Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > siatkówka światowa > Justin Duff o sytuacji kanadyjskich siatkarzy za granicą

Justin Duff o sytuacji kanadyjskich siatkarzy za granicą

fot. Mateusz Siwiec

Limity, obcość, oddalenie od „normalnej” rzeczywistości – tego na co dzień doświadczają siatkarze z Kanady, którzy decydują się na grę w Europie. Jak wygląda droga zawodnika zza oceanu do największych światowych klubów? Tym w specjalnym felietonie dla Strefy Siatkówki podzielił się były zawodnik Transferu Bydgoszcz, a obecnie gracz drużyny z Lizbony, Justin Duff.

Standardowym wiekiem, w którym młodzież zaczyna swoją przygodę z siatkówką, jest przedział 14-16 lat. Rzecz jasna zdarzają się wyjątki, jednak kanadyjscy gracze zazwyczaj zaznajamiają się z tym sportem zdecydowanie później niż ci z europejskiego lądu. Jeśli jakiś siatkarz jest obdarzony talentem, to ze sporym prawdopodobieństwem zostanie powołany na letni obóz-program w jego regionie (15-16 lat), by następnie wstąpić w szeregi narodowej drużyny juniorów (17-20 lat). Zawodnicy mogą także liczyć na powołanie do zespołu uniwersyteckiego, gdzie wszystko funkcjonuje w systemie podobnym do tego amerykańskiego.



Po 3-5 latach gry w barwach uczelni siatkarz ma nadzieję znaleźć się w krajowym centrum szkoleniowym, gdzie „na pełny etat” zajmować się będzie wyłącznie siatkówką. Zazwyczaj spędza się tam około ośmiu miesięcy, podczas których nie robi się nic innego, jak doskonali swoje umiejętności. Finałem tego cyklu ma być pomoc zawodnikowi w znalezieniu sobie miejsca w europejskim klubie.

W Kanadzie nie ma czegoś takiego jak „profesjonalna liga piłki siatkowej”, ponieważ jej stworzenie wiązałoby się z koniecznością zwiększenia popularności dyscypliny, która nie jest wiodącą. To z kolei musiałoby się przełożyć na zastrzyk finansowy, dzięki któremu możliwe by było opłacenie chociażby podróży zawodników z jednego końca naszego wielkiego kraju na drugi. Zdaję sobie sprawę z tego, że w stosunku do mapy Europy Polska wydaje się sporym terytorium i sam doświadczyłem jedenastogodzinnych podróży z Bydgoszczy do Kędzierzyna-Koźla, jednak to nic w porównaniu z ponad 75-godzinnym wyjazdem z Vancouver do Gander. Oczywiście, nie za każdym razem wojaże były tak odległe i owszem, w Kanadzie mamy samoloty, lecz koszty takich rozwiązań byłby naprawdę wysokie, szczególnie że nawet w przypadku wyruszenia z Vancouver do Toronto potrzeba pięciu godzin na podróż.

Na międzynarodowym polu w ostatnich latach siatkówka w Kraju Klonowego Liścia poczyniła bardzo duże postępy, czego najlepszym dowodem są ważne zwycięstwa oraz dochodzenie do finałowych etapów zmagań na poszczególnych imprezach, co wielu graczom pozwoliło na podpisanie kontraktu z najlepszymi klubami na świecie. Z roku na rok widzi się w topowych ligach coraz większy odsetek siatkarzy takich jak Gavin Schmitt czy Gordon Perrin, którzy występują w istotnych spotkaniach i dzięki swoim wyjątkowym zdolnościom są w stanie zapracować na wygodne życie. W tym artykule chciałbym się jednak skupić na tych „innych” zawodnikach, którzy nie mieli tyle szczęścia, nie występowali w drużynie narodowej, raz czy dwa razy wybrali złych agentów albo są po prostu środkowymi bloku!

Wykładając to prosto – większość krajów w Europie ma własną siatkarską ligę, a także nałożony limit zawodników spoza granicy kontynentu, którzy mogą w niej występować. Liczba ta oscyluje od jednego, dwóch siatkarzy w klubie aż po czterech, co nie zmienia faktu, że nawet w tej najbardziej liberalnej z możliwości wprowadzono dodatkowe obostrzenia, czyli to ilu zawodników innej narodowości niż macierzysta zespołu może w jednym czasie walczyć na boisku. Poza tym występuje coś takiego jak „taksa transferowa”, która musi być opłacona federacjom siatkarzy zagranicznych, a także dodatkowa, obejmująca zawodników spoza terenów Unii Europejskiej. Co to w praktyce oznacza dla kanadyjskiego siatkarza? Że o ile nie posiada on wyjątkowych umiejętności, które rekompensują finansowe koszty, to nie ma konieczności zatrudniania go na miejsce tańszego „w utrzymaniu” gracza z kraju, z którego pochodzi klub.

Tyler James Sanders jest doskonałym przykładem wszelkich prób i metaforycznych turbulencji, których może doświadczyć gracz z Kraju Klonowego Liścia. Mogę zdradzić, że kilka miesięcy temu siedział w domu swoich rodziców w London Ontario i nie mógł znaleźć pracy! W swojej karierze występował w kilku europejskich ligach, włączając w to szwajcarską czy holenderską, od trzech lat jest jednym z dwóch najlepszych rozgrywających reprezentacji Kanady, grał w mistrzostwach świata, w Pucharze Świata, w Lidze Światowej, ale mimo to nie potrafił znaleźć klubu, który by go zakontraktował. Ta sytuacja jest dla mnie absurdem, bowiem świetnie zdaję sobie sprawę z tego, jak bardzo utalentowanym jest siatkarzem, jak ciężko potrafi pracować, a jednak nawet to nie jest główną walutą przetargową w jego umowie z jakimkolwiek zespołem. To nie powinno tak wyglądać. Na całe szczęście kanadyjski szkoleniowiec Stelio DeRocco od razu pomyślał o nim, kiedy w styczniu przyjechał do Polski, by wstąpić w szeregi klubu z Będzina. Widzę, że rozgrywający pod jego okiem poczynił niezwykłe postępy. Team wygrywa, ludzie są zadowoleni i zaczynają mówić o nim w samych pozytywach, a on ma szanse na to, żeby prezentować swoje umiejętności w jednej z najlepszych lig na świecie. Jestem niezwykle dumny z tego, co pokazuje, całkowicie wykorzystując swoją długo oczekiwaną szansę.

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, siatkówka światowa

Tagi przypisane do artykułu:
,

Więcej artykułów z dnia :
2016-04-11

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2019 Strefa Siatkówki All rights reserved