Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > PlusLiga > Effector po sezonie: Kielczanie przegrali z kontuzjami

Effector po sezonie: Kielczanie przegrali z kontuzjami

fot. Klaudia Piwowarczyk

Kielecki Effector nigdy nie należał do plusligowych krezusów, ale zawsze ambitnie walczył o jak najlepszy wynik. W zakończonym sezonie spisał się jednak poniżej oczekiwań, a cieniem na jego wynikach położyły się kontuzje, które nękały jego kluczowych zawodników przez większą część sezonu. W dużej mierze to właśnie one sprawiły, że podopieczni Dariusza Daszkiewicza do końca musieli walczyć o pięć zwycięstw w fazie zasadniczej. Dla nich najważniejsze, że batalia ta zakończyła się sukcesem.

Od kilku sezonów rok po roku Effector Kielce przechodzi rewolucję kadrową. Nie inaczej było przed zakończonymi rozgrywkami, przed którymi w ekipie prowadzonej przez Dariusza Daszkiewicza zaszło sporo zmian. Dla jej włodarzy najważniejsze jednak było, że udało się w niej zatrzymać Sławomira Jungiewicza, Adriana Buchowskiego, a przede wszystkim Mateusza Bieńka, czyli trio stanowiące o sile świętokrzyskiej drużyny w poprzednim sezonie. Wsparciem dla niego miało być pozyskanie przez Effectora utalentowanych – Michała Kędzierskiego i Damiana Sobczaka oraz bardziej doświadczonych – Krzysztofa Wierzbowskiego i Grzegorza Szymańskiego, choć z góry było wiadomo, że drugi z nich przez pewną część sezonu będzie dochodził do siebie po kontuzji. Rzeczywistość jednak pokazała, że popularny „Gelu” nie znalazł odpowiedniej formy, przez co w połowie sezonu pożegnał się z Effectorem, podobnie jak Wierzbowski, który przeniósł się do Politechniki Warszawskiej. W wariancie awaryjnym do Kielc został więc ściągnięty Sławomir Stolc, który w znaczącym stopniu przyczynił się do tego, że kielecki klub nie został czerwoną latarnią rozgrywek, bo w gruncie rzeczy niewiele brakowało, by tak się stało.



W Kielcach nie porywano się z motyką na słońce, drużynie nie stawiano wygórowanych celów do spełnienia. Miała ona koncentrować się na każdym kolejnym meczu, a po cichu marzono o poprawieniu lokaty z wcześniejszego sezonu, w którym uplasowała się na dwunastej pozycji. Na początku rozgrywek cierpliwość kibiców świętokrzyskiego zespołu została wystawiona na dużą próbę. Podopieczni trenera Daszkiewicza grali ładnie dla oka, próbowali dotrzymywać kroku ekipom z ligowej czołówki, ale nie przekładało się to na punktowe zdobycze do ligowej tabeli. Dopiero w szóstej kolejce na ich konto powędrował pierwszy punkt urwany AZS-owi Politechnice Warszawskiej. Na pierwszą wygraną kielczanie musieli czekać do ósmej serii gier, w której pokonali olsztyńskich akademików. Później pojawiły się jeszcze wygrane z MKS-em Będzin i BBTS-em Bielsko-Biała.

Wówczas wydawało się, że Effector łapie wiatr w żagle, ale pod koniec pierwszej części sezonu zasadniczego zaczęły się jego kłopoty zdrowotne, które trwały praktycznie do końca sezonu i w dużej mierze przełożyły się na ostateczny jego wynik. – Na palcach jednej ręki mogliśmy policzyć mecze, w których zagraliśmy w pełnym składzie, co odbijało się na jakości treningu. Przez trzy, cztery miesiące nie mogliśmy normalnie trenować. Siatkówka jest taką grą, w której potrzeba dużo czasu na zgranie. W momencie kiedy zaczęliśmy grać całkiem fajnie i wygrywać mecze, zaczęły przytrafiać nam się kłopoty zdrowotne, na dodatek dotykające naszych kluczowych zawodników. Na początku ze składu wypadł nam Adrian Buchowski, a następnie Mateusz Bieniek i Sławomir Jungiewicz. Ci trzej zawodnicy zdobywali największą liczbę punktów, więc ich nieobecność odbiła się na grze i wynikach osiąganych przez drużynę – ocenił Dariusz Daszkiewicz. – Dodatkowo był olbrzymi problem ze zrobieniem normalnego siatkarskiego treningu, bo trudno wymagać od zawodników pełnego zaangażowania i maksymalnego skupienia, kiedy po drugiej stronie siatki stało czterech juniorów. W każdym elemencie różnica potencjału pomiędzy pierwszą a drugą szóstką była ogromna, a wiadomo, że to, co prezentuje się na boisku w trakcie meczu, wynika z tego, co zrobiło się na treningu – dodał szkoleniowiec świętokrzyskiego teamu.

Kielczanom nie można odmówić waleczności i determinacji, a o tym, że drzemał w nich spory potencjał, świadczy chociażby wygrana z Cuprum Lubin i urwanie punktu bełchatowskiej Skrze. Jednak pojedyncze jaskółki wiosny nie uczyniły, a kłopoty zdrowotne i brak odpowiedniej jakości na treningach spowodowały, że Effector do końca rundy zasadniczej musiał walczyć o pięć zwycięstw, czyli spełnienie warunku stawianego przez PLPS, by pozostać w PlusLidze. Rzutem na taśmę w ostatniej kolejce rundy zasadniczej podopieczni trenera Daszkiewicza osiągnęli ten cel. Potem jeszcze wykazali wyższość nad MKS-em Będzin w starciu o trzynastą lokatę, ale nikt z nich nie ukrywał rozczarowania na koniec sezonu. Wszyscy otwarcie deklarowali, że liczyli na więcej. Do osiągnięcia lepszego wyniku zabrakło wielu elementów – trochę szczęścia, dokładniejszego rozegrania, stabilniejszego przyjęcia oraz większej siły ognia w ataku, co było widoczne głównie przy nieobecności w składzie Jungiewicza i Bieńka. No ale tak krawiec kraje, jak mu materii staje. Świętokrzyski klub nie mógł sobie pozwolić na zakontraktowanie czternastu równorzędnych zawodników, co potem przełożyło się na konieczność przestawiania zawodników na poszczególnych pozycjach. To już jednak historia, a jaka przyszłość czeka Effectora? Na pewno jego działacze będą mieli twardy orzech do zgryzienia, bo będą musieli załatać dziurę po odejściu Jungiewicza i Bieńka, czyli dwóch podstawowych armat kieleckiej ekipy. Czas pokaże, czy ta sztuka im się uda i jakim składem Effector będzie mógł pochwalić się w następnych rozgrywkach.

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, PlusLiga

Tagi przypisane do artykułu:
,

Więcej artykułów z dnia :
2016-05-03

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved