Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > inne > M. Magiera: Widać brak siatkarzy, którzy odeszli po mistrzostwach

M. Magiera: Widać brak siatkarzy, którzy odeszli po mistrzostwach

fot. Wiesław Kozieł / plusliga.pl

- Chyba nikt nie powiedział, że Puchar Świata nie jest najważniejszą imprezą sezonu. Może trzeba było zaznaczyć, że jest kolejnym wydarzeniem w szeregu rozgrywek i przede wszystkim powinno zależeć nam na wyniku na samych igrzyskach - ocenił Marek Magiera.

Myślę, że 90 procentom polskich kibiców przychodzących na mecze kojarzysz się przede wszystkim z wodzirejem imprez reprezentacyjnych i ważniejszych klubowych. Sam wypływasz z nurtu dziennikarskiego i zapewne uważasz się przede wszystkim za człowieka pióra, ale czy perspektywa, przez którą patrzy na ciebie większość publiczności, miała jakikolwiek oddźwięk w zawodowym samookreśleniu?

Marek Magiera:Ha, dobre pytanie… Piętnaście lat temu z pełną świadomością podjąłem decyzję o tym, co będę robił w halach. To, co się w nich dzieje, nie jest jednak moim autorskim pomysłem – jestem wykonawcą pewnego projektu i tak, jak wspomniałem, z pełną perspektywą ewentualnych konsekwencji postawiłem ten krok na ścieżce zawodowej. Mnie on nie przeszkadza, podobnie jak szefom w stacji. Dzięki mojej przeszłości nie mam także problemów z samookreśleniem, gdyż już w czwartej klasie liceum zaczęła się moja przygoda z dziennikarstwem. Wybrałem odłam pisany i publikowałem w nieistniejącej już gazecie "Życie Częstochowy". Później pojawiło się radio, a od dziesięciu lat najbliższa jest mi telewizja. Tak to trwa do dzisiaj. Czy komuś to przeszkadza? (śmiech)

Pytam się, czy tobie nie przeszkadza takie patrzenie kibiców.



Nie, absolutnie nie! To jest łatka, która została mi przypięta bardzo dawno i nawet jeżeli przestalibyśmy z Grzesiem prowadzić mecze, to nadal by się to za nami ciągnęło… Dla wielu ludzi będę wodzirejem i nikim więcej, ale to nie jest mój problem.

Jak oceniasz rozwój kibicowskiej fali na przestrzeni ostatnich lat?

Wszystko bardzo się zmieniło – wystarczy spojrzeć na tłumy, które towarzyszą nam na meczach. Większość kibiców pewnie zauważyła, że przed każdym pojedynkiem pytam o to, kto jest pierwszy raz w życiu na spotkaniu reprezentacji Polski. Robię to od paru lat i wnioski niezmiennie mam te same – jest to 75 procent publiczności. Powracając do "wodzirejowania", często słyszę zarzuty, że większość elementów widowiska się powtarza. Co prawda padają one z ust zdecydowanej mniejszości widzów, ale zawsze jest tak, że to garstka najgłośniej krzyczy. Od kilku lat kontynuujemy pewien sznyt, gdzie większość programu jest niezmienna, a to nie wszystkim się podoba. Trzeba jednak zrozumieć, że dla dużej grupy kibiców dany pojedynek będzie ich debiutem w hali. Oni widzieli w telewizji to, co ma miejsce przy boisku, więc kiedy pojawią się, by oglądnąć batalię na żywo, to chcą zatańczyć "walczyka", poklaskać, pośpiewać szlagiery, gdyż dla nich wciąż jest to coś pierwszego. Co więcej, po meczach zawsze obserwuję ludzi i jeszcze mi się nie zdarzyło, żeby któryś z nich był wybitnie niezadowolony.

A jak oceniasz przemianę, która dokonuje się w tej chwili na trybunach? Fakt, że jest na nich coraz więcej młodzieży, świadczy o końcu pokolenia fanów Świdra czy Gruszki?

To jest całe moje pokolenie. Dołączyłem do Grześka w 2001 roku, będąc następcą Bartosza Hellera, z którym pracował już od 1998 roku. Śmieję się w tej chwili, że wtedy Mateusz Bieniek miał trzy czy cztery lata i nawet do głowy by mu nie przyszło, że będzie grał. W moim prywatnym archiwum mam całą galerię fotografii podarowanych mi przez siatkarzy i siatkarki, którzy byli mopersami albo podawaczami piłek w Spodku i wtedy zrobili sobie ze mną zdjęcie, a w tej chwili są to dojrzałe kobiety i poważni mężczyźni. W zeszłym roku na mistrzostwach świata spotkaliśmy się z dziewczyną, która przyszła na mecz ze swoją czternastoletnią córką i powiedziała nam, że właśnie czternaście lat temu po raz pierwszy była w hali na turnieju ze swoim mężem. Tak się złożyło, że stąd wzięła się ta córka. Sytuacja ta jest chyba najlepszym obrazem upływającego czasu. Nie chcę opowiadać niczym stary zrzęda kolejnych historii, ale mam 42 lata, a wciąż jestem w stanie odtworzyć każdy pojedynek, podczas którego stałem z mikrofonem.

Czyli mimo podobnej oprawy każdy jest inny…

Każdy jest inny. Tak się składa, że są pewne stale elementy i one będą zawsze, ale co roku jest coś nowego, co często ludziom umyka. Po mistrzostwach świata dostaliśmy od zaprzyjaźnionego z nami człowieka wykaz wszystkich kolejnych elementów widowiska, które były inne od wprowadzanych w latach ubiegłych.

Który mecz zapadł ci najbardziej w pamięć?

Kiedyś próbowałem policzyć mecze, w czasie których zajmowałem się oprawą widowiska i było ich nieco ponad trzysta. Chciałbym dogonić Piotrka Gruszkę i te jego 450 spotkań, chociaż on miał ułatwione zadanie, ponieważ grał także na wyjazdach. Osobiście wyjątkową batalią dla mnie był finałowy pojedynek z Brazylią. Co do meczu na Stadionie Narodowym to także nie można było odmówić mu dodatkowych emocji, ale z innego względu – nie wiedziałem, czy wszystko się uda. Zdawałem sobie sprawę z tego, że w obiekcie pojawi się około dziesięciu czy piętnastu tysięcy stałej publiczności, która zawsze nam towarzyszy, a cała reszta, czyli pięćdziesiąt tysięcy widzów, przyjdzie po prostu z ciekawości. Nie wiedziałem, jak będą reagować, ale finalnie całe szczęście wszystko się udało. Powracając do meczu o złoto, to wiadomo, jak klasowym rywalem są Canarinhos i niezależnie od wyniku w każdym meczu z tym oponentem nerwowość potęguje się. Jak tak teraz myślę, to mimo wszystko najbardziej przeżyłem chyba półfinałową batalię Polska – Niemcy, ponieważ od jednego starcia z ciągle dużą niewiadomą europejskich parkietów zależało to, czy na własnej ziemi staniemy przed szansą walki o najcenniejszy kruszec. Tak daleko zaszliśmy, więc chyba nie przeżyłbym porażki. Po tym meczu byłem najbardziej zmęczony i gdyby trwał jeszcze chociaż godzinę, to bym tam padł z nerwów i emocji.

Niedawno rzuciłam okiem na rozpiskę meczową naszej kadry i tym, co się najbardziej rzucało w oczy, to fakt, że tylko jeden z zawodników nie gra w polskim klubie. Część brązowych medalistów mundialu także występowała w PlusLidze. To chyba obraz pewnej ligowej potęgi.

Na pewno tak, ale nie można zapominać, że to jest praca, którą wykonali różni ludzie przez ostatnie kilka lat. Profesjonalizacja dyscypliny zajęła wszystkim dużo czasu. Ja pamiętam jeszcze moment, kiedy grało się w sobotę i niedzielę, dzień po dniu w dwóch różnych miastach. W latach 80. czy 90. zespoły były łączone w pary, nie było fazy play-off, walczyło się systemem dwurundowym… To, co teraz widzimy, to owoc zaangażowania wielu osób, które własnymi rękami zbudowali bardzo solidne fundamenty i dbają o to, by to wszystko wyglądało tak, jak obecnie się prezentuje. Myślę, że nie ma żadnego zagrożenia, że ta struktura może kiedyś w jakikolwiek sposób się zepsuć. Tylko jedno mi się w niej nie podoba – fakt zastanawiania się nad tym, czy jest otwarta, czy zamknięta. Jasnym jest, że system spadków i awansów pod względem czysto sportowym byłby nieco lepszym rozwiązaniem, ale jest jak jest.

Od mniej więcej dziesięciu lat jesteśmy w bardzo ciekawym punkcie rozwoju samej reprezentacji. Obserwujemy "falowanie i spadanie" – przytrafia nam się sukces pokroju srebra mistrzostw czy wygranej w Lidze Światowej, a potem nagle porażka, jak choćby klapa igrzysk olimpijskich w Londynie. Chyba nie można powiedzieć, że zbudowaliśmy tak silną pozycję kadry, jak zrobił to hegemon przez dziesięciolecie, czyli Brazylia. Jak w tym świetle można ocenić rozwój polskiej siatkówki? Czy jesteśmy w stanie wykazać pewnego rodzaju oś spójności w tym, co obserwujemy na międzynarodowych parkietach, czy też jej nie ma, ponieważ ciągle znajdujemy się na etapie nauki od lepszych od siebie?

Myślę, że fakt, że co jakiś czas przy "falowaniu i spadaniu" jesteśmy w stanie zrobić dobry wynik, wygrać Ligę Światową czy zdobyć złoto siatkarskiego mundialu, powoduje, że miara i oczekiwania rezultatów polskiej reprezentacji z każdą kolejną imprezą wzrastają. Jeszcze parę lat temu czwarte miejsce Ligi Światowej przez większość z kibiców i komentatorów zostałoby przyjęte z dobrodziejstwem inwentarza, ponieważ nawet jeżeli nie udało nam się zdobywać medali, to wciąż znajdowaliśmy się w ścisłym gronie najlepszych zespołów świata. Nie da się ukryć, że Brazylijczycy przez dekadę zdołali zdominować siatkówkę, ale należy pamiętać o tym, że zrobiło to raptem szesnastu czy siedemnastu ludzi plus trener. To była i jest bardzo hermetyczna grupa i w tej chwili najlepiej widać, że jako reprezentacja ma kolosalny problem, ponieważ ludzie potrafią grać, ale nie każdy pasuje do wypracowanego kolektywu. U nas jest troszeczkę inaczej, ponieważ angaż do zespołu wygląda bardziej płynnie. Nie potrafię tego wyjaśnić, ale każdy, kto chce wejść do zespołu funkcjonującego już w miarę stabilnie od czasów Anastasiego, zawsze dobrze komponuje się do tej układanki – wypada jeden, za niego wchodzi następny i wszystko nadal działa poprawnie. Wydaje mi się natomiast, że pokolenia, które przyjdą za kilka lat, będą miały ogromny kłopot, ponieważ żeby wejść w te struktury, trzeba będzie być mega silnym nie tylko pod względem fizycznym, ale przede wszystkim psychicznym, by odczekać swoje i w końcu dostać szansę. Szczęściarzem jest Artur Szapluk, który powoli, płynnie znajduje swoje miejsce w kolektywie. Nie da się ukryć, że życie zawodowe sportowców wydłuża się w tej chwili o 20-25 procent, więc młodsi będą walczyli na parkietach zdecydowanie dłużej niż ich koledzy starsi raptem o dziesięć, piętnaście lat. Teraz ludzie, którzy mają 25 lat, będący w dobrej dyspozycji mogą być w niej przez kolejne pięć, sześć sezonów. Mamy zdolne pokolenie osiemnastolatków, ale ono będzie musiało czekać do właśnie 25 roku życia, ponieważ ci starsi ich do kadry nie wpuszczą. Czas pędzi niesamowicie i ktoś będzie musiał być naprawdę niezwykły, żeby wskoczyć do tej grupy. W tym momencie możemy zrobić wszystko poza narzekaniem, ponieważ powinniśmy się cieszyć, że młodych, zdolnych ogniw u nas jest pod dostatkiem. Obejrzałem sobie ostatnio finał mistrzostw świata kadetów. Pierwsze, co zauważyłem, to niesamowity charakter, determinacja, głód zrobienia wyniku i złotego medalu. Widać, że ci chłopcy już od najmłodszych lat przygotowywani są do tego, żeby odnieść sukces. To jest coś, czego na co dzień nie da się wytrenować – z tym trzeba się urodzić.

To jest pokłosie tego, co wcześniej działo się w kadrze. W końcu wyrastali na pokoleniu Gruszki, w którym mimo wszystko aż tak wielu sukcesów nie było.

Oczywiście, że tak. Widziałem kiedyś w gazecie zdjęcie, na którym Piotrek Gruszka wręczał Mateuszowi Mice nagrodę na juniorskim turnieju, a przecież kilka lat później razem występowali w reprezentacji. Tak samo było niedawno, podczas Ligi Europejskiej, kiedy Krzysztof Ignaczak obdarował Damiana Wojtaszka wyróżnieniem dla najlepszego libero. Śmiać mi się chciało z tej sytuacji, ponieważ nie dość, że teraz będą rywalizować ze sobą w klubie, to jeszcze swego czasu Damian wygryzł "Igłę" z reprezentacji. Fajnie jest, więc niech młodzi ludzie wchodzą do gry. Powracając do tematu Artura Szalpuka, to pamiętam, gdy mi powiedział, że już w wieku trzech lat wiedział, że będzie siatkarzem – nie chciał być pilotem, policjantem, strażakiem, a od początku miał świadomość, że będzie grał. Tacy są w tej chwili młodzi siatkarze.

Czy to znaczy, że pozytywnie oceniasz francuską myśl szkoleniową, która ucząc się od Anastasiego, wprowadziła zmiany w stylu Szalpuka, Bednorza czy Bieńka?

Nie wiem, ile w tym tak naprawdę jest francuskiej myśli szkoleniowej. Trudno mi cokolwiek oceniać, ponieważ żeby zrobić to sprawiedliwie, musiałbym być w środku grupy, a tak nie jest. Dzięki temu, że z kilkoma zawodnikami z kadry prywatnie żyję na dobrej stopie, to swoje zdanie na niektóre tematy mam. Nie zmienia to faktu, że najlepszym adwokatem trenera jest wynik drużyny, a kiedy ta zdobywa mistrzostwo świata, to nie ma o czym dyskutować.

Mimo wszystko wydaje się, że jest to myśl odważna, bo gdyby sztab nie był pewny swego, odsuwając Bartosz Kurka od kadry, a później nie zrobiłby wyniku, to zapewne już nie mówilibyśmy o francuskim duecie trenerskim.

Zgadzam się. Patrząc na reprezentację, mimo wszystko się zastanawiam, dlaczego sztab zrezygnował z Jakuba Jarosza, ale trzeba by było być w tej grupie, żeby wiedzieć, co się w niej dzieje. Docierają do mnie argumenty, że Dawid Konarski na krótkim dystansie może być bardziej przydatny, bo da dobrą zmianę, ustawi blok, skończy piłkę, a Kuba potrzebuje trochę więcej czasu, żeby wejść w mecz. To jest jednak odpowiedzialność Antigi i Blaina i to właśnie oni będą ponosić konsekwencje swoich wyborów. Obronią się wyłącznie rezultatami, niczym innym.

Wspomniałam już, że jesteśmy w ciekawym momencie rozwoju polskiej siatkówki, która w tej chwili się zmienia – z kadry odeszli czterej podstawowi zawodnicy. Można powiedzieć, że Mariusz Wlazły wrócił na chwilę i wcześniej przez dłuższy czas go nie było, ale "Igła", "Winiar" i Zagumny przez lata tworzyli zespół i to na ich pracy wyrastały kolejne pokolenia. Po ich odejściu nie ma buforu bezpieczeństwa w stylu "dajmy im sezon na zgranie się przez igrzyskami", ale w zamian jest kilka imprez, na których polski team musi zrobić wynik, bo pojawi się fala krytyki. Należy wymagać czy dać czas?

Nie wiem, trudne pytanie. Odnosząc się do wspomnianych chłopaków, to niestety widać ich brak. Mariusz w ataku to klasa sama w sobie, bowiem zadziwiał regularnością i gdybyśmy dzisiaj mieli go w ofensywie, to sytuacja byłaby inna. Bartoszowi Kurkowi brakuje jeszcze odrobinę stabilizacji. Co do Michała Winiarskiego, to kiedy jest w formie, lepszego na tej pozycji się u nas nie znajdzie, a dodatkowo nawet jeśli ogólnie spisuje się gorzej, to jeden mecz potrafi zagrać tak, że wszystkim opadają szczęki. Ponadto zawsze miał odpowiedni charakter do trzymania grupy od wewnątrz. Tak samo było z Piotrem Gruszką – nie musiał grać, ale musiał być w zespole. Z Pawłem Zagumnym było podobnie. Fabian Drzyzga zupełnie inaczej funkcjonował, mając "Gumę" obok siebie, niż to robi teraz, kiedy w reprezentacji nie ma doświadczonego rozgrywającego. Wracając jednak do głównego pytania, to wydaje mi się, że nikt nie powiedział, że Puchar Świata niekoniecznie jest najważniejszą imprezą sezonu. Może trzeba było zaznaczyć, że jest kolejnym wydarzeniem w szeregu rozgrywek i tak naprawdę przede wszystkim powinno zależeć nam na wyniku na samych igrzyskach…

A może trzeba było powiedzieć, że niekoniecznie należy pchać się wszędzie i brać udział chociażby w Lidze Światowej? Czy warto zmęczyć zawodników z dłuższym stażem w kadrze, aby ograć młodszych?

Myślę, że ze względu na to, że czterech chłopaków opuściło skład po zdobyciu mistrzostwa, to zespół trzeba było budować zupełnie na nowo. Należy grać nawet kosztem tego, że w pewnym momencie może braknąć siły, ponieważ siatkówka jest dyscypliną sportu, gdzie powtarzalność jest kluczowa. Nawet jeśli przez zmęczenie nie udaje się czegoś wygrać, to uczy się funkcjonowania w grupie i z biegiem czasu tworzy się pewnego rodzaju automatyzm. Ważna jest również kwestia rotacji, czyli tego, aby na parkiecie następowały zmiany.

Rotacje rotacjami, ale potrzeba człowieka, który wniesie stabilizację, warto więc zapytać o lidera. Kto według ciebie jest nim w polskim zespole – Michał Kubiak jako kapitan czy chociażby ten, którego wydaje się najbardziej brakowało teamowi, czyli Bartosz Kurek?

Uważam, że nas, jako środowiska siatkarskiego nie stać na to, żeby takich ludzi jak Bartek kiedykolwiek stracić. Bardzo żałuję także, że w kadrze nie ma Zbigniewa Bartmana ze względów, których pewnie nie znamy. Wszyscy zdają sobie natomiast sprawę z jego umiejętności i charakteru, który nobilituje go do tego, żeby być w reprezentacji. Wybory jednak są inne. Michał Kubiak ma znakomitą osobowość do sportu – zawsze chce wygrywać, co widać na boisku. Parkiet pokazuje, że z funkcji kapitana wywiązuje się znakomicie, choć nie wiem, jak to wygląda wewnątrz – przecież normalne jest, że w każdej grupie są mniejsze i większe problemy, nad rozwiązaniem których trzeba pracować. Gdyby jednak źle się spisywał, to myślę, że po powrocie Karola Kłosa straciłby swoją pozycję. Wydaje mi się, że jest postacią bardzo charyzmatyczną, dlatego jest potrzebny w tej roli. Podobną cechą obdarzony jest Fabian. Niemniej jednak istotne jest to, że każdy jest ważny w tej reprezentacji.

Na koniec zapytam przekornie – uda się kiedyś klasnąć "na dwa"?

Nigdy. Nie ma na to najmniejszych szans. (śmiech) Muszę jednak przyznać, że kiedyś w czasie akcji "Kocham siatkę" i meczu Energetyka Jaworzno uczniom szkół podstawowych się udało. (śmiech)

 

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
inne, reprezentacja Polski mężczyzn, Wywiady

Tagi przypisane do artykułu:
,

Więcej artykułów z dnia :
2015-09-07

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2021 Strefa Siatkówki All rights reserved