Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > europejskie puchary > Czy Zenit ma patent na polskie zespoły?

Czy Zenit ma patent na polskie zespoły?

fot. CEV

W czwartek podopieczni Władimira Alekny odrobili straty z pierwszego pojedynku o Final Four Ligi Mistrzów, pokonując Skrę Bełchatów 3:0 (w pierwszym meczu na własnym parkiecie przegrali w tie-breaku).  Nie można zapomnieć, że tym samym zwyciężyli kolejnego reprezentanta PlusLigi, bowiem wcześniej mierzyli się z Lotosem Treflem Gdańsk. Rzecz jasna na tym nie koniec ich polskiej przygody – w pierwszym meczu finału rozgrywek zmierzą się z gospodarzami turnieju, czyli Asseco Resovią Rzeszów. Czy mistrzowie kraju powinni drżeć, bo Rosjanie mają patent na drużyny znad Wisły i Odry?

Odrobiliśmy pracę domową z zeszłego tygodnia. Całkowicie zmieniliśmy taktykę i przeanalizowaliśmy dokładnie grę Skry. Jak widać to się opłaciło. Rywale rozpoczęli spotkanie z dużym ryzykiem, ale tym razem nie udało się im wygrać. Byliśmy po prostu lepszym zespołem – skomentował czwartkowe spotkanie z bełchatowianami trener Zenitu Kazań, Władimir Alekno. Grający z nożem na gardle i pod presją polskiej publiczności Rosjanie z dużą dozą łatwości poradzili sobie z zespołem prowadzonym przez Miguela Falaskę, wyrównując rachunki i wygrywając w trzech partiach. Co było główną przyczyną ich sukcesu? Statyki wskazują, że o wiele pewniejsza prezencja przede wszystkim w ofensywie, w której przeciwstawili 63-procentową skuteczność zaledwie 47-procentowej po stronie gospodarzy. Warto dodać, że niebagatelną rolę w tym pojedynku odegrał blok, bowiem w tym elemencie aż dziesięciokrotnie zatrzymali siatkarzy miejscowej drużyny (dla porównania siatkarzom Skry udało się to zrobić dwa razy – raz dokonał tego Srećko Lisinac, a później Facundo Conte). Ciężar odpowiedzialności za wynik rosyjska drużyna rozłożyła równomiernie na trzech zawodników – Wilfredo Leona (15 punktów w boju), Maksima Michajłowa (tyle samo oczek) oraz Matthew Andersona (o dwa mniej). Jak przyznał sam argentyński przyjmujący polskiego teamu, w szeregach brązowych medalistów ubiegłego sezonu PlusLigi brakowało przede wszystkim atakującego, który byłby w stanie rozstrzygać o losach poszczególnych setów. Mariusz Wlazły zapisał na koncie swojej ekipy 4 punkty (33 procent efektywności) , a Marcel Gromadowski… 1 („skończył” zaledwie jedno zagranie na pięć otrzymanych szans). Mianem lidera Skry można za to było tytułować właśnie Conte (14 oczek), jednak nawet w parze z Lisinacem (w tym przypadku na myśl przychodzi taktyka Effectora w wykorzystaniu Mateusza Bieńka) było to za mało, żeby równorzędnie walczyć z finansowym potentatem.



Więc co zadecydowało o wygranej zespołu trenera Falaski w pierwszej odsłonie rywalizacji tej pary?  Stare siatkarskie przysłowie mówi, że wszystko zaczyna się od przyjęcia i tak też było 16 marca w Kazaniu, kiedy to w tym elemencie Skra wygrała w stosunku 49 procent do 39. Reszta czynników składających się na obraz gry równoważyła się, więc można postawić tezę, iż swoje zrobiła także waleczność, podejście niczym z popularnej nie tak dawno piosenki („Nie mamy nic do stracenia”) czy też chęć sprawienia niespodzianki (rzecz jasna nie oznacza to, że wszystkich tych czynników brakło w czwartkowym boju). Co ciekawe, mimo tego, że w Kazaniu Aleksander Butko także stawiał w ofensywie na wcześniej wspomniane trio, to w oczy bardziej rzucała się przodująca rola Leona. Niby piłkę rozgrywający posyłał do niego aż 41 razy, z czego ten skończył 25 uderzeń, co przy zestawieniu z akcjami Andersona (37 zagrań w wykonaniu Amerykanina) nie jest wielką różnicą, lecz Kubańczyk w większości brał na siebie odpowiedzialność za zagrania w kluczowych momentach setów, przez co jego pozycja na boisku rosła.

Warto przypomnieć, że Skra Bełchatów to nie pierwszy polski team, z którym rywalizowali Rosjanie. Co więc okazało się ich receptą na Lotos Trefl Gdańsk, z którym mierzyli się wcześniej? Nikogo nie zdziwi, że w pierwszym meczu tych dwóch zespołów Zenit także zwyciężył dzięki lepszej postawie w ofensywie (54 procent efektywności do 46 procent zespołu z Pomorza), blokowi (5:2 dla ówczesnych gości) oraz, wydaje się, wykorzystaniu faktu falującej wówczas dyspozycji Mateusza Miki, który już od dwóch sezonów jest gwarantem powodzenia zespołu Andrei Anastasiego. Ponadto gospodarze niemalże podali cały set na tacy rywalom, tracąc aż 19 oczek w polu serwisowym przez własne błędy, co przy odrzucającej i celnej zagrywce rosyjskiej drużyny było jak niezabranie procy przez Dawida w boju z Goliatem. O ile w pierwszej i drugiej odsłonie spotkania można było mówić o walce, o tyle w dwóch kolejnych zdecydowanie dominowali siatkarze przyjezdni, karcąc  rywali raz po raz za ich własne niedociągnięcia. I tutaj (tym razem samodzielnym) liderem był Leon (22 punkty przy 13 Andersona i 12 Michajłowa) i ta taktyka wobec niestabilności ataku miejscowych (de facto poza Bartoszem Gawryszewskim żaden z zawodników Trefla nie był w stanie zagrać na równym poziomie całego meczu), zdała egzamin na piątkę (Zenit stracił tylko set).

Większych problemów z pokonaniem gdańszczan podopieczni trenera Alekny nie mieli w drugim pojedynku play-off. Ponownie lepiej prezentowali się w ofensywie (48 procent do 40), na siatce (10 bloków do 1 Trefla) i liczbie błędów w ataku (tylko 3 w stosunku do 9 przyjezdnych). W tym meczu znów wykorzystali zmianę taktyki – porównywalną liczbę punktów zdobyli Leon, Anderson i Michajłow, a do grona wyróżniających się dołączył dodatkowo Aleksander Gucaluk (8 oczek).

Jaki jest więc patent Zenitu Kazań na polskie drużyny? Wydaje się, że zmienność taktyki w dwubojach robi różnicę. Mimo tego, że w obu przypadkach można mówić, że rosyjski team na parkiet wychodził w swoim najmocniejszym składem (a wiadomo, że przez finanse klubu jest on sporego kalibru), to pierwsze mecze miały to do siebie, że dało się w nich wyróżnić jedną wiodącą postać na pakiecie w osobie Wilfredo Leona. Te pojedynki kończyły się różnie. Można przypuszczać, że gdyby nie zawahanie Trefla w dwóch ostatnich partiach meczu u siebie, to scenariusz tej batalii mógłby przypominać ten z boju Skry w Kazaniu. Różnica jest jednak taka, że tam bełchatowianie walczyli do ostatniej piłki, a to widocznie zmęczyło i finalnie złamało podopiecznych trenera Alekny. Nie ulega jednak wątpliwości, że w przypadku, gdy rozgrywający stawiał na trzy, cztery rozwiązania w ofensywie w drugich spotkaniach, zawodnicy drużyny przeciwnej się gubili i przegrywali 0:3. Jaka płynie z tego lekcja dla Resovii? Nie ulega wątpliwości, że musi być gotowa na oba scenariusze. Pozostaje więc mieć tylko nadzieję, że własna publiczność, chęć rewanżu za zeszłoroczne rozgrywki, pomszczenie Skry i Trefla oraz sportowa ambicja dodająca skrzydeł do ostatniej piłki już 16 kwietnia przechylą szalę zwycięstwa na korzyść Resovii i tym razem bycie finansowym potentatem nie postawi jednego zespołu na drugim.

źródło: inf. własna

nadesłał:

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved