Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > PlusLiga > Karol Kłos: Wiele rzeczy złożyło się na to, że wytrzymałem w tym klubie tak długo

Karol Kłos: Wiele rzeczy złożyło się na to, że wytrzymałem w tym klubie tak długo

fot. Katarzyna Antczak

– Wiele rzeczy złożyło się na to, że wytrzymałem w tym klubie tak długo. Po pierwsze, tu nigdy nie było nudy – powiedział Karol Kłos, który w PGE Skrze Bełchatów występuje już od blisko dekady. – Przychodzili do nas naprawdę fantastyczni gracze z zagranicy, jak chociażby Stephane Antiga. Człowiek nie ma ochoty ruszać się z miejsca, w którym dzieje się tyle pozytywnych rzeczy – dodał środkowy.

 



Grasz w Skrze Bełchatów już prawie od dziesięciu lat. Jak pielęgnować taki związek, żeby nie spowszedniał?

Karol Kłos:  Wiele rzeczy złożyło się na to, że wytrzymałem w tym klubie tak długo. Po pierwsze, tu nigdy nie było nudy. Trafiały się mistrzostwa Polski, trafił finał Ligi Mistrzów, ciągle się coś działo. Ciekawie było również z ludźmi. Zmieniali się trenerzy, zmieniali siatkarze. Chyba tylko ja i Mariusz Wlazły byliśmy zawodnikami Skry od 2010 do minionego sezonu. Przychodzili do nas naprawdę fantastyczni gracze z zagranicy, jak chociażby Stephane Antiga. Człowiek nie ma ochoty ruszać się z miejsca, w którym dzieje się tyle pozytywnych rzeczy.

Jaka najpiękniejszą chwila kojarzy ci się ze Skrą?

– Mistrzostwo Polski w sezonie 2013/14. Poczułem wtedy, że to, co robię, naprawdę ma sens. Stworzyliśmy świetny zespół, połączenie młodości i rutyny. Wlazły, Antiga, Facundo Conte, Nicolas Uriarte, Andrzej Wrona, Paweł Zatorski no i oczywiście trener, nieżyjący już Miguel Falasca. To była kapitalna ekipa, każdy z chłopaków poszedłby za drugim w ogień.

Kiedy byłeś najbliżej odejścia z klubu?

Nie było takiego jednego konkretnego momentu, żebym pomyślał „ chyba odchodzę” … A nie, przepraszam! … Na samym starcie, gdy byłem już rok czy dwa w klubie, zastanawiałem się nad tym. Moi rówieśnicy z reprezentacji juniorskich już grali w swoich zespołach, a ja ciągle siedziałem na ławce albo grałem naprawdę rzadko, z reguły zresztą do pierwszego błędu na parkiecie, potem trenerzy mnie zdejmowali. Miałem wtedy w głowie myśli w stylu: „co ja tu robię”. Ale cierpliwość się opłaciła, sezon 2013/14 wynagrodził wszystko z nawiązką.

Grałeś w Bełchatowie z lepszym siatkarzem niż Mariusz Wlazły?

– Bardzo trudne pytanie. Odpowiem tak: „Szampon” na pewno jest w top 3 ludzi, z którymi występowałem w Skrze. Mariusz ma niesamowitą świadomość swojego organizmu. I wspaniale umie się motywować. W pewnym momencie miałem wrażenie, że dla niego nie ma rzeczy niemożliwych. Że jak czegoś chce, to żeby nie wiem jak wielkie przeszkody miał na drodze, zrealizuje cel. To było widać chociażby w końcówkach najważniejszych meczów. Dostawał najistotniejsze piłki i był bezbłędny. Pamiętam trzeci finał z sezonu 2013/14. Gramy u siebie, prowadzimy z Asseco Resovią 2:0 w meczach i 2:0 w setach, ale w trzeciej partii mamy 4-5 punktów straty. Mariusz wchodzi na zagrywkę i zaczyna swój show. Wchodzi mu absolutnie wszystko, biedny Krzysiek Ignaczak rozkładał wtedy ręce i powtarzał tylko, że „to jest kurwa niemożliwe” (śmiech). Niesamowity był też Antiga. Technik, który pokazywał, że nie trzeba skakać metr do góry, aby być dobrym siatkarzem. Obrona, przyjęcie, atak – wszystko to robił na top poziomie, mimo że na tym etapie kariery miewał już problemy ze zdrowiem. Imponował mi również Conte. Wystarczyło go zostawić na bloku 1×1 i działy się cuda. Człowiek patrząc na jego grę miał wrażenie, że Facundo blokował atak rywala zanim ten zdołał go w ogóle wykonać (śmiech). Powiększyłbym jeszcze to zestawienie o Falascę. Na boisku jako rozgrywający był prawdziwym dyrygentem, a potem okazał się zajebistym trenerem. Do dziś nie mogę odżałować, że zmarł przedwcześnie. Mógłby zostać jednym z najlepszych szkoleniowców na świecie.

Co czyniło go tak wyjątkową postacią?

 – Analizował mecze non stop: podczas gry, wspólnych posiłków czy jazdy autokarem. Siatkówka była dla niego niesamowicie ważna, poświęcał jej każdą chwilę. Potrafił też rozmawiać z zawodnikami, dotrzeć do nas. Jak powiedział coś tym swoim tubalnym głosem, od razu skupiał na sobie uwagę otoczenia. Kiedy dowiedziałem się o jego śmierci, akurat byłem na Lidze Narodów we Włoszech. Ktoś podszedł do stołu przy którym jedliśmy posiłek i powiedział, że „Falasca nie żyje”. Pierwsze, co pomyślałem, to, że może chodzi o jego brata. Po chwili wyjaśniło się, że to Miguel i byłem w szoku. Przed śmiercią Falasca trenował kobiecy zespół spod Mediolanu. My byliśmy z kadrą akurat w tym mieście. Vital Heynen, któremu do dziś za to jestem wdzięczny, pozwolił mi zostać w Italii trzy czy cztery dni po to, żeby go pożegnać.

Twoim obecnym trenerem w Skrze jest Michał Mieszko Gogol. Młody facet, 35 latek. W dodatku bez większych sukcesów na parkiecie. Jak ktoś taki podporządkowuje sobie szatnie?

– Udało mu się to, bo to człowiek, który jest w siatkówce od lat. Był chociażby statystykiem w Asseco Resovii. Odkąd pamiętam, strasznie dobrze czuł grę. Miał świetne pomysły, które wdrażał z powodzeniem w życie. Pomogło mu też to, że jego ojciec, Zdzisław, jest od wielu lat trenerem młodzieży, który odnosi sukcesu. Mieszko od małego był więc blisko naszego sportu. To jest w ogóle bardzo bystry człowiek. Przed całą historią z koronawirusem przyszedł do nas w październiku lub listopadzie i powiedział, że jego żona i dzieci chorują. Był w szpitalu w Bełchatowie, widział, że pęka w szwach i uznał, że w mieście jest jakiś problem z grypą. Żebyśmy jej nie złapali, kazał nam wszystkim non stop dezynfekować ręce, a sami z trenerami przed każdymi zajęciami czyścili po 40-50 piłek. Teraz takie zachowania to standard, ale parę miesięcy temu nikt tak przecież nie robił. Ta historia pokazuje, jak ważne są dla Mieszka detale.

Na koniec spytam jeszcze, czy nie żałujesz, że zacząłeś trenować siatkówkę tak późno, mając 15 lat?

 – Czasem myślę, że gdybym rozpoczął ćwiczenia wcześniej, to może grałbym na pozycji od której więcej zależy. Środkowy bloku to dosyć niewdzięczna rola. Połowę meczu siedzisz na ławce, nie zawsze jesteś więc w centrum wydarzeń, inaczej niż taki przyjmujący. No ale nic już na to nie poradzę. Z drugiej strony, miałem trochę więcej dzieciństwa, swobody, nie byłem tak bardzo uwiązany treningami, nie zawalałem przez nie szkoły w podstawówce i gimnazjum – to zaczęło się dopiero w liceum (śmiech). Czasem zastanawiam się też, jakby wyglądało moje życie, gdybym grał w piłkę nożną. Jako dzieciak ganiałem za nią bardzo dużo po podwórku. Miałem koszulkę Legii, taką z bazaru, z nazwiskiem “Śrutwa” na plecach i dużym napisem “Daewoo” z przodu. Potem próbowałem bronić, ale bez wielkich efektów. Poszedłem do klubu sportowego na Ursynowie, ale przygoda skończyła się bardzo szybko, po kilku treningach. Mieszkałem wtedy w Powsinie, dla młodego chłopaka to było za daleko, żeby regularnie dojeżdżać. Skupiłem się więc na siatkówce, życie pokazało, że to był dobry wybór.

*cały wywiad Kamila Gapińskiego w serwisie kierunektokio.pl

źródło: kierunektokio.pl

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, PlusLiga

Tagi przypisane do artykułu:
, ,

Więcej artykułów z dnia :
2020-04-24

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved