Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > reprezentacja Polski mężczyzn > Ł. Żygadło: Bez zdrowej zazdrości nie pójdzie się do przodu

Ł. Żygadło: Bez zdrowej zazdrości nie pójdzie się do przodu

fot. Joanna Skólimowska

– Karierę uważam za przygodę. Czy mogę powiedzieć, że jestem szczęściarzem? Tak, bo wybór, którego dokonałem, mając 14 lat, okazał się fantastyczny. Do tej pory moje życie było wielką wyprawą, którą w dużej mierze umożliwiła mi siatkówka – podróżowałem, poznawałem świat, ludzi i języki. Miałem szansę reprezentować Polskę i grać dla najlepszych zespołów świata, zdobywając z reprezentacją i klubami trofea, o których nawet mi się nie śniło, kiedy rozpoczynałem przygodę z siatkówką – powiedział o swojej karierze rozgrywający Łukasz Żygadło.

Uważa pan, że miał szczęście w karierze? Urodził się pan dwa lata po siatkarzu, którego przez kolejne dziesięciolecia będzie się nazywać najwybitniejszym rozgrywającym w kraju, Pawle Zagumnym. Czuł się pan wiecznie drugi?



Łukasz Żygadło: – Karierę uważam za przygodę. Czy mogę powiedzieć, że jestem szczęściarzem? Tak, bo wybór, którego dokonałem, mając 14 lat, okazał się fantastyczny. Do tej pory moje życie było wielką wyprawą, którą w dużej mierze umożliwiła mi siatkówka – podróżowałem, poznawałem świat, ludzi i języki. Miałem szansę reprezentować Polskę i grać dla najlepszych zespołów świata, zdobywając z reprezentacją i klubami trofea, o których nawet mi się nie śniło, kiedy rozpoczynałem przygodę z siatkówką. Miałem szczęście, że poznałem i współpracowałem z wieloma fantastycznymi ludźmi, od których czerpałem wiedzę i dzięki którym spełniłem swoje marzenia. Nadal się realizuję. Stanąłem na każdym podium poza igrzyskami olimpijskimi; zdobywałem medale największych imprez siatkarskich klubowych i reprezentacyjnych. Czy mogę czuć się spełniony? Raczej tak!

Ucieka pan od odpowiedzi na pytanie. Czuł się pan „tym drugim”?

– Tym pytaniem każe mi się pani skonfrontować z Pawłem Zagumnym, a nasze historie znacznie się od siebie różnią. Paweł jako zawodnik rocznika 1977 to przedstawiciel generacji Ireneusza Mazura, która wymieniła personalnie kadrę seniorską po 1997 roku i stanowiła jej trzon przez długie lata, uczestnictwem w Lidze Światowej rozpoczynając nowy rozdział w polskiej siatkówce. Ja poza krótkim epizodem na tej imprezie w 2001 roku do kadry seniorskiej wróciłem cztery lata później, a w roli zmiennika Pawła występowałem praktycznie tylko w 2006 i 2007 roku. Później za Anastasiego grałem w reprezentacji w latach 2011-2013. Paweł był bardzo trudnym konkurentem – mimo młodego wieku miał możliwość zdobywania doświadczenia i oswajania się z atmosferą choćby igrzysk olimpijskich. Mając 18 lat, pojechał do Atlanty jako trzeci rozgrywający, wchodząc na boisko w roli przyjmującego, co w obecnych czasach jest raczej nie do pomyślenia. Wszystkie długoletnie doświadczenia z kadry seniorskiej, jak i wyjazd w młodym wieku do włoskiego klubu z Padwy, w tamtych czasach dawały bezcenną wiedzę i możliwość rozwoju, na którą w Polsce jeszcze nie mogliśmy liczyć. Jego doświadczenie, tak ważne dla rozgrywającego, zaczęło procentować w 2006 roku, kiedy zdobyliśmy wicemistrzostwo świata po praktycznie 10 latach ciągłego grania w kadrze.

Pojawiła się zazdrość?

– Bez zdrowej zazdrości nie pójdzie się do przodu. Każdy zawodnik, który ma ambicje, musi mieć wyznaczony cel, a ten był u mnie bardzo jasno postawiony. Marzyły mi się igrzyska, a w mojej przygodzie z reprezentacją zawsze coś stawało mi na drodze. Nie potrafiłem wtedy tego zrozumieć. Dla przykładu w roku olimpijskim przed Atenami rozgrywaliśmy Puchar Polski. Z drużyną z Sosnowca występowaliśmy w nim w roli „Kopciuszka”, bo w półfinale graliśmy z naszpikowanym kadrowiczami AZS-em Olsztyn z Pawłem Zagumnym, a w finale spotkaliśmy się z gospodarzem turnieju, Skrą Bełchatów, z Andrzejem Stelmachem. Wygraliśmy puchar, ja otrzymałem nagrodę najlepszego rozgrywającego, lecz później przy powołaniach na Ligę Światową nie znalazłem się w osiemnastce.  Dostałem je do szerokiej kadry na igrzyska, jednak to nie miało logicznego sensu, ponieważ przez okres Ligi Światowej nie trenowałem z kadrą A, o graniu nawet nie wspominając. W ostatnim sprawdzianie przed najważniejszą imprezą czterolecia w Atenach mogło dojść do nie lada sensacji, ponieważ podczas Memoriału Wagnera grając w kadrze B w piątym secie, mieliśmy piłkę meczową w górze, a ona dawała nam wygraną nad kadrą A! Mimo tych wszystkich sytuacji, których nie rozumiałem, pozostawało mi tylko z pokorą trenować i czekać na kolejną szansę. Czułem, że ona przyjdzie.

Cała rozmowa Sary Kalisz dostępna w serwisie Sport.pl

źródło: sport.pl

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, reprezentacja Polski mężczyzn

Tagi przypisane do artykułu:
,

Więcej artykułów z dnia :
2017-11-07

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved