Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > PlusLiga > BBTS po sezonie: Kompania braci bez spadochronu?

BBTS po sezonie: Kompania braci bez spadochronu?

fot. Klaudia Piwowarczyk

Mierzmy siły na zamiary – taka dewiza powinna przyświecać klubom z mniejszym budżetem, które podchodzą do boju z ligowymi potentatami. W przypadku BBTS-u Bielsko-Biała transfery takich znanych nazwisk, jak Daniel Lewis czy Marcin Wika rozbudziły jednak apetyty na wiele i, jak się później okazało, po sezonie kibice mogli czuć się głodni. Mimo tego, że zespół awansował w stosunku do poprzednich sezonów, to w fazie play-off nie utrzymał 11. lokaty, w walce z AZS-em Częstochowa spadając oczko niżej.

Powiew nowości

W międzysezonowej przerwie z zespołem z Bielska-Białej pożegnał się sztab szkoleniowy – Piotr Gruszka zajął się doskonaleniem swoich umiejętności pod okiem innych trenerów, a Mateusz Mielnik został asystentem Michała Bąkiewicza w częstochowskim klubie. Kierunek na Jasną Górę obrali również Łukasz Polański oraz Bartosz Buniak, Wojciech Ferens przeszedł do Łuczniczki Bydgoszcz (gdzie stosunkowo szybko kontuzja wyeliminowała go z gry), Przemysław Czauderna przeniósł się do Danii, Jose Luis Gonzalez spakował się i wrócił do Argentyny (Obras Sanitarias de San Juan), a Michał Błoński i Michał Dębiec odnaleźli swoje miejsce w I lidze. Najciekawiej zapowiadała się natomiast podróż Bartosza Bućko, który trafił do finalnego zdobywcy Pucharu Challenge, Calzedonii Werona.

Szybko zaczęto szukać następców tych, którzy odeszli. Do Kamila Kwasowskiego, Grzegorza Pilarza, Sergieja Kapelusa, Bartłomieja Neroja i Wojciecha Sieka chciano dopasować siatkarzy, którzy pod wodzą nowej pary szkoleniowej – Krzysztofa i Andrzeja Stelmachów – stworzą kolektyw, który odniesie sukces. Jako jedni z pierwszych do BBTS-u dołączyli Krzysztof Modzelewski i Bartłomiej Krulicki. Wkrótce pojawili się także atakujący – Paweł Gryc i Bartosz Janeczek. Pozycję libero wzmocnił natomiast Łukasz Koziura. Trzy najgłośniejsze nazwiska bielskiego okienka transferowego to niewątpliwie Mateusz Sacharewicz, Marcin Wika oraz Daniel Lewis, którzy mieli tchnąć w zespół nową energię i zapewnić mu walkę o najlepszą dziesiątkę PlusLigi.

Początkowo zespół radził sobie średnio – po dobrym pojedynku otwarcia z Treflem przegrał z ówczesnymi mistrzami Polski, by później w pięciu setach odnieść pierwsze zwycięstwo z Jastrzębskim Węglem. Na drugie musieli czekać aż do 6. kolejki, gdzie po porażkach z ZAKSĄ i bydgoszczanami mierzyli się z Cuprum Lubin, które zaskakująco ograli w czterech partiach. Trzy kolejne porażki także nie pokazały prawdziwego charakteru drużyny – raz jej członkowie grali słabo (tak jak w przypadku boju z wilkami Jakuba Bednaruka), by chwilę później zaimponować na własnym parkiecie w starciu z Czarnymi Radom. Po kolejnej przegranej batalii z AZS-em Olsztyn przyszedł więc czas na rachunek sumienia.

Lepsze jest wrogiem dobrego?

W tym czasie dość osobliwy głos na konferencjach prasowych zaczął zabierać trener bielszczan. Po meczu u siebie z MKS-em Będzin, w którym mimo prowadzenia 2:0 w setach zespół z Podbeskidzia finalnie wygrał dopiero w tie-breaku, Krzysztof Stelmach przyznał, że czasem nie wie, skąd w jego zespole takie, a nie inne zachowania. – Nie jestem zadowolony z dwóch punktów, bo zdecydowanie powinniśmy zamknąć ten mecz w trzecim lub w czwartym secie. Dziwne zagrania, których nie trenujemy, na pewno dają mi do myślenia. Zwycięstwo jest zwycięstwem, ale czeka nas dużo pracy – zapewnił szkoleniowiec. To nie miejsce na rozważanie, czy spora siatkarska fantazja była powodem narastających kłopotów bielszczan, jednak jedno było pewne – tak dalej być nie mogło, ponieważ zespół toczył się po równi pochyłej. Kolejne porażki z rywalami teoretycznie w zasięgu BBTS-u, czyli Effectorem Kielce (1:3) oraz AZS-em Częstochowa (2:3), były jedynie preludium do następnych potknięć. Mimo tego, że z ówczesnymi mistrzami Polski zespół z Bielska-Białej przegrał 0:3, to niektóre ogniwa widziały w tej porażce ziarno nadziei na lepsze jutro. – Staramy się zmienić naszą filozofię w kontekście sposobu, w którym przystępujemy do pojedynku. Wiele drużyn, które nie zajmują czołowych miejsc w zestawieniach, myśli, że potrzebują wykonywać jakieś wyjątkowe zagrania, tworzyć szczególne sytuacje, dzięki którym uda im się pokonać wyżej sklasyfikowanych rywali. To nie jest jednak rozwiązanie. W najbliższym czasie będziemy starać się po prostu poprawić jakość naszej gry, damy zagrać przeciwnikom i czekając na ich błędy, będziemy robili wszystko, by wykonywać swoje akcje na sto procent – powiedział po pojedynku Daniel Lewis.

Jak się później okazało, siatkarski powrót do korzeni poprawnego grania przyniósł oczekiwany rezultat w postaci wygranej z Jastrzębskim Węglem 3:2. Równe spotkanie zagrali wówczas Kapelus i Janeczek (obaj po 21 punktów w meczu), a duet środkowych Sacharewicz-Krulicki blokował koncertowo (4 skuteczne zagrania pierwszego i aż sześć drugiego). Dobra gra nie przeniosła się jednak na bój z Łuczniczką, bowiem rywale postawili BBTS-owi zbyt wysokie wymagania, przyjmując z 66-procentową skutecznością i atakując z 52 procentami poprawnych zbić. Po braku niespodzianki w meczu z ZAKSĄ coś się jednak zmieniło – bielszczanie drugi raz w sezonie pokonali Cuprum Lubin, spełnili wymóg pięciu victorii w rundzie zasadniczej i można było przypuszczać, że tym samym udowodnili, iż w ich teamie drzemie potencjał. Tak by było, gdyby nie ich kolejny pojedynek z AZS-em Politechnika Warszawska, w którym (mimo w miarę wyrównanych statystyk) swoje zrobiło 15 niewymuszonych błędów za linią dziewiątego metra. Niesmak pozostał jednak tylko na tydzień.

Odbicie się od dna



Spotkanie z Czarnymi Radom przegrane w tie-breaku 9:15 okazało się jednak momentem przełomowym. BBTS pokazał, że ma charakter i że potrafi walczyć z zespołem wyżej notowanym. Jak się okazało, było to możliwe dzięki grze zespołowej – Janeczek, Kapelus i Wika przodowali w zdobywaniu punktów, a za ich plecami czaił się niezwykle skuteczny Krulicki (69 procent efektywności w ataku). Prawdziwy smak zwycięstwa zespół braci Stelmachów poznał jednak w kolejnym pojedynku z AZS-em Olsztyn. Wygrane 3:1 spotkanie było o tyle ważne, że w nim po raz pierwszy nie powtórzył wyniku z pierwszej części rundy zasadniczej. – Myślę, że taka wygrana była nam po prostu bardzo potrzebna, bo, co ciekawe, do tej pory w drugiej części sezonu zasadniczego powtarzaliśmy wyniki pierwszej rundy. Sprawdzało się to co do seta, każdy mecz był taki sam, więc powiedzieliśmy sobie jasno, że w czwartek jest ten dzień, w którym musimy coś zmienić, ponieważ tak dalej być nie może. Gdybyśmy nie dokonali roszad w wynikach, to możliwe, że zajęlibyśmy ostatnią lokatę w tabeli, a tak to udało nam się wykorzystać fakt, że olsztynianie słabiej spisują się w czasie pojedynków wyjazdowych. Bardzo się na to nastawiliśmy, ciężko pracowaliśmy i mamy tego efekt. Styl jest w tym momencie nieistotny – powiedział po meczu Mateusz Sacharewicz. To zwycięstwo poniosło siatkarzy z Podbeskidzia do wygranych z tygrysami i Effectorem Kielce po 3:0 (mecz z będzinianami był ich pierwszą victorią w takim stosunku). Kiedy wydawało się, że ich kolejny oponent, czyli AZS Częstochowa, jest na wyciągnięcie ręki, wtedy „klątwa” siatkarzy spod Jasnej Góry powróciła i gospodarze przegrali ten pojedynek.

Do ważnego starcia doszło natomiast w Bełchatowie i to nie tylko ze względu na wygrany set BBTS-u, a także awans Resovii do finału, ale przede wszystkim na okoliczności, w których doszło do spotkania. Bielscy gracze w hali Skry stawili się dopiero w dniu meczu, a ponadto klub nie zapewnił im posiłku. – Powiem szczerze, że kilka dziwnych walk z włodarzami stoczyliśmy w tym sezonie. Kiedy dowiedziałem się, że do Bełchatowa pojedziemy w dniu meczu, to potraktowałem to bardziej jako żart i przekomarzanie się, a nie możliwy w realizacji scenariusz. Ok, tego samego dnia jeździliśmy do Będzina czy Jastrzębia-Zdroju, lecz te podróże trwały 45 minut, a nie 4 godziny. Mimo tego stwierdziłem, że będziemy walczyć ze wspaniałą drużyną, w boju z którą możemy sobie pozwolić na rozwinięcie całej naszej siatkarskiej fantazji i jeżeli by coś się udało z nią ugrać, to do Bielska-Białej moglibyśmy wracać z podniesionymi głowami – ocenił kontrowersyjną sytuację najlepszy blokujący PlusLigi. BBTS zakończył więc rundę zasadniczą małą aferą i 11. pozycją w zestawieniu, którą w bojach fazy play-off z drużyną prowadzoną przez Michała Bąkiewicza miał obronić.

Klątwa spod Jasnej Góry i spadanie bez spadochronu

Historie pojedynków bielszczan z częstochowianami od zawsze budzą ciekawość. To właśnie z tym zespołem w sezonie 2014/2015 mierzyli się w bojach o przedostatnie miejsce w lidze i 13. lokatę zapewnili sobie dopiero w złotym secie. W niedawno zakończonych rozgrywkach w fazie zasadniczej przegrali z nimi dwukrotnie (2:3 i 1:3), lecz mimo wszystko byli stawiani w roli faworytów pojedynków play-off. Jak się okazało – niesłusznie.

W pierwszym meczu pod Jasną Górą siatkarze z Podbeskidzia praktycznie nie istnieli. 38 procent efektywności przyjęcia i 36 ataku, niemoc Marcina Wiki, Kamila Kwasowskiego, a także Koziury (31 procent w defensywie) szybko, bo w trzech partiach, pogrążyła gości.

Na własnym podwórku bielszczanie starali się zrehabilitować, ale i tym razem sił im nie wystarczyło. Wygrali jedno rozdanie, choć w defensywie zrehabilitowali się zarówno popularny „Kwasu”, jak i młody libero zespołu miejscowych. Niewiele to jednak znaczyło przy świetnej dyspozycji byłego gracza BBTS-u, Bartosza Buniaka (17 punktów, 67 procent skuteczności w ataku i 5 bloków), który całkowicie zdominował rywali.

Finalnie podopieczni Krzysztofa Stelmacha musieli zadowolić się 12. pozycją w sezonie 2015/2016 i pogodzić z czterema porażkami na finiszu rozgrywek.

Co dalej?

Tradycyjnie włodarze BBTS-u nie chcą odkrywać kart przed skompletowaniem składu na następny sezon. Spekuluje się jednak, że w zespole pozostaną bracia Stelmachowie, Kapelus, Kwasowski, Modzelewski, Siek, Koziura, Gryc i Krulicki. Na brak propozycji nie może narzekać Sacharewicz, a drużynę opuści Lewis, co prezes Piotr Pluszyński potwierdził w rozmowie z jedną z redakcji. Co z resztą? Nie są znane dalsze zawodowe kroki Wiki, Janeczka, Bogdana, a także pary rozgrywających.

Niezmiennie jednak pytania wiszące nad bielską drużyną są takie same – ile lekcji z kolejnych sezonów poniżej oczekiwań można wyciągać? Kiedy nauki jest dość? Jak długo uczy się na własnych błędach? Wiadomo, że sezon 2015/2016 stał w drużynie pod znakiem kontuzji – początkowo Neroja, później Pilarza i Gryca, jednak urazy nie ominęły wszystkich zespołów PlusLigi. W tym świetle wydaje się, że przez brak obrony 11. miejsca zespół z Podbeskidzia nie spełnił przedsezonowych założeń. Z drugiej strony warto się jednak zastanowić, czy takie w ogóle były. – Do dziś nie wiem, jak się spisaliśmy – czy sprostaliśmy oczekiwaniom klubu względem nas, czy też nie. Mnie osobiście nikt z włodarzy nie powiedział, że mamy być w pierwszej dziesiątce czy też wystarczy, że wygramy pięć meczów i będziemy mieć wakacje – powiedział Sacharewicz. A skoro nie wie się, o co się gra, to czy ma się prawo czegokolwiek wymagać?

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, PlusLiga

Tagi przypisane do artykułu:
,

Więcej artykułów z dnia :
2016-05-04

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved