Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > PlusLiga > Krzysztof Ignaczak: Bycie prezesem dało mi dużą lekcję życia i pokory

Krzysztof Ignaczak: Bycie prezesem dało mi dużą lekcję życia i pokory

fot. Klaudia Piwowarczyk

 – Bycie prezesem dało mi dużą lekcję życia i pokory. Przyszedłem do klubu z wielkimi oczekiwaniami, lecz moja praca zakończyła się nie tak, jak sobie to wyobrażałem. – mówi w długim wywiadzie dla TVP Sport były prezes Asseco Resovii Rzeszów, Krzysztof Ignaczak. –  Liczyłem na to, że uda mi się odbudować klub, i że będziemy w stanie powalczyć o najwyższe cele. Wiem, że dla niego zrobiłbym wszystko. Mam do siebie pretensje o to, że uległem presji wygrywania. W mojej głowie miałem inny plan na zespół  – dodaje.

 



 W jakim punkcie swojego życia pan jest?

– Jestem w kwiecie wieku (śmiech). Bycie prezesem dało mi dużą lekcję życia i pokory. Przyszedłem do klubu z wielkimi oczekiwaniami, lecz moja praca zakończyła się nie tak, jak sobie to wyobrażałem. Razem z Adamem Góralem uznaliśmy, że dla dobra klubu będzie lepiej, jeśli złożę rezygnację. Nie jestem człowiekiem, który będzie stał w miejscu. Jednym z planów jest rozwinięcie projektu „Szyjemy sport na miarę”, który realizujemy z Marcinem Lijewskim i Cezarym Trybańskim. Trzecią edycję pokrzyżował nam koronawirus, ale i tak nadal szukamy partnerów, którzy podzielają misję aktywizacji sportowej dzieci i dorosłych. Chcemy spowodować, że ludzie, którzy zapomnieli co to radość z aktywności fizycznej, ponownie przekonają się do tego, że brzuch można zrzucić, i że da się przebiec 15 metrów bez zadyszki. Ważne jest to, że przy okazji pokażą swoim dzieciom, że sport jest jednym z ważniejszych elementów życia. Nie możemy zapomnieć, że lekarzem pierwszego kontaktu zawsze są rodzice, my, ludzie sportu, jesteśmy tylko wzmocnieniem sygnału, który powinni dać najbliżsi. Zamiast leżenia w niedzielę na kanapie i bycia władcą pilota można wybrać poznanie trzech dyscyplin: siatkówki, piłki ręcznej i koszykówki. Choć każdy z nas chce przyciągnąć do swojego sportu jak najwięcej osób, to naszym głównym celem jest zaznajomienie dzieci z ruchem i pokazanie im możliwości zabawy w aktywny sposób.

To, jak rozwinęła się sprawa z Resovią, ciągle boli?

– Nie. Liczyłem na to, że uda mi się odbudować klub, i że będziemy w stanie powalczyć o najwyższe cele. Wiem, że dla niego zrobiłbym wszystko. Mam do siebie pretensje o to, że uległem presji wygrywania. W mojej głowie miałem inny plan na zespół. W tym momencie nie ma on już znaczenia.

Dwa razy wszedł pan do tej samej rzeszowskiej rzeki. Które pożegnanie z klubem bardziej bolało: zawodnicze czy prezesowskie?

– Pierwsze. Inaczej wyobrażałem sobie zakończenie kariery. W Rzeszowie spędziłem dziewięć lat. Liczyłem na to, że uda mi się grać w klubie przez dekadę, i że w ostatnim sezonie wzorem Pawła Zagumnego będę się żegnał z kibicami w każdej plusligowej hali w Polsce. Chciałem podziękować kibicom za tyle wspólnie spędzonych lat. Ostatecznie zostałem zaskoczony. Mimo wszystko cieszę się, że zakończyłem karierę w takim momencie. Miałem oferty z innych klubów, ale doszedłem do wniosku, że dalsza gra nie będzie miała większego sensu – starych drzew się nie przesadza. W pewnym momencie przestałem też traktować siatkówkę jako pasję. Z różnych względów czułem jakbym na każdym treningu podbijał kartę, która była rozpoczęciem dnia w pracy. Uznałem, że lepiej w tym momencie zmierzyć się z tym, czego obawiają się wszyscy, czyli z odejściem od zawodowego uprawiania sportu. To było trudne. Większość sportowców przez długi czas jest prowadzona za rękę. Ustalane są za nas plany dnia, sezony, kolejne wyzwania. Żyjemy tym, co narzucą nam w jakiejś mierze inni. Po zakończeniu kariery zawodnik budzi się i nagle zdaje sobie sprawę z tego, że jest w stu procentach odpowiedzialny za swój czas.

Prezesura w Asseco Resovii Rzeszów to była propozycja, której się nie odmawia?

– Szansa na prowadzenie takiego klubu może się zdarzyć raz w życiu. Dawałem z siebie wszystko – maksymalne zaangażowanie i wiedzę. Bardzo żałuję, że tak, a nie inaczej się to potoczyło. Czy zrobiłbym coś inaczej gdybym mógł? W jakiejś mierze na pewno. Wiele czynników wpływa jednak na to, czy plany można wprowadzić w życie. Ludziom wydaje się, że prosto jest ułożyć skład. Budżet nie jest z gumy i we wszystkich klubach obowiązują finansowe „widełki”. Poza tym nie każdy zawodnik chce grać w danym zespole. Rywalizacja o tych najlepszych między klubami bywa bardzo duża. Kiedy objąłem stanowisko prezesa, klika kontraktów było już podpisanych. Nie chciałem też przeprowadzać rewolucji, ponieważ w mojej ocenie stabilizacja składu drużyny sportowej jest podstawą do osiągnięcia sukcesu. Najważniejsze jest to, by zbudować między zawodnikami wzajemne zaufanie i specyficzną więź. Zmienienie kolejnych ośmiu czy dziewięciu graczy, nie rozwiązuje problemów drużyny, a jednocześnie wiąże się z dużym ryzykiem i znakiem zapytania, jak będzie funkcjonowała.

Na ile skład zespołu budował pan, a na ile Adam Góral, prezes Asseco?

– Jako właściciel klubu miał wgląd w to, co się dzieje. Akceptował wszystkie „za” lub „przeciw”. Sugerował pewne rzeczy.

Zna się na siatkówce?

– Jest to człowiek sukcesu, który zbudował ogromny, dobrze prosperujący biznes. Sport nie rządzi się jednak tymi samymi prawami, co firma. Chciałem stworzyć grupę, która będzie drużyną nie tylko na boisku.

Jak bardzo wkurzały komentarze, że w Resovii panuje kolesiostwo i tylko dlatego Piotr Gruszka został trenerem zespołu?

– Zanim zatrudniliśmy Piotra, prowadziliśmy również rozmowy z innymi kandydatami. Jednym z nich był Vital Heynen, który na tamten czas nie chciał się wiązać z polską drużyną. Ostatecznie doszliśmy do wniosku, że może lepiej jest postawić na młodego, polskiego i perspektywicznego trenera. Liczyliśmy na to, że nabierze doświadczenia wraz z sukcesami drużyny, co w przyszłości poskutkuje powołaniem go na stanowisko selekcjonera kadry.

Czy to prawda, że zawodnicy przychodzili do pana i skarżyli się na trenera?

– Nie, nie jest to prawda. Moje drzwi były jednak dla chłopaków otwarte. Rozmów prowadziłem bardzo dużo, szczególnie kiedy wyniki były dalekie od oczekiwanych. Późny przyjazd Komendy i Hoaga, brak czasu na zgranie zespołu, brak sparingów w pełnym składzie plus urazy, a następnie słaba forma psychiczna doprowadziły do katastrofy. Starałem się pomagać drużynie jak mogłem, zatrudniliśmy nawet psychologa. Niestety nie przyniosło to oczekiwanych rezultatów. Mimo to wierzyliśmy w potencjał zespołu. Gwizdy w hali narastały, a zespół coraz gorzej grał „u siebie”. Żaden z chłopaków nie narzekał jednak u mnie na trenera.

 Co było dla pana najtrudniejsze?

– Brak powołania na mistrzostwa świata 2006, na którym polska kadra po raz pierwszy od wielu lat wywalczyła medal. Piotr wygrał ze mną rywalizację, a tego się nie spodziewałem. Do tamtego momentu wydawało mi się, że jestem murowanym kandydatem do podstawowego składu zespołu. Z dnia na dzień reprezentacja z moim konkurentem radziła sobie jednak coraz lepiej.

Jak im się to udało?

– Rozmawiali i zadali mi pytania, na które musiałem odpowiedzieć sobie sam. W pewnym momencie chciałem zakończyć karierę, nie widziałem sensu walki po tym, jak kadra wygrała swój pierwszy ważny medal od lat beze mnie. Dziewięć miesięcy przygotowań, totalne wyżyłowanie organizmu i bieganie przez 40 minut po ciężkim treningu siłowym było naszą codziennością. Skoro nie wyszło mi, kiedy dałem z siebie aż tyle, to jaką mam gwarancję, że w końcu mi się uda? Stąd też zrodził się pomysł na tatuaż o symbolice feniksa, który jest znakomitą alegorią do mojego życia. Potrafię powstać z popiołów.

Chwilę wcześniej stracił pan przyjaciela, Arkadiusza Gołasia. Od tego czasu minęło 15 lat. Człowiek przyzwyczaja się do straty, czy bardziej przeraża to, że wspomnienia bledną? Myśli pan o tym?
– Cały czas. Arek był najbliższą mi osobą, rozumiał mnie w stu procentach. To był mój młodszy brat, którego nigdy nie miałem. Działaliśmy ze sobą na zasadzie instynktu i magicznej nici porozumienia. Mam nadzieję, że każdy ma takiego człowieka, z którym rozumie się bez słów. Dla mnie był nim Arek. Czas zabiera nam wspomnienia. Ludzka psychika wypiera to, co sprawia ból. W głębi serca to wszystko jednak pozostaje. Kilka razy w roku staram się wyciszyć całkowicie i spędzić czas na odtwarzaniu wspólnych chwil. Ostatnio nawet natknąłem się na zdjęcia, które robił. Był naczelnym fotografem kadry. Myślałem o Atenach w 2004 roku, kolejnych Ligach Światowych, które spędziliśmy razem… Wspomnienia wróciły i wiem, że nigdy nie znikną całkowicie. Był mi za bliski, by tak się stało.

Udało się panu znaleźć później kogoś równie bliskiego, czy takiej relacji nie da się zastąpić innymi?

– Zamknąłem swoje serducho na takie relacje. Nie udało mi się zbudować z nikim takiego kontaktu, to mechanizm obronny w głowie, nad którym nie mam kontroli. Choć mam kilka osób, które mogę nazwać swoimi przyjaciółmi, boję się dopuścić je bliżej. Nie otwieram się za bardzo, nie chcę już nikogo stracić. Miejsce najlepszego przyjaciela jest już zastrzeżone.

 Na samym początku mówiłam o tym, że jest pan dobry w spadaniu na cztery łapy. W 2006 roku był pan w depresji, ponieważ nie zdobył srebra na mistrzostwach świata. Osiem lat później znalazł się pan w najlepszej drużynie globu. Jak to smakowało?

– To było spełnienie i niesamowita radość. Łez szczęścia było wiele. Wiedziałem, że to moja ostatnia okazja. Bardzo się cieszyłem, że mogę być częścią złotej drużyny.

*cały wywiad Sary Kalisz w TVP Sport

źródło: sport.tvp.pl

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, PlusLiga, Wywiady

Tagi przypisane do artykułu:
, ,

Więcej artykułów z dnia :
2020-04-26

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved