Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > PlusLiga > Maciej Muzaj: Każdy ma szansę na powołanie

Maciej Muzaj: Każdy ma szansę na powołanie

– Kiedy podpisywałem kontrakt, to miało to wszystko wyglądać nieco inaczej. Okazało się, że budżet może być mniejszy, a zawodnicy inni, niż się spodziewałem. Akurat z tego ostatniego faktu byłem zadowolony, bo to otwierało mi szansę na regularną grę – bez ryzyka, że klub ściągnie na moją pozycję gwiazdę światowej klasy. Ułożyło się to, choć wówczas pojawiały się głosy, że Jastrzębski Węgiel w ogóle nie dokończy sezonu – mówi Maciej Muzaj, atakujący Jastrzębskiego Węgla.

Długo musiałeś czekać na swój pierwszy tytuł MVP w tym sezonie.



Maciej Muzaj: Trudno temu zaprzeczyć, ale z drugiej strony – ta nagroda nie jest najważniejsza. Na pewno cieszy i motywuje, ale najistotniejszy jest interes drużyny i jej zwycięstwo. W zeszłym sezonie tych tytułów miałem nieco więcej, jednak być może i w tym uda mi się coś dołożyć. Planujemy przecież wygrać jeszcze kilka spotkań…

Jakub Popiwczak bez ogródek przyznał, że przed sezonem nie miał pojęcia, kim jest Salvador Oliva. Dla ciebie też był to kompletny „no name”?

– Tak. Powiem nawet więcej. Po pierwszych treningach z jego udziałem nie miałem prawa sądzić, że tak znakomicie „odpali”! Dotarł do klubu nieco później i nie prezentował się nadzwyczajnie. Co tu kryć – po długim urlopie był w formie… wakacyjnej. (śmiech) Wprawdzie widać było, że radzi sobie w przyjęciu, ale każdy element związany ze skakaniem wychodził mu co najwyżej średnio. Jednak z tygodnia na tydzień Salvador wracał do swojej optymalnej dyspozycji. A kiedy wszedł na swój normalny poziom, to zaskoczył wszystkich.

Siłą rzeczy jako zespół jesteście trochę w jego cieniu.

– Taka osobistość oczywiście przyciąga uwagę fanów i rywali, ale dzięki temu reszta zespołu ma trochę więcej spokoju. (śmiech) Oliva to oczywiście ulubieniec kibiców, ale przede wszystkim – znakomity siatkarz. Bez wątpienia pełne trybuny Hali Widowiskowo-Sportowej to również jego zasługa.

Czułeś satysfakcję ze swojego znakomitego występu w Bełchatowie? Kiedy odchodziłeś ze Skry, mówiłeś, że masz dość „stania w kwadracie”. Nie dano ci tam szansy. Rewanżyk?

– Trochę tak… Ale muszę też podkreślić, że nie mam jakiegoś wielkiego żalu do działaczy czy ówczesnego trenera Skry, że na mnie nie stawiali. Wiem, jaka była sytuacja. Bełchatów grał o najwyższe cele i szkoleniowiec musiał skupiać się na osiąganiu wyniku, a nie na dawaniu mi szansy gry. Rozliczano go przecież z rezultatów. Na pewno jednak przeżyłem w tym klubie wiele dobrego. Miałem okazję trenować ze świetnymi zawodnikami i zobaczyć, jak wygląda sport na najwyższym poziomie. Rozwinąłem się w Skrze jako siatkarz. Ale jednocześnie byłem wówczas sfrustrowany tym, że dawałem z siebie wszystko na zajęciach, a trener albo na mnie nie stawiał, albo wręcz wysyłał na trybuny. Dziś oczywiście potrafię to zrozumieć, ale wtedy było inaczej. Dlatego stwierdziłem, że trzeba „iść na swoje”. I tak trafiłem do Jastrzębskiego Węgla.

Gdzie akurat miało miejsce finansowe „trzęsienie ziemi”. Dziś już wiemy, że twoja decyzja okazała się strzałem w dziesiątkę, ale wtedy nie miałeś żadnych wątpliwości?

– Faktycznie, kiedy podpisywałem kontrakt, to miało to wszystko wyglądać nieco inaczej. Okazało się, że budżet może być mniejszy, a zawodnicy inni, niż się spodziewałem. Akurat z tego ostatniego faktu byłem zadowolony, bo to otwierało mi szansę na regularną grę – bez ryzyka, że klub ściągnie na moją pozycję gwiazdę światowej klasy. Ułożyło się to, choć wówczas pojawiały się głosy, że Jastrzębski Węgiel w ogóle nie dokończy sezonu. Jednak „z góry” otrzymywaliśmy zapewnienia, że wszystko zmierza w dobrą stronę. Nowy prezes i trener Mark Lebedew podjęli odpowiednie kroki i wyprowadzili klub na prostą, co mnie może tylko i wyłącznie cieszyć.

Spodziewałeś się, że będziecie rewelacją tego sezonu? Tak po prawdzie to mało kto stawiał, że w ogóle włączycie się do walki o „czwórkę”.

– Nie liczyłem na to, że będzie aż tak dobrze. Inne drużyny dokonały poważnych transferów. Na papierze znacznie silniejsze kadry miały zespoły z Kędzierzyna, Bełchatowa, Rzeszowa czy Gdańska. Tymczasem do nas dołączyli Salvador Oliva i Scott Touzinsky, o których nic nie wiedzieliśmy. Lukasa Kampę oczywiście znałem z występów w Czarnych Radom, ale nie miałem pojęcia, jaki ma charakter i czy będzie się z nim dobrze pracować. Tymczasem przedsezonowe przepowiednie Marka Lebedewa okazały się prorocze. Trener deklarował, że jeżeli nie awansujemy do półfinału, to będzie zawiedziony. Większość znawców i kibiców pukała się w czoło. A okazało się, że Mark miał rację!

W końcu znalazłeś się też w szerokiej kadrze narodowej.

– Tak, jestem w tej największej kadrze świata… Na mojej pozycji jest bodaj dziesięciu czy jedenastu ludzi. Są tu zawodnicy praktycznie z każdego ligowego klubu. Jeśli będę miał możliwość sprawdzenia się na treningach czy konsultacjach kadry, to okazji do rywalizacji na pewno nie zabraknie.

Z Jastrzębia jest „dalej” do kadry niż z innych klubów?

– Nie sądzę. Każdy ma szansę na powołanie, jeśli spełnia określone warunki. Dobitnym przykładem jest tu Mateusz Bieniek, który trafił do reprezentacji z Effectora Kielce, okupującego dolne rejony tabeli. A my przecież gramy o medale. Zapewne selekcjoner będzie miał jeszcze kilka okazji, aby poobserwować mnie w akcji.

Cały wywiad w serwisie jasnet.pl

źródło: jasnet.pl

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, PlusLiga

Tagi przypisane do artykułu:
, ,

Więcej artykułów z dnia :
2017-03-24

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved