Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > PlusLiga > Marcin Komenda: Było bardzo dużo wzlotów i upadków

Marcin Komenda: Było bardzo dużo wzlotów i upadków

fot. Klaudia Piwowarczyk

– Naprawdę walczyliśmy, a to w sporcie jest najważniejsze. Umiejętności można mieć albo nie, ale jeśli zostawia się na boisku serducho, to pewne niedociągnięcia czy braki łatwiej jest wybaczyć – stwierdził jeden z najbardziej utalentowanych rozgrywających młodego pokolenia, po spotkaniu GKS-u Katowice z Indykpolem AZS Olsztyn. Niespełna 22-letni Marcin Komenda reprezentuje barwy GKS-u Katowice, gdzie pod okiem Piotra Gruszki zdobywa siatkarskie szlify. W minioną sobotę jego drużyna mocno postawiła się Indykpolowi, urywając rywalom jeden punkt i przyczyniając się do tego, że ostatnia kolejka rundy zasadniczej PlusLigi będzie jedną z najbardziej emocjonujących w historii profesjonalnych rozgrywek.

Po pierwszych dwóch partiach sobotniego meczu pomyślałam, że brat Gonzalo Quirogi grający w Jastrzębskim Węglu obiecał wam jakiś porządny prezent, jeśli wygracie z Indykpolem AZS…



Marcin Komenda: – No niestety, nic takiego nie miało miejsca. (śmiech) Chcieliśmy wygrać przede wszystkim dla siebie, bo wygrana z taką drużyną smakuje niesamowicie dobrze i można z niej wyciągnąć dużo dobrego. Natomiast przegrywanie nie jest fajne i ja osobiście nie znoszę tego uczucia po porażce. Szkoda, że się nie udało, niemniej trzeba uszanować ten jeden zdobyty punkt, bo wiemy, z kim walczyliśmy. Przez dwa pierwsze sety graliśmy niemal koncertowo. Potem coś „siadło”, naszym najpoważniejszym problemem był brak zagrywki. Zwolniliśmy rękę, a jak zagrywaliśmy niezbyt mocno, to i tak psuliśmy. To nam przeszkodziło, bo olsztynianie dużo lepiej zaczęli sobie radzić w ataku. Do tego przestaliśmy bronić.

Graliście w sobotę ze świadomością, że pogrążycie albo Jastrzębski Węgiel, albo AZS Olsztyn?

– Nie, absolutnie. Myślimy wyłącznie o tym, co jest dobre dla naszej drużyny. Wygraliśmy w tym sezonie z Treflem Gdańsk oraz z ZAKSĄ Kędzierzyn-Koźle i wiemy, jakie to jest świetne uczucie pokonać tak mocnego przeciwnika. W sobotę liczyliśmy na to samo i choć się nie udało, myślę, że kibice mogli być zadowoleni z naszej walki, bo uważam, że w tym meczu naprawdę walczyliśmy, a to w sporcie jest najważniejsze. Umiejętności można mieć albo nie, ale jeśli zostawia się na boisku serducho, to pewne niedociągnięcia czy braki łatwiej jest wybaczyć.

Do spotkania z AZS-em przystąpiliście tak mocno zmotywowani, jakbyście to wy walczyli o szóstkę, nie rywale.

Fajnie, że tak to wyglądało. Trzy ostatnie mecze przegraliśmy i po takiej niekorzystnej serii niezbyt fajnie się trenuje. Bardzo chcieliśmy odbić sobie ten pierwszy pojedynek w Olsztynie, w którym również był tie-break i niestety także go przegraliśmy.

Przed 29. kolejką spotkań zajmowaliście 10. lokatę w tabeli i w zasadzie niewiele może się zmienić do końca fazy zasadniczej. Ciężko grać z taką świadomością?

Przede wszystkim musimy utrzymać 10. miejsce i to powinien być teraz nasz cel numer jeden. W tej chwili mamy taką samą liczbę punktów jak Aluron Virtu Warta Zawiercie, ale lepszy bilans wygranych i wszystko zależy od nas – z taką świadomością pojedziemy do Lubina. Jeśli tam wygramy, utrzymamy tę 10. lokatę bez oglądania się na rywali.

Kończy się bardzo długa faza zasadnicza PlusLigi. Jak ona wyglądała z pana perspektywy?

Było bardzo dużo wzlotów i upadków, mieliśmy serię kilku zwycięstw i kilku porażek, czyli mega sinusoida. Nie tylko zresztą my ją przeżywaliśmy, bo podobnie było choćby z zespołem ze Szczecina, który po kilku początkowych wygranych został okrzyknięty czarnym koniem rozgrywek, a potem gdzieś tam wszystko się posypało. Gdyby takie sytuacje dało się przewidzieć, to pewnie można by im jakoś zaradzić. Ale niestety to wszystko nie jest takie proste. Ten trwający sezon będzie niezłą nauką dla naszego zespołu, a przede wszystkim dla mnie. Jestem bardzo młodym zawodnikiem, z niewielkim stażem w PlusLidze i cały czas muszę uczyć się tych rozgrywek i w ogóle siatkówki. Szkoda, że nie udało się wygrać więcej meczów, ale jeśli wygramy ten ostatni, z Cuprum, będziemy mogli być z siebie zadowoleni.

Trwający sezon bardzo się różni od poprzedniego, który rozegrał pan w barwach Dafi Społem Kielce? 

Trochę to wszystko się różni. W Katowicach więcej wagi przykłada się do przygotowania fizycznego. To jest niesamowicie istotne dla siatkarzy, żeby nie było kontuzji i żebyśmy w takich spotkaniach, jak choćby to z Olsztynem, nie opadli z sił. Przykładanie tak dużej wagi na przykład do rozgrzewki czy rozciągania pomeczowego to moim zdaniem objaw profesjonalizmu ze strony trenerów. Andrzej Zahorski jest na tyle dobrym specjalistą, że doskonale wie, co trzeba robić, żeby było dobrze. To jest dużo mądrzejszy człowiek od nas w tej materii, więc się nie wtrącamy, tylko wykonujemy to, co proponuje.

Pomylę się, jeśli powiem, że w GKS-ie Katowice jest pan krócej trzymany na takiej smyczy taktycznej, niż miało to miejsce w Kielcach?

Tak może być… Na pewno trener Gruszka chce mi pomóc. Pokazuje mi, czego oczekuje, a ja muszę wyciągać z tego jak najwięcej, bo wiem, że przyniesie to efekty w przyszłości. Dlatego nie mam z tym problemu. Czy trzymanie się taktyki jest trudne? Bywa… (śmiech) Chociaż czasami trochę mnie ponosi, to mam absolutną świadomość, jak istotna w profesjonalnym sporcie jest taktyka i w pewnych momentach, szczególnie w konfrontacji z tymi najlepszymi zespołami, trzeba się jej trzymać. Czasem można trochę „poszaleć”, ale najważniejsza jest chyba umiejętność rozgraniczenia tego szaleństwa i taktyki.

Utrzymanie balansu między taktyką a szaleństwem to najtrudniejsza część pracy młodego rozgrywającego, czy może coś jeszcze stanowi problem?

Dla mnie osobiście ciężkie jest to, że dużo osób odbiera mnie jako młodego rozgrywającego i z tego powodu trochę inaczej mnie traktuje. Generalnie do młodych rozgrywających podchodzi się trochę inaczej niż do tych starszych – w takim sensie, że gdy popełni się błąd, to najczęściej winę zrzuca się na młodość. A różnie to bywa – czasami winna jest młodość, a czasami coś innego.

Jednocześnie jestem świadomy tego, że na mojej pozycji kluczową rolę odgrywa doświadczenie i obycie boiskowe, szczególnie w tych newralgicznych momentach meczów. Dlatego niezwykle ważna jest cierpliwość, bo na pozycji rozgrywającego bardzo ciężko jest się przebić na ten najwyższy poziom. Pomaga w tym gra, dużo gry i w związki z tym szukam dla siebie takich miejsc, w których mam szansę grać. Bardzo się cieszę, że tutaj w Katowicach mi zaufano, bo jest to bardzo stabilne i solidne miejsce jak na warunki PlusLigi.

Koledzy z drużyny patrzą czasami krzywo, gdy dostaną niezbyt wygodną piłkę?

Nie, nie odczuwam tego. Jesteśmy jedną drużyną i wydaje mi się, że z biegiem sezonu tworzymy coraz lepszy monolit. Dobrze razem współgramy, a to w sporcie drużynowym jest mega istotne – żeby jeden wskoczył w ogień za drugim. Równie istotne jak walka i zaangażowanie. Tylko takie zespoły osiągają sukcesy. Nie będę podawał konkretnych przykładów, ale jest ich sporo.

Odkąd Paweł Zagumny zakończył karierę, szukamy jego następcy. Sporo osób w panu go upatruje. 

Cieszy mnie ilekroć słyszę takie słowa i jest to w jakimś sensie bardzo mobilizujące. Z drugiej strony, choć mam świadomość, że Paweł Zagumny był świetnym rozgrywającym, staram się budować swoje nazwisko poprzez pracę, skupiać się przede wszystkim na własnym rozwoju, nie za bardzo wzorując się na innych rozgrywających. Wiadomo, że można, czy nawet trzeba wyciągnąć coś od tych najlepszych, ale ja przede wszystkim próbuję realizować własne pomysły na grę i przekazywać je chłopakom z drużyny. A jeśli to spodoba się trenerom, może kiedyś w przyszłości uda mi się zagrać na tym najwyższym poziomie.

Cały wywiad Ilony Kobus w serwisie plusliga.pl

źródło: plusliga.pl

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, PlusLiga

Tagi przypisane do artykułu:
, ,

Więcej artykułów z dnia :
2018-04-11

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved