Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > ligi zagraniczne > Facundo Conte: Brakuje mi gry pod presją i meczów o coś

Facundo Conte: Brakuje mi gry pod presją i meczów o coś

fot. Katarzyna Antczak

Facundo Conte jakiś czas temu ze Skry Bełchatów trafił do egzotycznej ligi chińskiej. Jego Fudan University obecnie rozgrywa najważniejsze mecze w sezonie, a wcześniej argentyński przyjmujący miał okazję zagrać w Polsce, w Klubowych Mistrzostwach Świata. – Jestem naprawdę zadowolony, że mogłem znów doświadczyć tego fanatycznego klimatu gry w Polsce, choć hala nie była aż tak pełna jak lubię… – wspomina w rozmowie z serwisem plusliga.pl  Conte.

Twoja drużyna walczy o kolejny tytuł mistrzowski. Jakie są twoje plany na dalszą część sezonu ligowego?



Facundo Conte: – Mimo że sezon w Chinach jest już na finiszu, jeszcze staram się nie myśleć o swojej przyszłości. W życiu kieruję się zasadą „carpe diem” i żyję raczej z dnia na dzień. Póki co skupiam się na grze dla Szanghaju i powrocie do formy na sezon reprezentacyjny. W tej chwili chciałbym sięgnąć po kolejne mistrzostwo Chin, a potem będę planował co dalej.

W grudniu miałeś okazję ponownie zagrać w Polsce. Jak się czułeś?

Czułem się bardzo dobrze i cieszę się, że miałem okazję tu wrócić. Wielokrotnie podkreślałem, że gra w Polsce jest niesamowitym doświadczeniem i moje zdanie cały czas jest aktualne. Atmosfera meczów w waszym kraju jest fantastyczna i głównie dla niej kilka lat temu zdecydowałem się tu przyjechać i wybrałem polski klub. Jestem naprawdę zadowolony, że mogłem znów doświadczyć tego fanatycznego klimatu gry w Polsce, choć hala nie była aż tak pełna jak lubię…

Podejrzewam jednak, że doping był mocniejszy niż podczas meczów chińskiej ligi. Jak wygląda kwestia kibiców w tym kraju?

Atmosfera podczas niektórych spotkań jest naprawdę fajna. Niestety jednak masz rację – jest wiele meczów, kiedy hale nie są zbyt zatłoczone i to jest trochę nieprzyjemne. Na szczęście na najważniejsze starcia przychodzi wielu Chińczyków i kibiców innych narodowości. Wtedy też można cieszyć się ich dopingiem, a atmosfera jest naprawdę przyjemna. Choć uwielbiam grać przy pełnych trybunach, taka liczba kibiców też przynosi mi wiele frajdy.

Podczas Klubowych Mistrzostw Świata udało ci się spędzić trochę czasu z kolegami z PGE Skry?

Niestety nie, bo kalendarz był zbyt napięty, udało nam się jednak wymienić parę zdań. Nareszcie miałem okazję z kimś porozmawiać, bo w Chinach nie jest to takie łatwe! (śmiech) Cieszę się, że po takim czasie mogłem zobaczyć swoich kolegów. Jestem bardzo szczęśliwy zawsze, gdy mogę spotkać się z ludźmi, z którymi grałem – nie tylko ze Skry, ale też z innych drużyn.

Mógłbyś wrócić do Bełchatowa, czy to już zamknięty rozdział?

Myślę, że nasza historia skończyła się dwa sezony temu i ten rozdział jest zamknięty.

A w ogóle planujesz jeszcze wrócić do Polski? 

Jeszcze nie myślałem o swojej przyszłości. Polska zostanie w moim sercu na zawsze, ale póki co ciężko mi powiedzieć, co będzie dalej. Oczywiście, że chciałbym jeszcze kiedyś zagrać w PlusLidze.

W zeszłym sezonie pojawiły się plotki, że miałeś dołączyć do ZAKSY w miejsce kontuzjowanego wtedy Kevina Tillie. Czy to prawda, że były takie plany?

W pewnym momencie rzeczywiście taki temat się toczył i istniały jakieś małe szanse na moją grę w Kędzierzynie. Niestety ktoś tak ułożył zasady, że taka opcja nie była możliwa. Niemniej wtedy bardzo chciałem zagrać w fazie play-off PlusLigi, więc tym bardziej szkoda, że się to nie udało.

Stoisz przed szansą zdobycia kolejnego mistrzostwa Chin, a twoja forma powoli zaczyna przybierać odpowiedni poziom. Jednak jeszcze w grudniu grałeś zdecydowanie poniżej swoich możliwości. To kwestia zasiedzenia w słabszej lidze czy racjonalnego dawkowania sił?

Zgadzam się, że na Klubowych Mistrzostwach Świata grałem poniżej swoich możliwości, ale wszystko dlatego, że w tym sezonie wracam do gry po naprawdę długiej przerwie. Przed sezonem miałem siedem miesięcy wolnego – to prawie jak ciąża, tylko z tą różnicą, że mój brzuch nie był aż tak wielki. (śmiech) Cieszę się jednak, że udało mi się wygospodarować tych kilka miesięcy na odpoczynek, a moje ciało mogło się zregenerować. Dziesięć ostatnich lat było naprawdę szalonych, a ja starałem się wszędzie dawać z siebie maksimum. Teraz stopniowo moja gra się poprawia, a forma wraca. Jestem zadowolony, że gram w Chinach, bo nie ma tu aż takiej konkurencji. Polska liga i inne ligi są silne i bardzo wymagające fizycznie. W Chinach mam możliwość powolnego powrotu do formy i kontrolowania tego, co się dzieje z moim ciałem, tak by mogło mi służyć nie tylko dziś, ale także przez następne lata.

Jak po dwóch latach oceniasz swoje umiejętności języka chińskiego?

– Absolutne zero! Maksymalnie pierwszy poziom, bo znam słówka jak „hao”, czyli „cześć” czy „szi szie”, czyli „dziękuję”. Więcej nie umiem nic. No może jeszcze „cza jo”, czyli odpowiednik angielskiego „come on”, którego używam podczas gry. Chiński jest naprawdę bardzo trudny do nauczenia i zachowania poprawnej wymowy, dlatego moja jedyna interakcja z Chińczykami to przyjazny uśmiech.

Umiesz napisać po chińsku swoje imię i nazwisko? 

 Niezupełnie… Uwierz mi, że naprawdę nie zrobiłem aż takich postępów jak w polskim. (śmiech)

Nurtuje mnie jedno dziwne pytanie… Jak rozpoznajesz swoich kolegów z drużyny?

– (śmiech) To nie było takie łatwe, ale po dłuższym czasie przebywania z nimi zaczynasz widzieć różnice. To jest dokładnie tak jak z bliźniakami – przy pierwszym spotkaniu wydają się identyczni, ale potem zaczynasz dostrzegać detale. Widzisz różnice w twarzy i zaczynasz odróżniać ich między sobą.

A jak w takim razie radzisz sobie z ich imionami?

– Każdy w Chinach ma niejako dwa imiona: chińskie i angielskie. Chińczycy wybierają sobie imię takie, jakie chcą i na przykład jeśli mój kolega nazywa się „Chen Zhang”, to jego angielskie imię to „Jack”. To jest naprawdę w porządku, zwłaszcza dla nas obcokrajowców, bo nie bylibyśmy w stanie tego wszystkiego spamiętać. Dwa imiona mają wszyscy w Chinach – to nie jest wymysł tylko naszego klubu.

A ty nabyłeś swoje własne, chińskie imię?

 Nie, na mnie mówią tylko „Facu” ewentualnie „Conti”, co brzmi raczej „Konczi” albo jakoś tak. Często też w ogóle nie zwracają się do mnie personalnie, tylko po prostu mnie nawołują, a ja zgaduję, że chodzi im o mnie. (śmiech) To bardzo miłe, często zabawne i na pewno jest to moją prywatną, ogromną przygodą. Nie chodzi tu już nawet o siatkówkę, ale przede wszystkim o doświadczenia czegoś nowego, co naprawdę warto przeżyć.

Jaka była twoja pierwsza myśl po wylądowaniu w Szanghaju? 

– Nie mogłem uwierzyć, że w tym mieście będę teraz żył. Każdy dzień był dla mnie przygodą. Znalazłem się w zupełnie innym miejscu na mapie, a moja rodzinna Argentyna była literalnie na drugim końcu świata! Nawet jeśli podróżowałem wcześniej po całym globie, życie w takim kraju było naprawdę ekscytujące.

Chiny są bardzo egzotycznym państwem. Co zszokowało cię w nim najbardziej?

– Wszystko – każdy element życia w tym kraju był dla mnie sporym wyzwaniem. Chciałem nowych bodźców i pewnej odmiany, ale dostałem nawet więcej, niż się spodziewałem. Jedzenie, język, zwyczaje – wszystko było inne, co naprawdę mi się podobało, nawet jeśli często trudno było się do tego przyzwyczaić. Niejednokrotnie musiałem zatem opuścić moją strefę komfortu.

Domyślam się, że zmusiła cię do tego także chińska kuchnia. Próbowałeś jakichś lokalnych specjałów?

– Azjatycka kuchnia opiera się przede wszystkim na owocach morza, rybach, a nawet żółwiach. Myślę, że jest nawet smaczna i staram się z jednej strony nie wybrzydzać, ale z drugiej nie przesadzać z objadaniem się. Najtrudniejsze były te momenty, w których graliśmy na wyjeździe, w nieznanych nam miastach i tam trzeba było naprawdę uważać. Niektóre potrawy były specyficzne i mój żołądek czasem nie był z nich zbytnio zadowolony. Znalazłem jednak sposób na kuchnię chińską, by moje spotkanie z nią nie było aż tak straszne – po prostu zdecydowałem się możliwie najczęściej gotować sobie samemu w domu i kontrolować to, co jadłem.

Masz chwile, w których tęsknisz za emocjami gry o najwyższe cele, jak chociażby medal Ligi Mistrzów?

– Oczywiście, że tak! Uwielbiam grać o najwyższe cele, a w Chinach jedyne emocje pojawiają się przy okazji finałów, które właśnie rozgrywamy. Także tak, bardzo brakuje mi gry pod presją i meczów o coś.

Rozmawiała: Anna Daniluk

źródło: plusliga.pl

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, ligi zagraniczne

Tagi przypisane do artykułu:
, , ,

Więcej artykułów z dnia :
2018-03-24

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved