Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Publicystyka > Felietony > Liga Siatkówki Kobiet, czyli rzecz o pociągach, pogrzebach i dupie

Liga Siatkówki Kobiet, czyli rzecz o pociągach, pogrzebach i dupie

fot. pixabay.com

Długo się zastanawiałem do czego porównać sytuację w Lidze Siatkówki Kobiet – nie tylko tę bieżącą, bo ta wpisuje się doskonale w wieloletnie realia żeńskiej ekstraklasy. Najbardziej obrazowe wydaje mi się określenie, że wydarzenia w LSK to światełko w tunelu Schrodingera. Nigdy nie wiesz czy to powiew świeżego powietrza i wyjście z ciemnego podziemia, czy też nadjeżdżające pendolino relacji Kutno-Zgierz. O tym przekonujemy się dopiero, kiedy ekspres zaczyna trąbić, ale zejść z torów już nie sposób.

Jak sięgam pamięcią (a ta choć już nieco trącona zębem czasu, to jeszcze w miarę działa – dość precyzyjnie potrafię powiedzieć, że bitwa pod Grunwaldem była wcześniej niż bitwa pod Lidlem o torebki), to w ostatnich kilkunastu latach wszystkie spadki z Ligi Siatkówki Kobiet (a wcześniej z PlusLigi Kobiet i Orlen Ligi) były konsekwencją załamania się finansów klubu. Najczęściej nie było to załamanie nagłe, a reanimacja trupa, zakończona zgonem pacjenta w wyniku wyczerpania ekipy reanimującej. Piła, Mielec, Kalisz, Białystok, Gdańsk – to niektóre z miejsc pochówku zespołów najwyższej klasy rozgrywkowej. Niektóre z nich zmartwychwstały i mają się nieźle, niektóre wciąż próbują się wyczołgać z mogiły, a niektóre znowu są pod respiratorem, ale wszyscy udają, że tego nie widzą i tańczą z nimi na balu, uważając żeby nie nadepnąć na podpięte do pacjenta rurki.



Czasem jeden z drugim odezwali się, że jest problem na polu chwały, ale nikt nie odważył się otworzyć szafy ze zwłokami (Skąd na polu chwały szafa?). Przecież jednego poległego zastępował następny ochotnik i nie było trzeba roztrząsać, czy właściwie pijemy na balu, czy stypie. Następnie, zgodnie z ludową maksymą, że sposobem na zmniejszenie bezrobocia, jest zwiększenie zatrudnienia – zamknięto ligę. Utopijna logika pozwalała mieć nadzieję, że skoro kluby nie będą spadać – to nie będą się ścigać w kontraktowaniu zawodniczek ponad miarę, więc nie będą również operować budżetami na wyrost. Będąc też pewnymi utrzymania, mogą budować długofalowe relacje sponsorskie i w królestwie zapanuje pokój, szczęście i wzajemne zaplatanie warkoczy.

Ciekawe czy świat się mocno zdziwił, że problem nie zniknął? Nie tylko nie zniknął, ale nagle na horyzoncie pojawiło się kilka nowych. Jeden z nich moim zdaniem jest kluczowy. Zabito (dechami i dosłownie) I ligę. Z początku na fali buntu było jeszcze kilka wariackich drużyn walących pięściami do zamkniętych na głucho wrót ekstraklasy. Trochę na zasadzie: „Ja nie wejdę do LSK? Potrzymaj mi piwo.” ŁKS Commercecon Łódź ramię w ramię z Budowlanymi Toruń tłukli zgodnie karabinami w bruk ulicy i dopięli swego. Cały czas też odgrażała się bohaterka dni ostatnich (w sensie kalendarzowym, a być może i funeralnym) – Wisła Warszawa. Budowlanych już nie ma, Wisła właśnie idzie z nożem na strzelaninę. W międzyczasie orkiestra zagrała ostatnie takty na Titanicu, zacumowanym w Dąbrowie Górniczej, a Bogdan Serwiński z honorem napisał ostatni list, wychylił w knajpie setę i wypalił sobie (czyli Muszyniance) w łeb.

Do czego zmierzam? Do tego, że przynajmniej od kilkunastu lat można było konsekwentnie regulować zasady finansowe w lidze, sankcjonować recydywistów, chronić zawodników przed nieuczciwymi pracodawcami i działać, działać, działać… Nie wszystkie pomysły i wprowadzone zasady by się sprawdziły, ale dałoby się wypracować system choć trochę zbliżony do optymalnego. Lepiej jednak było nie widzieć, że kluby są zadłużone, bo przecież na biurku leżą podpisane papiery, że nie są zadłużone. Znaczy papiery… Oświadczenia podpisane przez kluby, oświadczenie nieweryfikowalne, oświadczenia warte tyle co przedwyborcze obietnice.

Trzeba było działać, kiedy podjęcie decyzji o karaniu i rzetelnym monitorowaniu klubów, być może skończyłoby się dla kilku z nich degradacją, ale bezboleśnie weszły by w to miejsce inne, zdrowsze. Dziś już jest na to za późno, bo kołderka jest za krótka. Dziś PLS może machać szabelką i grozić palcem. Realnie nie może nic zrobić, bo za chwilę nie będzie komu nawet zgasić światła. Budowlani Toruń już się wycofali z I ligi, sytuacja KSZO jest co najmniej zła, a o kłopotach połowy klubów pewnie po prostu nie wiemy. Wisły za chwilę może nie być w LSK, ale to nie oznacza, że powyżej poziomu Wisły jest błękitne niebo i piknik na kocyku. I niby znamy to od lat, ale niestety nie słychać już nic o wariatach, dobijających się do bram LSK. Strach mówić, ale coraz bardziej mi pasują słowa Stefana Kisielewskiego: „To, że jesteśmy w dupie, to jasne. Problem w tym, że zaczynamy się w niej urządzać.”

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Felietony, Liga Siatkówki Kobiet, Publicystyka

Tagi przypisane do artykułu:

Więcej artykułów z dnia :
2020-01-20

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved