Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > PlusLiga > M.M. Gogol: Zostałem rzucony na głęboką wodę

M.M. Gogol: Zostałem rzucony na głęboką wodę

fot. Katarzyna Antczak

Espadon Szczecin przeszedł w ostatnim czasie niemałą rewolucję. Nie dość, że kontuzje zdziesiątkowały szeregi beniaminka PlusLigi, to doszło również do zmiany na stanowisku trenerskim – stery w klubie z Północy przejął Michał Mieszko Gogol. – Do meczu z MKS-em działaliśmy „tu i teraz”. Od tej pory przyjmujemy strategię długofalową. W Święta wszyscy musieli odpocząć zarówno psychicznie, jak i fizycznie, bo dużo się działo w ostatnim czasie. 26 grudnia siłownią rozpoczęliśmy właściwy etap działania zespołu. Budujemy nową formę i dyspozycję, a kolejne mecze grać będziemy z samą czołówką i to na wyjazdach, więc będzie jeszcze trudniej niż wcześniej – powiedział Strefie Siatkówki nowy trener szczecinian.

Jest pan trenerem od dwóch meczów. Pierwszy w niezłym stylu wygraliście z Effectorem Kielce, natomiast kilka dni później wyraźnie ulegliście MKS-owi Będzin. Skąd dwie twarze pana teamu w tak krótkim czasie? To ciągle pokłosie zmian, które zaszły w waszych szeregach?



Michał Mieszko Gogol: – Wiedzieliśmy, że w Sosnowcu będzie bardzo ciężko o punkty, bowiem przeciwnicy także chcieli przełamać się po kilku porażkach, które przydarzyły się im w ostatnim czasie. Każdy po takich seriach chce rozpocząć na nowo – my wiemy to z autopsji, bo sami przeżywaliśmy podobne momenty. Spodziewaliśmy się ciężkich warunków i takie też one były. Drużyna z Będzina przede wszystkim bardzo dobrze broniła, co przełożyło się na kontrataki oraz na to, że trudno było skończyć piłkę w side-oucie. Były momenty, kiedy rzeczywiście regularnie punktowaliśmy, ale przydarzały się i takie, w których mieliśmy przestój w przyjęciu, co przekładało się na jakość rozegrania, a następnie na efektywność ofensywy – była to reakcja łańcuchowa. Siatkarzom MKS-u należą się brawa, bowiem grali naprawdę dobrą siatkówkę, byli bezwzględni, wykorzystując wszystkie nasze słabości i błędy. Chcę podkreślić jeszcze jedną rzecz, lecz nie na zasadzie usprawiedliwienia – w naszym obecnym składzie personalnym jest nam naprawdę bardzo ciężko. Za walkę, którą mimo tego pokazaliśmy, chciałbym podziękować wszystkim moim podopiecznym i sztabowi. W ostatnim meczu rzuciliśmy na parkiet wszystko to, co w danej chwili mieliśmy najlepszego, ale to po prostu nie wystarczyło. Po takich przeżyciach trzeba się zregenerować i wrócić silniejszym do grania.

To był pański drugi mecz w roli pierwszego szkoleniowca, a jednak zachowywał pan stoicki spokój. Gdzie nauczono pana tak aktorsko tonować emocje? W Rzeszowie?

– Musiałbym zobaczyć, jak to wygląda z boku. (śmiech) Na poważnie to staram się czytać grę. Jestem przyzwyczajony do stania nieco dalej od siatki, dzięki czemu łatwiej mi choćby zobaczyć, jak daleko piłka przechodzi od antenki w stosunku do bloku. Zauważyłem, że bardziej stresuję się przed meczem, kiedy myślę sobie o wariantach gry, o tym, co może się stać, czy też o tym, kto być może będzie wymagał zmiany – na razie jednak roszad mogę wykonać bardzo mało. Kiedy słyszę pierwszy gwizdek, obserwuję kilka inaugurujących pojedynek akcji, to nagle wszystko ustaje. Widzę tylko boisko i drużynę, której staram się pomóc jak tylko mogę. Zdaję sobie sprawę z tego, że popełniam błędy, ale wiem, że potrzebuję jeszcze czasu, by dotrzeć się z zespołem. Zostałem rzucony na głęboką wodę i wiem, że nie będzie łatwo. W tej profesji trzeba myśleć o wielu rzeczach, ale zobaczymy, jak to będzie. To jest moje życie i mam nadzieję, że do końca tego sezonu dam z siebie najwięcej, ile tylko się da, i że tyle samo ofiaruje mi drużyna.

Największy strach obecnie to ten przed brakiem progresu?

– Bardziej jest to strach przed zwieszeniem głów. Nie chcę, byśmy kiedykolwiek się poddali i zaczęli się między sobą kłócić na boisku. Mamy zawsze walczyć o każdą piłkę, w jakimkolwiek będziemy składzie i niezależnie do liczby kontuzji. Do Sosnowca przyjechaliśmy z jedną kulawą nogą i bolącą ręką, ale wiedzieliśmy, że to nie może być nasze usprawiedliwienie. Mieliśmy wyjść na parkiet i walczyć na tyle, na ile starczy nam sił. Część zawodników dopiero zaczęła normalne treningi, a inni tuż przed meczem niefortunnie upadli i zrobili sobie krzywdę, jak Bartłomiej Kluth. Marcin Wika grał z bolącym kolanem, Michał Ruciak z bólem stopy, a Janusz Gałązka walczył z bólem barku – tak wyglądała nasza drużyna. Jeśli ktoś popatrzy na wynik, to powie, że Espadon dostał łomot w Sosnowcu, ale ja wiem, że w tym pojedynku walczyliśmy i przegraliśmy z po prostu lepszą drużyną.

To, co w tej chwili stoi przed panem, to długofalowy plan naprawczy czy też działanie i leczenie na tu i teraz?

– Do meczu z MKS-em działaliśmy „tu i teraz”. Od tej pory przyjmujemy strategię długofalową. W Święta wszyscy musieli odpocząć zarówno psychicznie, jak i fizycznie, bo dużo się działo w ostatnim czasie. 26 grudnia siłownią rozpoczęliśmy właściwy etap działania zespołu. Budujemy nową formę i dyspozycję, a kolejne mecze grać będziemy z samą czołówką i to na wyjazdach, więc będzie jeszcze trudniej niż wcześniej.

Będziecie się uczyć od najlepszych.

– Dokładnie tak, ale wiemy, że w tym wszystkim musimy poprawiać swoją grę, by nie usprawiedliwiać się, że naprzeciwko nas stoi ZAKSA. Celujemy w to, żeby poprawić naszą jakość i koncentrować się wyłącznie na naszej stronie boiska.

Problemy zdrowotne, o których pan wspomina, są jednak pokłosiem w dużej mierze wcześniejszego wyeksploatowania szczecińskich zawodników. Jaka jest pana recepta na to, by dać im „drugą młodość”?

– Bardzo ważna jest objętość treningowa. Moim zdaniem nie powinniśmy ćwiczyć po 2,5 godziny, a trening nie może być zintensyfikowany, ale odpowiednio rozłożony. Jeśli już zabieramy się za przygotowania, to powinniśmy trenować krótko, ale dobrze jakościowo. Szanujemy zdrowie bardziej doświadczonych zawodników i wiemy, że nie jesteśmy najmłodszą drużyną w PlusLidze – jest nawet odwrotnie. Patrzymy na to, jak czują się siatkarze i staramy się im dawać drugi oddech. W ostatnich dwóch meczach nie mieliśmy zmienników, więc nie wykluczamy sprowadzenia wzmocnienia. Osobiście bardzo zależy mi na tym, by do drużyny dołączył młody, polski zawodnik. Czy tak będzie? Nie wiem. Są prowadzone różne rozmowy, zobaczymy, na czym to wszystko stanie. Potrzebujemy zastrzyku energii i większych możliwości dawania oddechu starszym graczom. Trening też wtedy wyglądałby inaczej, ponieważ rozłożyłby się na wszystkich siatkarzy. Nie musielibyśmy ćwiczyć jedną szóstką, a po drugiej stronie siatki mieć tylko kilka ogniw, które imitowałyby żywego przeciwnika.

Ile daje pan sobie czasu, by wdrożyć się w rolę człowieka w stu procentach odpowiedzialnego za zespół?

– Myślę, że miesiąc od przejęcia sterów Espadonu. Po tym czasie powinniśmy mieć wypracowany system. Kiedy objąłem aktualne stanowisko, kilka rzeczy zdążyłem zmienić i przekazać je chłopakom. Dotyczyły one organizacji gry, którą zamierzamy jeszcze bardziej przekształcić.

Jak smakuje spełniania marzenia?

– Nie ma na to słów, nie można opisać spełniania marzenia. Jest to coś, co siedziało we mnie osiem długich lat. Pierwsza wygrana z Effectorem to była piękna chwila i na pewno zapamiętam ją do końca życia. To nie jest jednak jeszcze czas i miejsce, by wspominać – trzeba to wszystko zostawić z boku i skoncentrować się na tym, co przed nami.

Czego pan więc sobie życzy w 2017 roku?

– Zdrowia. (śmiech)

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, PlusLiga

Tagi przypisane do artykułu:
, ,

Więcej artykułów z dnia :
2016-12-27

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2018 Strefa Siatkówki All rights reserved