Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > inne > Andrzej Niemczyk: Nie powiedziałbym, że wygrałem życiowo

Andrzej Niemczyk: Nie powiedziałbym, że wygrałem życiowo

– Żeby dojść do tie-breaka, trzeba dwa sety wygrać i tyle samo przegrać. Te ostatnie można definiować jako stratę pieniędzy i fakt, że żadnego z moich małżeństw nie udało mi się doprowadzić do szczęśliwego końca. To mnie bardzo boli – powiedział o swojej książce „Życiowy tie-break” i problemach na własne życzenie trener legendarnych „złotek”, Andrzej Niemczyk.

W „Życiowym tie-breaku” nie brak tematów trudnych, sytuacji, które niekoniecznie pokazały pana od najlepszej strony, wręcz uwypuklone są w nim negatywne cechy pana charakteru i intymne emocje. Skąd ten ekshibicjonizm?

Andrzej Niemczyk: – Nie miałem potrzeby aż takiego uzewnętrznienia się, ale bardzo często mnie do tego namawiano, więc w końcu uległem, do końca nie będąc przekonanym o słuszności mojej decyzji. Dopiero w momencie, kiedy zobaczyłem, w jak profesjonalny sposób opisuje moje życie Marek Bobakowski, zaczął podobać mi się ten koncept. Jedyną cenzurą było wykluczenie z mojej historii spraw, które mogłyby urazić kobiety – poszanowaliśmy ich prawa i jeżeli nie chcą, to zgodnie ze swoim życzeniem nie występują one w książce. Zawsze respektowałem moje zawodniczki, więc być może dlatego właśnie do dziś mamy dobre kontakty i tak szybko znalazłem z nimi wspólny język.



Czyli książka nie wynikała choć trochę z potrzeby zostawienia po sobie kolejnego śladu, który przywracałby do zbiorowej pamięci sukcesy odnoszone przez reprezentację Polski pod batutą Andrzeja Niemczyka, które wydaje się, że nieco zbladły przez to, co z kadrą dzieje się w ostatnim czasie?

– Po pierwsze, nie wydaje mi się, żeby one odeszły w zapomnienie, a po drugie, ja nie potrzebuję zostawiać więcej śladów. Jestem w tej chwili bardzo zadowolony z tego, co udało mi się w życiu zrobić. Czy po pięćdziesięciu latach kariery trenerskiej i dziesięciu więcej w siatkówce wciąż muszę zostawiać po sobie jakieś ślady? Czy stary wilk chodzi po lesie i wciąż wyznacza swoje granice? Nie, ponieważ to i tak mu już nic nie da, bo nie zachęci tym do siebie żadnej wilczycy. (śmiech)

W takim razie czym jest dla pana ta książka? Spowiedzią? Rozgrzeszeniem? A może tym, co inni chcieli od pana usłyszeć?

– Nie. Jest pokazaniem tego, że miałem różne strony. Znaną jest ta, która kojarzy się z Andrzejem Niemczykiem pokerzystą, aktorem, który w trakcie meczu nie pokazywał, jakie kumulowały się w nim emocje. Nie oznaczało to jednak, że później nie siedziałem w pokoju i nie płakałem czy krzyczałem ze zdenerwowania. Wyłącznie profesjonalne podejście do pracy nie pozwalało mi na okazywanie uczuć. W końcu się otworzyłem – niech mnie ludzie wreszcie poznają takim, jakim byłem, a nie takim, jakim zdawałem się być.

Łatwo było zrzucić z siebie przez lata nakładane maski aktora, którym pan przyznał, że był?

– Nie było trudno, ponieważ zdawałem sobie sprawę z tego, że jeżeli ktoś chce napisać biografię, to powinien mówić wyłącznie prawdę i przede wszystkim być szczery sam ze sobą. Nie można wybielać się kosztem drugiego człowieka, ponieważ jeżeli oboje byliśmy w niemiłej sytuacji, to oboje w jej kontekście powinniśmy być wspomniani. Pisałem prawdę. Jedynym przypadkiem, odnośnie do którego pojawiły się większe zarzuty, był pan Wspaniały, choć wciąż w jego historii nic nie minęło się z prawdą. Innych często traktowałem po dżentelmeńsku, nie wytykając błędów, a lekko zaznaczając, że coś nie było do końca fair lub nasze wspólne decyzje były, delikatnie mówiąc, błędne.

Mówi się, że robienie sobie wrogów to cecha ludzi głupich lub wielkich…

– Zawsze robiłem dookoła siebie wielu wrogów, ale nie dlatego, że byłem osobą wyjątkową, ale z tej przyczyny, że byłem szczery, mówiłem to, co myślę – nie był istotny fakt, czy partnerem w rozmowie był mój zwierzchnik, czy podwładny, ponieważ każdego traktowałem tak samo. Szczególnie w Polsce ludzie nie lubią takiej postawy, bowiem preferują, by człowiek owijał słowa w bawełnę i obchodził pewne sprawy. Ja nie należę do tej kategorii, zawszę mówię prosto z mostu.

To dlatego finalnie nie obawiał się pan publikacji „Życiowego tie-breaka” – to, co miał pan powiedzieć tym osobom, powiedział pan wcześniej prosto w oczy.

– Dokładnie tak. Każda osoba i zdanie, które padło w mojej książce, miało swój ekwiwalent w przeszłości i zostało powiedziane osobiście do danego człowieka.

Mimo wszystko przyznał pan, że na pewnym etapie wahał się pan wydać tę książkę.

– Nie wahałem się, ale nie chciałem tego. Obawiałem się, że ludzie, którzy z niej dowiedzą się o sobie prawdy, mogą być z tego faktu niezadowoleni. Do tej pory jednak nie miałem ani jednego telefonu w tej sprawie.

Jest pan znany z kontrowersyjnych wypowiedzi chociażby w kontekście pana córki. Mimo wszystko ta książka nie oddziałała jeszcze bardziej na wasze relacje?

– Powiedziałem mojej najstarszej córce, że zawsze będę ją kochał, ale wciąż będę uciekał gdzie pieprz rośnie od jej matki. Dziewczyna wzięła po mnie jedynie skoczność, natomiast charakter przejęła od swojej rodzicielki i od mojej teściowej. Ta krzyżówka sprawia, że czym dalej jest ode mnie, tym bardziej ją kocham, im bliżej – tym usilniej będę od niej odchodził.

Nie uwierzę, że nie ma żalu o to, że wasza relacja wygląda tak, a nie inaczej. Nie było chęci, by w biografii wybaczyć, zapomnieć?

– Nic takiego nie ma w książce i nie będzie, ponieważ to byłoby kłamstwo. Ja jej nie wybaczę pewnych spraw, zostawiamy je jako rzeczy przykre, które się wydarzyły i nie musimy o nich więcej wspominać. Zrobiliśmy między sobą „przegródkę” po to, żeby dobrze żyło się zarówno mnie, jak i jej. Nie chcemy do siebie startować z nożami czy złymi słowami – po prostu jesteśmy od siebie oddaleni. Byłem ostatnio na meczu w Łodzi, przechodziłem obok niej i podałem rękę, a kiedy chciałem przywitać się z wnuczką, to ona się cofnęła, bo widziała mnie na oczy pierwszy raz w życiu. Po meczu mama widocznie jej coś powiedziała, ponieważ mała przybiegła do mnie i przybiła piątkę. Nie mogę pominąć także faktu, że mieliśmy również wspaniałe chwile w naszym życiu, które pozostały nam w pamięci. Żeby tych momentów nie niszczyć, nie powinniśmy być jednak za blisko siebie. Mieszkaliśmy razem w Poznaniu i Łodzi, co okazało się największą możliwą pomyłką. Różnimy się tak, jak ja różniłem się od jej matki – wziąłem rozwód i uciekałem gdzie pieprz rośnie.

Chyba ta książka jest więc trochę spisaniem tego, co panu się udało i nie udało w życiu.

– Ta książka jest po prostu moim życiem. Żeby dojść do tie-breaka, trzeba dwa sety wygrać i tyle samo przegrać. Te ostatnie można definiować jako stratę pieniędzy i fakt, że żadnego z moich małżeństw nie udało mi się doprowadzić do szczęśliwego końca. To mnie bardzo boli. W moim zawodzie trudno jest wytrwać w związku, ale niektórzy trenerzy pokazali, że jest to jednak możliwe. Jest to moja duża porażka. Dzieci mam już dorosłe, bowiem najmłodsza córka ma w tej chwili 25 lat, ale chciałbym mieć z nimi bliższy kontakt. Moje relacje z moimi trzema dziewczynami są dobre, ale kiedyś nie czytałem im bajek, nie spędzałem z nimi wiele czasu i w pewnym momencie brakowało mi tego. Zostałem sam w domu. W willi, którą wybudowałem, a później musiałem sprzedać, po dwóch najmłodszych córkach zostały mi dwie laleczki-psiaki, które podarowały mi, kiedy się wyprowadzały. Mam je do dziś w domu w Warszawie. Reprezentują moje dziewczynki – jedna jest w jednym pokoju, a druga w drugim. Zostawiły mi je w domu, żebym nie czuł się samotny, a były wtedy bardzo młode, bowiem młodsza miała cztery lata, a starsza ponad siedem.

Wspomniał pan jednak o braku, który spowodowany jest tym, że nie udało się panu doprowadzić do szczęśliwego końca żadnej z rodzin. Czym można go wypełnić?

– Częstymi telefonami, przesyłaniem sobie smsów, e-maili oraz odwiedzaniem siebie nawzajem jak najczęściej się da. Całe szczęście, że dziś można utrzymywać ze sobą kontakty elektronicznie, choć to nie jest to samo, co rozmowa w cztery oczy czy przytulenie. Na moim regale stoją zdjęcia córek, codziennie staram się o nich myśleć, mieć je przy sobie…

Chyba jednak by pan coś zmienił, gdyby mógł cofnąć się do przeszłości.

– Może by mi się to udało, chociaż pewnie nie, ponieważ będąc 200-250 dni w roku poza domem, z moim rozpustnym charakterkiem chyba nawet w związku z najlepszą kobietą na świecie by mi nie wyszło. Moja niemiecka żona jest i była wspaniałą kobietą, matką, zresztą do dziś mamy dobre kontakty, ale ona mojego stylu życia po prostu by nie wytrzymała. Wcześniej czy później dowiedziałaby się o moim trybie działania, ponieważ nawet w intymnych sprawach byłem szczery. Na krótką chwilę można czegoś nie dopowiedzieć, ukryć, ale nie umiem kłamać przez dłuższy czas. Przy moim charakterze żadne małżeństwo by się nie udało.

Mimo to nadal twierdzi pan, że wygrał swój życiowy tie-break?

– Tak, ponieważ zwalczyłem chorobę, a ona nim była. Nie powiedziałbym, że wygrałem życiowo. Po nowotworze trzeba walczyć dalej. Życie to jest impreza, z której nikt nie wyjdzie żywy, to czeka każdego. Do końca chciałbym być na tyle sprawny, żeby nikt nie musiał się mną opiekować, i by nie obciążać sobą mojej rodziny, córek… Wiem, że jeśli znajdę się w sytuacji krótkoterminowego wyroku stania się „roślinką”, to znajdę w obie na tyle siły, by wsiąść do mojego BMW, pojechać do Szwajcarii, zapłacić 250 franków i wykupić dwa zastrzyki. Poproszę moje dwie córki-monachijki, żeby pojechały ze mną i potrzymały mnie za rękę, a one się na to zgodzą. Przyrzekłem najmłodszej, że to właśnie ona dostanie moje prochy i będzie mogła z nimi zrobić co chce. Nie chcę mieć grobu. Świeczkę na Wszystkich Świętych można zapalić w domu, jak choćby ja to czynię, kiedy wspominam mamę, brata, Agatę Mróz i innych. To nie jest smutne, takie jest życie. Śmierć jest jego immanentną częścią.

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, inne, Publicystyka, Wywiady

Tagi przypisane do artykułu:

Więcej artykułów z dnia :
2015-11-11

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved