graliśmy dobre spotkania, jak choćby w Rzeszowie i nie ma jakiejś wielkiej dysproporcji między meczami domowymi, a wyjazdowymi. Takich uwag raczej nie biorę do siebie, tym bardziej, że walczymy z każdym rywalem i nigdy się nie poddajemy.

Rozmawiała Ilona Kobus – więcej w serwisie plusliga.pl

źródło: plusliga.pl

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, PlusLiga

Tagi przypisane do artykułu:
, ,

Więcej artykułów z dnia :
2019-03-06

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved