Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > PlusLiga > Jakub Jarosz: Gra o mistrzostwo Polski jest dla nas już nierealna

Jakub Jarosz: Gra o mistrzostwo Polski jest dla nas już nierealna

fot. Mateusz Siwiec

Piątkowy wieczór był szczęśliwy dla siatkarzy Piotra Makowskiego, bowiem wygraną z MKS-em Będzin podtrzymali dobre nastroje po zwycięstwie nad akademikami z Warszawy w zeszłą środę. Świetny mecz na swoim koncie zapisał Jakub Jarosz, nagrodzony statuetką MVP spotkania. – Pierwsze dwa sety wygraliśmy, bo po prostu prezentowaliśmy się lepiej i pokazaliśmy solidność, która dotychczas objawiała się w naszych szeregach nieczęsto – ocenił atakujący Łuczniczki Bydgoszcz. – My przekonanie o własnej wartości dopiero łapiemy – dodał atakujący.

Pierwszą część rozgrywek zamykacie z bilansem pięciu zwycięstw oraz ośmiu porażek i zapewne nie jest to wymarzony start w sezon. Świadomość tego, że zmagania nie układają się po waszej myśli, bardziej deprymuje, czy jednak mobilizuje, żeby pokazać, że jeszcze stać was na wiele?



Jakub Jarosz: – Na pewno było ciężko, przynajmniej do przerwy spowodowanej rozgrywkami kadrowymi, ale chwila odpoczynku zaowocowała sporą dawką spokoju i czasu na powrót do zdrowia, bowiem wcześniej nękały nas dziwne, niepotrzebne i pechowe kontuzje. Takiemu zespołowi jak nasz, gdzie nie ma siedemnastu czy osiemnastu zawodników, tak jak w innych zespołach, trudno jest poradzić sobie, kiedy ze składu wypada kilka podstawowych ogniw. Tyle punktów, ile mogliśmy zdobyć na początku, zapisaliśmy na naszym koncie, a teraz będziemy walczyć o to, by grać jak najlepiej w drugiej rundzie, ponieważ to poskutkuje wypracowaniem pozytywniejszych rezultatów.

Czyli określiłby pan problemy zdrowotne jako główną przyczynę słabszej postawy Łuczniczki w pierwszej części sezonu?

– Był to stosunkowo istotny powód, ponieważ nie potrafiliśmy przez niego złapać swojego docelowego rytmu. De facto od początku przygotowań na treningu zawsze kogoś brakowało, wypadał jeden, drugi zawodnik i nigdy nie byliśmy wszyscy wspólnie, by razem poćwiczyć.

To co teraz zrobicie? Postawicie grubą kreskę pomiędzy dwoma częściami sezonu i zapomnicie o nieudanym starcie, czy też podejdziecie do drugiego etapu zmagań bardziej z przeświadczeniem o własnej ewolucji – ciągle będziecie tą samą drużyną, która popełniała błędy, ale dzięki treningowi nauczyła się czerpać z porażek i wygrywać?

– Myślę, że jednak postawimy tę kreskę, ponieważ powinniśmy zapomnieć o złym starcie i myśleć wyłącznie patrząc w przyszłość. Wspominanie tego, jak nam nie szło, nie wniesie żadnego pozytywnego oddźwięku w drużynę. Zaczynamy budować nową jakość i mam nadzieję, że z każdym kolejnym pojedynkiem będzie nam to szło lepiej. Już w tej chwili prezentujemy poprawniejszą siatkówkę, ponieważ wygraliśmy dwa pojedynki z rzędu i bardzo bym chciał, żeby ta seria była podtrzymana jak najdłużej.

Jak ta zła seria zweryfikowała pana plany odnośnie do pozycji zespołu?

– Myślę, że wszyscy członkowie zespołu zdają sobie sprawę z tego, że gra o mistrzostwo Polski jest dla nas w tej chwili nierealna. Wydaje mi się, że podstawowym celem Łuczniczki w tej chwili nie jest myślenie o jakiejś konkretnej lokacie, tylko dążenie do tego, żeby zapisać na koncie drużyny jak najwięcej punktów. Chcemy ponownie dawać radość naszym kibicom, ponieważ pragniemy, żeby nadal w nas wierzyli. To dla nich tak naprawdę gramy.

Mecz z MKS-em był tak naprawdę spotkaniem na podtrzymanie dobrego wrażenia, bowiem na pewno w lepszych nastrojach weszliście na parkiet po wygranej z akademikami z Warszawy. Boisko ujawniło to, o czym w dyskursie medialnym mówi się od jakiegoś czasu – tygrysy pokazały dziś pazury tylko w jednej partii, nie potrafią odnaleźć swojego rytmu mimo zmiany trenera i „czarna seria” na nich oddziałuje. Chyba łatwiej było zapanować nad nimi, kiedy nie walczyły tylko z wami, ale przede wszystkim z własnymi słabościami?

– Mimo wszystko jakoś specjalnie nie chciałbym skupiać się na przeciwniku. Sosnowiecka hala jest trudnym terenem dla wielu zespołów, ponieważ jest obiektem specyficznym, a pierwsze dwa sety wygraliśmy, bo po prostu prezentowaliśmy się lepiej i pokazaliśmy solidność, która dotychczas objawiała się w naszych szeregach nieczęsto. Potem nastąpiła bardzo nerwowa końcówka trzeciej odsłony meczu, podobnie jak w pojedynku z AZS-em, a ją przegraliśmy. Wypada się tylko cieszyć, że w naszym przypadku nie sprawdza się stare siatkarskie przysłowie, odnoszące się do wygrywania 2:0, a potem przegranej 2:3.

To jest dość ciekawe, ponieważ pamiętam wasze mecze ze Skrą i jastrzębianami, gdzie mimo tego, że na papierze wynik był dość jednoznaczny, to o losie każdego z setów decydowała wyrównana końcówka grana na przewagi. Dotychczas w takich momentach przegrywaliście, co potwierdziło także trzecie rozdanie w boju z MKS-em. To potwierdza tezę o wpływie sportowego szczęścia na grę?

– Oj, sportowe szczęście zawsze jest bardzo potrzebne. Nie zmienia to faktu, że w bojach z wielkimi zespołami częściowo decyduje ono, a w innych przypadkach ogranie, doświadczenie i spokój, ponieważ końcówki setów należą do najtrudniejszych momentów. Skra czy Jastrzębski Węgiel po prostu były pewniejsze siebie, a my to przekonanie o własnej wartości dopiero łapiemy. Może nie wygraliśmy dziś ważnej końcówki, ale zapisaliśmy na swoim koncie bardzo istotne spotkanie i to się liczy w generalnym rozrachunku.

A jak się pan czuje, jeżeli chodzi o aspekty mentalne i fizyczne? Najgorsza w przypadku kontuzji jest bezradność. Jak pan sobie z nią poradził?

– Po kontuzji nie miałem za bardzo czasu, żeby zająć się treningiem czy budowaniem aspektów fizycznych, czego bardzo mi brakowało. Naprawdę czuję się bardzo dobrze, co zresztą potwierdza to, że w dwóch spotkaniach atakowałem prawie sto razy.

25 punktów w meczu z AZS-em Warszawa i MVP meczu w Sosnowcu swoje robią dla pewności siebie.

– Dokładnie tak. Staram się jak najbardziej zrekompensować mojej drużynie nieobecność na początku sezonu i oby dalej mi się to udawało. Chcę, by zwycięstwa były dalej po naszej stronie.

Następne wasze spotkanie to chyba jednak mecz przyjaźni, bowiem po drugiej stronie siatki staną Marcin Waliński i Paweł Woicki, którzy przez kilka lat tworzyli trzon zespołu z Bydgoszczy. Będzie łatwiej grać, ponieważ się znacie, czy też trudniej, bo jednak za dużo o sobie wiecie?

– Nie ma to znaczenia. Ja osobiście nie mam nigdy chęci udowadniania czegokolwiek komuś innemu z zespołu, w których grałem. Nie wiem, jak Paweł czy Marcin, ale myślę, że będzie to po prostu kolejny normalny mecz ligowy. Oni wygrali pierwsze spotkanie, my będziemy chcieli się zrewanżować.

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, PlusLiga

Tagi przypisane do artykułu:
, ,

Więcej artykułów z dnia :
2016-01-16

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2021 Strefa Siatkówki All rights reserved