Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > reprezentacja Polski mężczyzn > Marcin Janusz: Zaufaliśmy trenerowi i widać tego efekty

Marcin Janusz: Zaufaliśmy trenerowi i widać tego efekty

fot. fivb-org

– Kiedy trener Heynen daje kilka prostych instrukcji, trzeba go bezwarunkowo słuchać, co do słowa. Gdy ktoś się wyłamywał z taktyki, było widać na czasach, że potrafi na taką osobę krzyknąć i dać w ten sposób do zrozumienia, kto rządzi w tej kadrze – mówi Marcin Janusz, rozgrywający, który znajduje się w szerokiej reprezentacji Polski i obecnie w składzie biało-czerwonych na Puchar Świata. 

Pamięta pan, kiedy pierwszy raz zetknął się z Vitalem Heynenem?



Marcin Janusz:W sezonie 2017/2018. Przyjechał do Bełchatowa na mecz Skry, w której wtedy występowałem, z Olsztynem. Wygraliśmy 3:2, a ja grałem w pierwszej szóstce, bo Grzegorz Łomacz leczył kontuzję. Vital zaprosił mnie na rozmowę do restauracji. Dość szybko przekonałem się, jakim jest człowiekiem. Dużo mówi, ciężko mu wejść w słowo. Nie udaje – w prywatnej rozmowie z zawodnikiem jest taki sam, jak wtedy, gdy mówi coś publicznie. Zaimponowało mi to, że jest na bieżąco z wszystkimi najnowszymi badaniami na temat sportu, siatkówki.

Wiele osób uważa metody, których używa, za dziwne.

– Zgadza się. Ja mogę podać przykład – według Heynena to nie jest tak, że przed konkretnym spotkaniem w kadrze zawodnik musi koniecznie odbyć odpowiednią liczbę treningów. Potrafi zadzwonić i powiedzieć: „Cześć, słuchaj, jedziesz na ten turniej, zagrasz w nim taki a taki mecz”. Wie, że sobie poradzisz, nawet występując u boku kolegów, z którymi nie trenowałeś. Wynika to z tego, że wierzy w twoje umiejętności. I to wychodzi.

Praca z nim czegoś pana nauczyła?

– Kiedy trener Heynen daje kilka prostych instrukcji, trzeba go bezwarunkowo słuchać, co do słowa. Gdy ktoś się wyłamywał z taktyki, było widać na czasach, że potrafi na taką osobę krzyknąć i dać w ten sposób do zrozumienia, kto rządzi w tej kadrze.

Pan się wyłamywał?

– Na początku tak. Zdarzało się, że według taktyki miałem wystawiać na lewy atak, ale zaczynałem kombinować: „Przecież to takie proste. Przeciwnik na pewno to wie. Zmienię coś. Dam piłkę na prawe”. Robiłem tak, ale to nie skutkowało. Później oglądałem swoje zagrania na wideo i pytałem sam siebie: „Po co ja to zrobiłem? Przecież trener miał rację, to błąd”. Byłem głupi. W tym roku wystawiam już zawsze tak, jak chce trener. Zrozumiałem, że to nie ja mam się w tych meczach pokazywać, ale najważniejsze jest to, żeby wygrał zespół. Myślę, że inni też tak rozumują. Zaufaliśmy trenerowi i widać tego efekty.

Na czym polegają?

– Jesteśmy dziś jedną z najlepiej zorganizowanych reprezentacji na świecie, jeśli nie najlepszą pod tym względem. Na palcach jednej ręki można policzyć proste błędy czy łatwe piłki, które nam wpadają w boisko. Kiedy mamy trudniejszy moment, np. tracimy pięć punktów z rzędu, nawet w naszej drużynie trochę siada atmosfera. Ale wtedy możemy liczyć na trenera, który cały czas szuka rozwiązania. Coś nam nie wyjdzie? Nakrzyczy na któregoś z zawodników. Dalej gramy źle? To wywoła awanturę, najwyżej dostanie czerwoną kartkę. Tak robił podczas turnieju finałowego Ligi Narodów w Chicago. Nam to pomaga, bo widzimy, że trener jest obok i nie poddaje się, tylko szuka rozwiązania. Heynen jest w tym skuteczny. Nie wiem, jak on to robi, jak dobiera momenty, w których tak reaguje, ale to działa.

Od ubiegłego sezonu jest pan zawodnikiem Trefla Gdańsk, ale w latach 2015-2018 występował w Skrze, będąc tam nominalnie drugim rozgrywającym. Nie za długo grał pan w Bełchatowie?

– Uważam, że nie. Do Skry trafiłem jeszcze wcześniej, przed Częstochową, przechodząc z Dunajca. Oba pobyty tam wiele mi dały. Za pierwszym razem byłem o krok od transferu do Resovii, ale prezes Konrad Piechocki zadzwonił do trenera Mężyka i go przekonał, a on mnie. Zaczynając naukę w gimnazjum, wyprowadziłem się więc od rodziców. W Bełchatowie zamieszkałem w internacie, wszystko było nowe, inne. I trudne. Miałem moment zniechęcenia, w którym pomyślałem: „A może jednak bym wrócił do Nowego Sącza?”. Zawsze chciałem grać zawodowo w siatkówkę, ale wtedy byłem przytłoczony. Pomogli mi nauczyciele, którzy byli wyrozumiali i często szli mi na rękę. Później, gdy już jako dorosły zawodnik spędziłem w Skrze trzy sezony, tak naprawdę nie miałem z żadnego innego klubu poważnej oferty bycia pierwszym rozgrywającym. Prowadzili mnie trzej szkoleniowcy: Miguel Angel Falasca, Philippe Blain i Roberto Piazza. Od każdego wiele się nauczyłem. Zwłaszcza od Piazzy, który skupiał się na technice gry rozgrywających. Gdy dziś patrzę na siebie z 2015 roku i porównuję do sytuacji dzisiejszej, widzę, że zrobiłem olbrzymi postęp.

Rozmawiał Jakub Radomski – cały wywiad w Przeglądzie Sportowym

źródło: Przegląd Sportowy

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, reprezentacja Polski mężczyzn

Tagi przypisane do artykułu:
,

Więcej artykułów z dnia :
2019-10-02

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved