Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > inne > Arkadiusz Gołaś – siatkarz, który parkiet opuścił zbyt młodo

Arkadiusz Gołaś – siatkarz, który parkiet opuścił zbyt młodo

fot. archiwum

Trzy tytuły wicemistrza Polski, brąz w MŚ kadetów. 141 seniorskich meczów z orzełkiem na piersi. I ten ostatni, sto czterdziesty drugi, przerwany zbyt wcześnie, nagle, bez ostrzeżenia i to przed finałowym gwizdkiem. Mecz zwany "Życie".

Są tacy ludzie, którzy zostają zapamiętani na zawsze, choć nigdy o to nie dbali ani nie prosili. Ludzie, których zdjęć nie pokrywa kurz zapomnienia. Nawet jeśli na co dzień żyjemy całkiem normalnie, być może nie przywiązując uwagi do tego, że już ich z nami nie ma, to w chwilach szczególnych, rocznicowych, zaczynamy odczuwać ogrom ich braku, pustkę, jaką po sobie pozostawili. Kimś takim jest Arkadiusz Gołaś, siatkarz o „stratosferycznym zasięgu”, jak określił go również nieżyjący już Zdzisław Ambroziak, znany z niecodziennych porównań i komentarzy. Sportowiec, który choć zszedł ze sceny zbyt młodo, wciąż żyje w sercach tych, którzy go spotkali, zarówno na żywo, jak i siedząc przed telewizorem, i nie spotkali. Którzy grali z nim w jednej drużynie, na jednym boisku, którzy stawali naprzeciwko niego, po drugiej stronie siatki.

Arkadiusz Gołaś urodził się w maju 1981 roku w Przasnyszu, ale całe dzieciństwo spędził w Ostrołęce. To tu zaczynał swoją sportową drogę, pierwsze kroki pod siatką stawiając w Uczniowskim Klubie Sportowym Olimp Ostrołęka. Z miasta swoich wczesnych lat przeniósł się do MKS-u MOS Woli Warszawa, a z czasem do AZS-u Częstochowy. To tu, trochę z przypadku, przebił się do czołowej szóstki, zastępując kontuzjowanego Siergieja Orlenkę, i powoli zaczął wyrastać na gwiazdę światowego formatu. W reprezentacji pojawił się w 2001 roku i w ciągu 4 lat rozegrał aż 141 spotkań, zyskując uznanie nie tylko w Polsce, ale i za granicą, którego przejawem okazała się oferta z włoskiego Sempre Volley. W Padwie spędził jednak tylko jeden sezon, bo w kolejnym w swoim składzie widział go już klub z najwyższej półki – Lube Banca Macerata. Zespół, w którym nie było mu dane rozegrać nawet jednego meczu…

Skromny, spokojny, stroniący od medialnego blichtru, a jednocześnie niepotrafiący odmówić autografu czy wspólnego zdjęcia. Zakochany w komputerach, fotografii, a przede wszystkim w swojej wybrance, Agnieszce. Ślub wzięli w środku tygodnia, w czwartek, ponieważ w sobotę Gołaś musiał być obecny w Rzeszowie, w którym Polska walczyła o awans do przyszłorocznych mistrzostw świata. Mistrzostw, w których Gołasiowi nie było dane wystąpić, choć nie można powiedzieć, by nie był na nich obecny…



Jego życie zakończyło się w chwili, w której tak naprawdę miało zacząć się na nowo. Bo choć wracał do Włoch, to jechał przecież do nowego klubu, by zdobywać kolejne siatkarskie szczyty oraz doświadczenia, które mógłby powtarzać z orzełkiem na piersi, zadziwiając świat nie tylko niebotycznym zasięgiem, ale i niebywałą techniką. Niestety, 16 września 2005 roku świat się zatrzymał. Nie tylko świat jego i jego rodziny, ale i wszystkich tych, którzy z boku, może nawet tylko sprzed telewizora, przyglądali się jego karierze. W Austrii wypadek, nagła śmierć, a w kraju niedowierzanie i ciągłe pytania bez odpowiedzi: „Jak to?”, „Dlaczego?”, „Po co?”. Rozdział pod tytułem „Arkadiusz Gołaś, siatkarz, olimpijczyk, reprezentant Polski” został zamknięty. Otworzyła się nowa karta…

Bo choć nie ma go wśród nas, to wciąż żyje w wielu polskich sercach. Bo choć od tragicznego wypadku minęło 10 lat, co roku wspominamy, jakim był sportowcem i człowiekiem – pracowitym, uczynnym, godnym naśladowania. Nie zapomnieli o nim ludzie związani z siatkówką – od 10 lat organizują memoriał jego imienia, który w październiku już po raz trzeci zagości w podpoznańskiej Murowanej Goślinie. Nie zapomnieli także koledzy z boiska, którzy w 2006 roku, wchodząc na podium mistrzostw świata, założyli koszulki z 16 numerem, który przez lata należał do Arka Gołasia. Choć później w kadrze występował z nim już tylko Krzysztof Ignaczak, najlepszy przyjaciel „chłopaka o stratosferycznym zasięgu”, to chwila ta okazała się na tyle wyjątkowa, że nawet Raul Lozano wspomniał o niej w swojej autobiografii: – Nigdy nie czułem takich emocji jak wówczas, gdy stanęliśmy na podium i ściągnęliśmy dresy – wszyscy mieliśmy koszulkę z numerem 16. To nasz hołd złożony najlepszemu z nas wszystkich, Arkowi Gołasiowi, człowiekowi, którego nie zapomnimy.

Pamiętajmy i my. Nie tylko dziś, ale i w przyszłości – tej dalekiej i tej bliskiej.

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
inne

Tagi przypisane do artykułu:

Więcej artykułów z dnia :
2015-09-16

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved