Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > PlusLiga > Bartosz Gawryszewski: Ten sezon był przełomowy

Bartosz Gawryszewski: Ten sezon był przełomowy

fot. Katarzyna Antczak

– Niektórzy jeszcze przed rozgrywkami wieszali nam na szyjach medale, ale trzeba być realistą. Jeszcze parę lat temu gratulowano nam tego, że byliśmy w play-off i zajęliśmy ósme miejsce. Wiadomo, że apetyt rośnie w miarę jedzenia, ale zachowajmy trochę zimnej krwi, ostudźmy emocje. Cieszmy się z tego, że mamy w Gdańsku świetną drużynę, która kolejny rok jest w czołówce – podsumował miniony sezon środkowy Lotosu Trefla Gdańsk, Bartosz Gawryszewski.

Poprzedni sezony był niesamowity w waszym wykonaniu. Na początku tego pojawiały się opinie, że teraz nie będzie już tak dobrego wyniku, a zaczęliście od mocnego akcentu – zdobycia Superpucharu Polski. Potraktowaliście to jako utarcie nosa tym wątpiącym?



Bartosz Gawryszewski: Nie ma co ukrywać, że w poprzednim sezonie zaskoczyliśmy wszystkich naszą dobrą postawą i zasłużyliśmy na Puchar Polski, na wicemistrzostwo kraju i udział w Lidze Mistrzów. Ten sezon był przełomowy, bo nie sztuką jest zdobyć coś raz, tylko udowodnić w kolejnym roku, że jest się wartościową drużyną, z którą trzeba się liczyć. Nie tylko w Polsce, ale także na arenie europejskiej. I to nam się udało. Zaczęliśmy sezon znakomicie, zdobywając Superpuchar Polski i to rzeczywiście było takie lekkie utarcie nosa tym, którzy myśleli, że wszystko zawdzięczamy szczęściu. To jest wynik przede wszystkim ciężkiej pracy, litrów potu wylanego na treningach i super zgranej drużyny, która została skompletowana w Gdańsku.

PlusLigę rozpoczęliście meczem z BBTS-em Bielsko-Biała i wygraliście, można powiedzieć, dopiero w tie-breaku. Niektórym kibicom mogły zadrżeć serca. Pamiętasz, czym zaskoczyli was bielszczanie?

– Ciężko powiedzieć. Każdy pierwszy mecz sezonu rządzi się swoimi prawami i zawsze jest trochę nerwów. Niezależnie od tego, jakie doświadczenie ma drużyna, ile meczów ma za sobą, to zawsze jest pierwsze spotkanie w sezonie. Każdy był ciekawy, jak wypadniemy, szczególnie po bardzo udanym starcie w Superpucharze Polski. Bielsko już na samym początku pokazało, jak będzie wyglądać liga i tak rzeczywiście było. Każdy mógł wygrać z każdym. Naszych spotkań zakończonych wynikiem 3:2 było w pierwszej rundzie tyle, że nie pamiętam, kiedy ostatnio tyle pięciosetówek graliśmy w poprzednich latach. Mówiło się o nas „mistrzowie tie-breaków”, ale nie ma co ukrywać, że każdy tak długi mecz to stracona energia i tyle włożonego wysiłku, ile normalnie w dwa mecze. Na pewno ta część sezonu dała nam się we znaki, jeśli chodzi o zmęczenie, a Bielsko-Biała ucierała potem nosa także innym drużynom z czołówki.

Na początku listopada 2015 r. przyszła pora na następny historyczny moment dla klubu – pierwszy mecz w Lidze Mistrzów. Dla ciebie był to kolejny występ w tych elitarnych rozgrywkach, ale emocje z pewnością były duże. Co przeważało – ekscytacja czy mimo wszystko lekkie zdenerwowanie?

– Grałem już w Lidze Mistrzów z Resovią i Jastrzębskim Węgem, z którym doszedłem do Final Four, także trochę tego grania mam za sobą. Pamiętam, jak przychodziłem do Gdańska kilka lat temu. Wtedy były zupełnie inne cele i poziom grania. Wraz z pierwszym meczem Ligi Mistrzów na pewno towarzyszyła mi duża radość i satysfakcja, że doczekałem takich czasów w Gdańsku, że wychodzę na boisko w koszulce z nadrukiem „Champions League”. To był dla mnie miły moment, bo widzę, jak klub poszedł do przodu. Dołożyłem do tego też swoją cegiełkę. Bardzo cieszę się z tego, że mogę pomagać i robię wszystko, żeby klub rozwijał się sportowo. Fajnie, że doczekałem momentu, kiedy nie walczymy o utrzymanie się w lidze, tylko o medale, a do tego walczymy na arenie międzynarodowej. To uczucie na długo pozostanie w mojej pamięci.

Znaleźliście się w gronie zespołów, które już kolejny raz występują w Lidze Mistrzów. Czy po pierwszej gładkiej wygranej z Vojvodiną przeszła wam przez głowę myśl, że dacie radę osiągnąć więcej niż tylko pokazanie się z najlepszej strony?

– Po pierwszej kolejce mieliśmy oczywiście dostęp do statystyk ze wszystkich meczów i wiedzieliśmy, na czym stoimy, jaki jest poziom tych rozgrywek i gdzie mniej więcej my się znajdujemy. W naszej grupie najgroźniejszym rywalem była Modena. Wiedzieliśmy, że reszta jest w naszym zasięgu i powinniśmy te mecze wygrać. To świadczy o tym, jak dobrym zespołem jesteśmy, a apetyty rosły w miarę jedzenia.

W Lidze Mistrzów wznosiliście się na wyżyny siatkarskich umiejętności. Mieliście czasem takie wrażenie, że gracie na tak wysokim poziomie, jak jeszcze nigdy?

Liga Mistrzów jest swego rodzaju odskocznią od PlusLigi. W moim odczuciu podczas tych rozgrywek nie odczuwa się takiej presji. Co się ugra, to się ugra, a jak coś nie wyjdzie, to nie ma żadnych konsekwencji. Wiadomo, że drużyny, które były w Final Four, to absolutny top, jeżeli chodzi o budżet, przerastający ligę polską nieraz cztero-, pięciokrotnie. Staraliśmy się im dorównać. Chcieliśmy dojść jak najdalej i udało się, wyszliśmy z grupy. Za nami świetne mecze z Modeną, w tym jedna wygrana, konfrontacja ze zwycięzcą Ligi Mistrzów – Zenitem Kazań. To były wyjątkowe dni, święta siatkówki w pełnym tego słowa znaczeniu. Nasi fani mieli okazję zobaczyć na żywo w akcji gwiazdy światowego formatu: Leona, Bruno, N’Gapetha. Nie mogą czuć się zawiedzeni, jeżeli chodzi o widowiska siatkarskie, jakie w tym roku miały miejsce w Trójmieście.

Czy wspomniany mecz z Modeną, wygrany w tie-breaku po bardzo ciężkim boju, był momentem, kiedy uwierzyliście, że możecie namieszać w europejskiej czołówce?

– Tak. To są takie przyjemne momenty, kiedy uciera się nosa tym najlepszym drużynom z najwyższej światowej półki. Znowu szczęśliwa była dla nas gdyńska hala. To było naprawdę fajne spotkanie, bo chyba nikt nie przypuszczał, że uda nam się aż tak utrzeć im nosa. Wiedzieliśmy, że jeżeli od początku zagramy na poziomie, do którego przyzwyczailiśmy naszych kibiców, do tego dokładając jeszcze ich wsparcie, to możemy czynić cuda. Udało się. To mecz, który z pewnością zapamiętam z tego sezonu.

Pech chciał, że potem trafiliście na Zenit Kazań, późniejszego triumfatora rozgrywek. Patrząc na niesamowitą wygraną z Modeną, czuliście, że możecie sprawić kolejną niespodziankę?

– Przystępując do tych dwóch spotkań, nie wychodziliśmy na boisko jak na ścięcie. Chcieliśmy wygrać, walczyliśmy, ale z tak zagrywającymi przeciwnikami, Leonem na pokładzie, nie było na nich mocnych. Potwierdzili to w Krakowie, wygrywając Ligę Mistrzów. Staraliśmy się walczyć z nimi jak równy z równym, ale trochę nam zabrakło. Zebraliśmy cenne doświadczenie, które na pewno przełoży się na przyszły sezon. Te wszystkie momenty, wygrane i przegrane, działają na plus dla drużyny.

Powrót z Kazania do Gdańska był waszą najdłuższą wyprawą. Po drodze mieliście przystanek w Lubinie i od tego momentu było już widać lekki spadek formy. Dawały się wam we znaki te tysiące kilometrów, czy to było zmęczenie psychiczne?

– Wydaje mi się, że to tylko zmęczenie fizyczne. Jesteśmy tylko ludźmi, przez ostatnich dziewięć miesięcy trenowaliśmy, widzieliśmy się dzień w dzień. Kiedyś musi przyjść gorszy moment. Nie da się cały czas przez tak ciężki sezon grać na równym poziomie. To jest po prostu niewykonalne. Są momenty, gdzie drużyna jest w formie, są też takie, gdzie ta forma ucieka i to jest naturalna kolej rzeczy. To wynika tylko i wyłącznie z tego, że sezon jest bardzo długi, a także z formuły tegorocznej PlusLigi, gdzie praktycznie każdy mecz był o życie, o to, czy znajdziemy się w strefie medalowej czy nie. Nie ma na świecie takiego człowieka, który potrafiłby przez taki okres utrzymać równy poziom. Ważne, że zdobyliśmy tyle punktów, aby utrzymać się w czołówce ligi. W takich momentach kształtuje się charakter drużyny i okazuje się, czy jest ona dobra czy nie. My, mimo tych słabszych momentów, jesteśmy w czwórce.

Po meczach z Bełchatowem pojawiały się głosy, że nie walczyliście, ale widać było wyraźnie, że najzwyczajniej brakuje wam sił, bo przecież woli walki nie można odmówić żadnemu sportowcowi.

– Oczywiście! Wychodzi się z szatni po to, aby wygrać. Czasem jest tak, że po prostu się nie da. Wierz mi, że robiliśmy wszystko, co w naszej mocy. Łatwo jest komentować wszystko z boku, siedząc przed telewizorem. Poświęcamy dużą część naszego życia, aby walczyć o najwyższe cele i sprawić naszym kibicom jak najwięcej radości. Nie zawsze wszystko idzie po naszej myśli, ale na pewno nie można nam odmówić tego, że się nie staraliśmy.

źródło: sport.trefl.com

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, PlusLiga

Tagi przypisane do artykułu:
, ,

Więcej artykułów z dnia :
2016-05-02

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved