Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Publicystyka > Analizy > M. Magiera: System spadków dobrze wpłynąłby na dół ligi

M. Magiera: System spadków dobrze wpłynąłby na dół ligi

fot. Wiesław Kozieł / plusliga.pl

Początkiem i bazą jest to, że zespoły typu GKS mają ambicję, żeby grać w wyższej klasie rozgrywkowej. Czytałem gdzieś wywiad z prezesem tego klubu, w którym mówił, że marzy o grze w PlusLidze i że chce wypełnić cały Spodek kibicami śląskiego teamu. Jeśli to by się udało, to byłoby to coś wyjątkowego, mając na uwadze to, w jakim stanie są obiekty innych drużyn i jak wielki kłopot mają niektóre zespoły z zapełnieniem swoich hal. Jeżeli natomiast chodzi o aspekt sportowy, to nie wiem, czy GKS wniósłby do siatkarskiej ekstraklasy więcej niż zespoły z końca tabeli – powiedział Strefie Siatkówki o rozwoju podwórka ligowego w Polsce Marek Magiera.

Czy warto jest rozgrywać Puchar Polski w takiej formie, w jakiej odbywa się obecnie?



Marek Magiera:Zgodnie z tym, co twierdzą ludzie, którzy organizują te rozgrywki, to w 2016 roku taką formę rozgrywania imprezy wymusiła wyższa konieczność. Mnie osobiście ten system przeprowadzenia ćwierćfinałów się podoba. Z tego co pamiętam, kiedyś obowiązywało podobne rozwiązanie, z tym że pierwsze spotkania zaplanowane były na czwartek, w piątek był dzień wolny, a półfinały grało się w sobotę. Jeżeli chodzi natomiast o tegoroczny turniej, to jestem bardzo zadowolony z tego, co się wydarzyło, bo śmiem twierdzić, że jeśli by doszło wyłącznie do meczów najlepszej czwórki, to osoby, które przyjechały do Wrocławia, nie miałyby okazji zobaczenia fajnych chłopaków z Katowic czy Spały. Dla pierwszoligowców było to na pewno bardzo ciekawe wydarzenie, którego żaden z nich nie zapomni na długo, a część z nich może tego nigdy w przyszłości nie doświadczyć. Nie ulega wątpliwości, że to, co zaprezentowali sportowcy z SMS-u, sposób, w jaki pobudzili zgromadzoną publiczność do dopingu był bardzo sympatyczny, a przy okazji to wszystko stało się doskonałą sposobnością do ukazania potencjału, który drzemie w tych młodych ludziach. Myślę, że dla przeciętnego widza telewizyjnej siatkówki, który od wielkiego dzwonu może sobie pozwolić na zobaczenie drużyn na żywo, niemałą ekwilibrystką byłoby wybranie się na spotkanie do Spały. Nie czarujmy się – ta młodzież funkcjonuje wyłącznie w swoim środowisku I ligi, a w szerszej przestrzeni masowej świadomości już nie. Jeśli chodzi o stronę sportową, to wszystko nadrobiło natomiast turniejowe „Final Four”, które było pojedynkiem nawet dla najbardziej wybrednych koneserów.

Mówi pan o aspekcie promocji siatkówki niższych szczebli, ale nie da się nie zauważyć, że puchar jest grą wyłącznie o trofeum. Czy warto go rozgrywać w momencie, kiedy jest wyłącznie walką o rycerski honor, a siatkarze raz po raz narzekają na nadmiar meczów?

– Na to niestety nie mamy wpływu. Kiedyś nagrodą za zdobycie trofeum była automatyczna promocja do Ligi Mistrzów, choć teraz dla wielu niespodziewanych zwycięzców mogłaby to być kara, ponieważ europejskie rozgrywki są kosztownym przedsięwzięciem. Złotego środka nie ma. Jest za to nagroda finansowa, którą z tego co pamiętam w zeszłym roku gdańszczanie przeznaczyli na Szlachetną Paczkę, a to było bardzo fajne. Przez ostatnie lata widać, że mimo tego, iż drużyny walczą wyłącznie o puchar, to ich zaangażowanie wskazuje, że każda chce go zdobyć, co może oznaczać, że ambicje sportowe i pieniężne profity mogą się fajnie uzupełniać, a te drugie nie stanowią wartości samej w sobie.

Może to pokazuje po prostu, że walka o sam honor w pewnych momentach warta jest więcej niż fizyczna nagroda?

– W świecie, w którym żyjemy, i jego komercjalizacji to, co mówisz,fajnie brzmi i jest nośnym hasłem. Jeśli rzeczywiście tak jest i ma ono swoją realizację w teraźniejszości, to bardzo fajnie, bowiem to oznacza, że jeszcze jakieś instynkty ludzkie w nas drzemią. Mam nadzieję, że tak jest.

Mówi się, że zespoły pokroju SMS-u Spała czy GKS-u Katowice wiele zyskują poprzez mecze z klasowymi potentatami. Co natomiast zyskuje PlusLiga w konfrontacji z I ligą?

– Zależy jak na to spojrzeć. Jeśli rozważamy pojedynek Resovii z GKS-em, to Andrzej Kowal potraktował ten mecz wyłącznie jako jednostkę treningową, ponieważ dał pograć szerszej grupie zawodników i próbował różnych wariantów ustawienia, w których nie widzieliśmy mistrzów Polski w tym roku. To samo zrobił Miguel Falasca, o czym w spotkaniu z SMS-em świadczy chociażby nagroda MVP dla Marcina Janusza. Wydaje mi się, że gdyby jego drużyna miała się mierzyć ze znanym przeciwnikiem, to nie dałby temu rozgrywającemu aż tak dużego pola do popisu, a tak wykorzystał okazję do tego, by spróbować jego sił zarówno z Marcelem Gromadowskim, jak i Mariuszem Wlazłym. Oba zespoły mogły te pojedynki potraktować w podobny sposób i to właśnie zrobiły.

Mimo wszystko wydaje mi się, że zarówno kibice, jak i sami siatkarze z Bełchatowa docenili to, co zaprezentowała młodzież – entuzjazm, energię i pasję, których obecności w spotkaniach na najwyższym szczeblu czasem trudno się doszukiwać…

– Tak, przede wszystkim zawodnicy Skry docenili tych młodych chłopaków, ponieważ w pewnej chwili przestali ich oszczędzać. Gracze SMS-u podrażnili nieco sportową ambicję niektórych bardziej doświadczonych kolegów, tak jak miało to miejsce w momencie, gdy dwa razy z rzędu Tomasz Fornal zablokował Mariusza Wlazłego. To, jak zareagował ten młodzieniec, to, co chwilę później zrobili jego przyjaciele z drużyny, jak powstała ławka jego zespołu i sama mina Mariusza pokazywały, że na boisku działo się coś, co nie powinno mieć miejsca. Od tej chwili bełchatowianie nie zwalniali ręki, nie było taryfy ulgowej i zaczęli traktować SMS jak równorzędnego rywala. Zresztą nie ma się co czarować – wielu zawodników z Bełchatowa ma doświadczenie uczenia się w Spale i doskonale zdawali sobie sprawę z faktu, co czują młodzi sportowcy, stojąc po drugiej stronie siatki naprzeciwko wielkiej Skry. Fajne jest też to, że młodzieńcy zmierzyli się z teamem z PlusLigi bez żadnych kompleksów.

A jaki można mieć kompleks, grając przeciwko Skrze Bełchatów, kiedy ma się 17 lat?

– Może „kompleks” to złe słowo, ale nie zmienia to faktu, że młodzież wyszła naprzeciw ludziom, którzy nie tak dawno zdobyli mistrzostwo świata i takie pojedynki nie były dla niej codziennością. Można grać w kadetach, juniorach na szczeblu kadry i tam zdobywać medale, ale to nigdy nie jest to samo, są to dwa różne światy. Jestem przekonany, że mecz z bełchatowianami dał im więcej niż wszystkie spotkania w turniejach młodzieżowych, które wymieniłem.

To jednak ciągle były tylko pojedyncze spotkania. Pytając członków zespołów pierwszoligowych o to, czy powinno być więcej takich meczów, wszyscy chórem odpowiadali, że tak. Jak wiele by to dało i komu ofiarowałoby więcej?

– Przede wszystkim dałoby to dużo młodym ludziom, bowiem zawsze, kiedy gra się z kimś doświadczonym, to z tego się czerpie. Widać wyćwiczone zachowania, wypracowaną powtarzalność, która pojawia się na boisku, podczas gdy w graniu z rówieśnikami tego nie ma. To, co mają na co dzień, to są dwa różne światy.

Dzięki takim pojedynkom dwa światy – plusligowy i I ligi zbliżają się do siebie, jednak chyba bardziej w meczu GKS-u z Resovią niż Skry z SMS-em było widać dysonans, czyniący te dwa zespoły biegunami nie do pominięcia. Czy w tym świetle postulaty katowiczan o znalezieniu się klasę wyżej, czy też głosy o pozbawieniu MKS-u Będzin, czy też BBTS-u możliwości gry w siatkarskiej ekstraklasie na rzecz liderów I ligi są zasadne?

– Początkiem i bazą jest to, że zespoły typu GKS mają ambicję, żeby grać w wyższej klasie rozgrywkowej. Wrażenie, że SMS wypadł lepiej od zespołu ze Śląska mogło być związane z tym, że chłopcy do meczu podeszli z większym ładunkiem emocjonalnym, a po każdej kolejnej akcji gwałtowne uczucia wręcz z nich kipiały. W katowickich szeregach gra jednak kilku doświadczonych zawodników, którzy swoje w PlusLidze już przeżyli i są w takim wieku, że nie buzuje już im tak w głowach, jak młodzieży. Nie zmienia to faktu, że uważam, że system spadków i awansów byłby chyba lepszy niż zamknięcie ligi.

Czyli nie należy konserwować. Czuć już, że potrzeba wpuścić nieco świeżości w PlusLigę?

– Myślę, że system spadków i awansów bardzo pozytywnie wpłynąłby na dolną część zespołów z tych rozgrywek.

Tak, to oczywiste, ale bardziej chodzi mi o to, czy w tym momencie sezonu, w którym jest PlusLiga, wyczuwa pan potrzebę zmian, ponieważ pojawiają się zespoły, które na swoim koncie mają jedną wygraną.

– Trudno mi powiedzieć, czy w kontekście drużyny pokroju GKS-u Katowice pod względem sportowej jakości wniosłaby ona coś więcej w rozgrywki siatkarskiej ekstraklasy czy też nie. Jestem jednak spokojny o ten klub, bowiem samo hasło „Gieksa” wśród śląskiej publiczności przy dobrym marketingu spowoduje, że ludzie będą przychodzić na spotkania, ponieważ utożsamiają się z marką, która jest niezaprzeczalną wartością. Czytałem gdzieś wywiad z prezesem tego klubu, w którym mówił, że marzy o grze w PlusLidze i że chce wypełnić cały Spodek kibicami śląskiego teamu. Jeśli to by się udało, to byłoby to coś wyjątkowego, mając na uwadze to, w jakim stanie są obiekty innych drużyn i jak wielki kłopot mają niektóre zespoły z zapełnieniem swoich hal. Jeżeli natomiast chodzi o aspekt sportowy, to nie wiem, czy GKS wniósłby do siatkarskiej ekstraklasy więcej niż zespoły z końca tabeli. Wspomniałaś o MKS-ie i BBTS-ie, więc może rozwiązaniem byłoby to, żeby te ekipy się ze sobą zmierzyły i wtedy byśmy zobaczyli, jaki jest między nimi dystans i na czyją korzyść. To na pewno byłoby ciekawe doświadczenie. Ja osobiście uważam  natomiast, że katowiczanom w takim składzie osobowym, w jakim byli we Wrocławiu, trudno by było zaistnieć w PlusLidze w szerszym i lepszym wymiarze niż na przykład będzinianom.

Pozostając przy MKS-ie Będzin, to trudno nie zauważyć pewnej osi symetrii pomiędzy tym, co działo się w sezonie 2014/2015, a tym, co ma tam miejsce teraz – kiepska pierwsza połowa sezonu, jedna wygrana, a w końcu zmiana trenera. Różnica jest taka, że rok wcześniej przyszedł Roberto Santilli, w ciągu trzech tygodni odmienił oblicze drużyny i ta zaczęła wygrywać, w ostatniej chwili „ratując” się pięcioma zwycięstwami na koncie. Teraz jest nowy szkoleniowiec, a wyników nie ma. Czy to oznacza, że teamom z dołu tabeli po prostu brakuje dobrych sterników?

– Może tak być, bowiem nie można nie zauważyć, że Roberto niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki odmienił swój zespół i to w bardzo krótkim czasie. Pamiętam jednak, że jeszcze za czasów Damiana Dacewicza będzinianom udało się wygrać w Bełchatowie i to był jeden z pierwszych symptomów faktu, że w tej drużynie drzemał potencjał. Trenerowi Santillemu udało się natomiast zrobić więcej niż poprzedniemu szkoleniowcowi i „nowa miotła” wyczyściła w będzińskiej grze wiele aspektów. Nie ulega wątpliwości, że Włoch mając tych samych zawodników, zmienił coś w obliczu teamu i to na pewno jest umiejętność, którą ten człowiek posiada. Teraz ponownie doszło do roszady na ławce trenerskiej i pytanie, które należy sobie postawić, dotyczy tego, czy gra tej ekipy się poprawiła. Ja śmiem twierdzić, że nie, a nawet że nie widać znaczących zmian w tym, co tygrysy prezentowały za czasów Tomasza Wasilkowskiego, a tym, co prezentują pod szyldem Stelio DeRocco. Nie zmienia to faktu, że ze szkoleniowcami różnie bywa i trzeba mieć do nich także trochę szczęścia.

A w ujęciu ogólnym, czy PlusLiga ma wielu dobrych trenerów?

– W czołowych klubach są to chyba wszyscy. Za wieloma szkoleniowcami stoi jednak marka i bardzo ciekawym doświadczeniem byłoby, gdyby wzięli oni pod swoje skrzydła zespoły z dołu tabeli, operujące o wiele mniejszym budżetem niż chociażby Skra czy Resovia. Wszyscy mówią, że prowadzenie takich drużyn to tak zwany „samograj”, jednak ja się z tym nie zgadzam, bowiem sądzę, że trzeba mieć pewne umiejętności, żeby z tak wielkich indywidualności skomponować kolektyw, który będzie ze sobą współgrał. W przeszłości wiele było przykładów na to, że zespół na papierze miał siatkarskie gwiazdy, a mistrzostwa kraju nie potrafił zdobyć niezależnie od tego, kto nim kierował. Nie ulega natomiast wątpliwości, że na przykład ZAKSA ma świetnego trenera i zawodników. Lotos Trefl Gdańsk z kolei ma wyjątkowego szkoleniowca, który kolejny sezon udowadnia, że z personalnego składu zawodników, którymi dysponuje, jest w stanie wycisnąć „maksa”. To, co zrobił w zeszłym roku, mam tu na myśli zdobycie wicemistrzostwa Polski i pucharu oraz to, czego niemalże tymi samymi zawodnikami dokonuje teraz, jest potwierdzeniem, że droga, którą obrał jakiś czas temu, jest właściwa. Co by nie powiedzieć o Andrzeju Kowalu, to daje bardzo dobrze radę, cały czas bijąc się z niezmiernie wymagającymi przeciwnikami. W tym czasie, w którym pracuje – a wcześniej kilka lat zbierał doświadczenie – dwukrotnie doprowadził swoich podopiecznych do najwyższego stopnia podium krajowych mistrzostw, srebra Ligi Mistrzów, a nikt jeszcze nie powiedział, że Resovia nie powtórzy zeszłorocznych sukcesów. Poza tym jest Raul Lozano, który robi z Czarnymi rzeczy niezwykłe.

Co nie zmienia jednak faktu, że pierwsza euforia minęła, a teraz jego zespół raczej stabilizuje się w połowie stawki.

– Tego można się było spodziewać, bowiem tak to jest, kiedy część zawodników wyjeżdża na mecze reprezentacyjne. Mogą oni zaraz potem walczyć w lidze, ale różnie z tym bywa, poza tym zdarzają się kontuzje…

Czyli można powiedzieć, że Andrea Anastasi jest szkoleniowcem kompletnym, ponieważ mimo tego, że cały zeszły sezon grał praktycznie jedną szóstką, nie zaliczył żadnego kryzysu? Na jego drużynę wielkiego wpływu nie miały wtedy perypetie reprezentacyjne, a z mało znanych siatkarzy zrobił gwiazdy.

– Ja go cenię jednak nie tylko za wyniki, ale także za to, że przy dużych obciążeniach kontuzja nie dosięgała jego podopiecznych. Nawet jeśli problemy zdrowotne dawały o sobie znać, to reszta sztabu potrafiła tak zadziałać, że gracz występował bez przeszkód do końca sezonu. To jest ogromna umiejętność prowadzenia zespołu w taki sposób, aby nie łapał mechanicznych urazów, wynikających z treningów i częstotliwości spotkań. Podobnie jest w tej chwili z kędzierzyńską drużyną, bowiem jeśli aspekt zdrowotny wpływa na postawę zawodników, to tylko w przypadku Grzegorza Boćka. Jest to jednak sprawa wyjątkowa, wynikająca z jego bardzo poważnej choroby i  teraz sprawdza się powiedzenie, że kiedy ma się rok przerwy, to tyle samo trzeba później poświęcić, żeby wrócić do optymalnej dyspozycji. Armatę powinien odpalić w okolicach września.

W okolicach września będziemy jednak po trwającym obecnie sezonie. Jak według Marka Magiery będzie wyglądać jego zestawienie na linii mety?

– Wszystko wskazuje na to, że skład najlepszej czwórki będzie tym, który widzieliśmy w półfinałach Pucharu Polski. Dystans w tabeli między czołowymi zespołami a resztą świata robi się spory, a niewiadomą jest tylko to, kto wytrzyma presję, a kto nie.

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, Analizy, PlusLiga, Wywiady

Tagi przypisane do artykułu:
,

Więcej artykułów z dnia :
2016-02-13

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved