Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Publicystyka > Cykle > O siatkówce prywatnie > O siatkówce prywatnie: Karol Kłos – cz. II

O siatkówce prywatnie: Karol Kłos – cz. II

fot. archiwum

- Siatkówka czasami potrafi sprawić, że jestem szczęśliwy - na przykład po dobrym meczu, kiedy coś mi wyjdzie na treningach, czy gdy idę na siłownię i nic mnie nie boli, choć równie często powoduje, że jestem smutny - mówi w drugiej części wywiadu Karol Kłos.

Wspomniałeś o różnych obliczach siatkówki – zarówno tych pozytywnych, jak i nieco gorszych. W świetle tego chciałam cię zapytać, czy faktycznie właśnie ona jest dla ciebie źródłem największej satysfakcji i szczęścia?

Karol Kłos: Siatkówka czasami potrafi sprawić, że jestem szczęśliwy – na przykład po dobrym meczu, kiedy coś mi wyjdzie na treningach, czy gdy idę na siłownię i nic mnie nie boli, choć równie często powoduje, że jestem smutny. Teraz może trochę inaczej do tego podchodzę, ale kiedyś, gdy przegraliśmy pojedynek albo ja coś spierniczyłem, to lepiej było do mnie nie podchodzić, bo po prostu byłem w złym nastroju. Zazwyczaj to trwało do następnego dnia, ponieważ każdy kolejny dawał nowe nadzieje i możliwości poprawy. Wiele było podobnych sytuacji. Nawet zdarzyła mi się taka ostatnio – po Final Four Ligi Mistrzów, gdzie zagrałem bardzo słabo, przyszedł duży zawód samym sobą.



Co wtedy przyszło z ratunkiem?

– Rodzina, dziewczyna, z którą staram się nie rozmawiać o siatkówce, choć później wychodzi na to, że cały czas z nią o tym gadam i mówię co mi nie pasuje, a także co powinienem zmienić. Wtedy ona się irytuje i mówi, żebym to zrobił, a nie tylko na to narzekał. (śmiech) To właśnie oni razem dają taką ucieczkę. Teraz, kiedy byłem kontuzjowany, trochę się bałem, że sobie z tym nie poradzę i będzie mi smutno, gdy popatrzę na chłopaków, którzy grają w reprezentacji, latają, jeżdżą, wygrywają. Mogę przyznać otwarcie, że kiedy awansowali do Final Six to, mimo tego, że byłem na miejscu, nie czułem się najlepiej – było mi smutno, ponieważ nie mogłem przyczynić się do sukcesu i zaprezentować się na boisku. Jakoś sobie jednak z tym poradziłem i przyznam, że byłem zdziwiony, że tak dobrze mi poszło. Wydaje mi się, że choć trochę dorosłem i wiem, że zdrowie jest najważniejsze – czasami po prostu trzeba trochę mocniej popracować, bardziej odbudować formę i patrzeć w przyszłość, żeby później było lepiej. Z drugiej strony, dawno nie miałem aż tyle wolnego, które spędziłem w domu z najbliższymi, więc także się cieszyłem.

Czyli temat tabu – zazdrość – też się pojawia.

– Tak, oczywiście! O tym się nie mówi, a myślę, że każdy gdzieś tam czasem ją czuje w momencie, gdy drugiemu idzie trochę lepiej. W mojej ocenie mimo wszystko jest to zazdrość zdrowa, bo mobilizuje do pracy, a nie generuje wzajemnego podstawiania sobie nóg – po prostu chce się udowodnić, że jest się w wyższej dyspozycji niż kolega.

Ciężko jest spojrzeć w oczy koledze, z którym rywalizuje się o wyjazd na daną imprezę? Jesteście kolektywem, grupą, która musi funkcjonować idealnie, by prezentować to, co prezentuje na boisku. Nie wierzę, że takie sytuacje nie mają żadnego wpływu i że w momencie, gdy jeden jedzie na turniej, a drugi nie, to tylko pogłaszczecie się po głowach i pogratulujecie dobrej dyspozycji.

– Nie, tak na pewno nie jest, ale myślę, że dobrą stroną tej trudnej sytuacji jest fakt, że my się po prostu rozumiemy i wiemy, że jest to wkalkulowane w codzienność sportowca. Zdajemy sobie sprawę z tego, że jeżeli chcemy, by to dobrze funkcjonowało, to musi być jeden człowiek, który będzie wszystkim zarządzał i decydował, czyli szkoleniowiec. Oczywiście, że zdarzały się sytuacje, kiedy ktoś był słabszy i jechał zamiast drugiego, ale zazwyczaj jest tak, że na daną imprezę wybiera się najmocniejsze ogniwa i to one wygrywają, a ci trochę słabsi odpadają. Myślę, że przed większą imprezą wszyscy to już w jakiś sposób przeżyliśmy.

Rozmawiamy w tej chwili o różnych odcieniach siatkówki. Chciałam cię zapytać, czy to jest właśnie to, co nauczyło cię w życiu najwięcej?

– Wiem, że nauczyła mnie sporo, ale w dwóch odcieniach. Dzięki niej mam wielu znajomych, pochodzących ze wszystkich stron świata, których udało mi się poznać. Staramy się utrzymywać kontakty – najlepszym tego przykładem są znajomości klubowe z Argentyńczykami, Francuzami, Niemcami czy Serbami. Bez sportu nie poznałbym tylu odmiennych ode mnie osób i nie zobaczyłbym świata. Jako młody chłopak nawet nie zdawałem sobie sprawy z tego, że ten świat może być zarówno piękny, jak i wielki. Żyłem sobie na obrzeżach Warszawy i nie wiedziałem nic.

A jak zmieniło cię zdobycie mistrzostwa świata?

– Na pewno dało mi trochę pewności siebie, ale czy bardzo zmieniło? Myślę, że nie. Bałem się trochę samego zdobycia tytułu, ponieważ po tym wydarzeniu nadal trzeba było ostro trenować, żeby nie spaść z osiągniętego poziomu. Teraz nie gram w pierwszym składzie, wchodzę od czasu do czasu na boisko, pojawiają się kontuzje, problemy – nie jest aż tak kolorowo, jak wszyscy myślą. Nie ma wielkich kontraktów reklamowych, ponieważ siatkówka to nie jest piłka nożna. (śmiech) Kiedyś nawet sobie mówiliśmy: „Gdybyśmy zdobyli mistrzostwo świata, to zrobilibyśmy to, to i to”, a w tej chwili nawet nie ma na to czasu. Nie sądziliśmy z Andrzejem, że na szyjach zawieszą nam złoto mundialu, choć mimo wszystko wiele sobie po tym obiecywaliśmy. Potem trzeba było wrócić do klubu i nadal normalnie pracować…

Po zdobyciu mistrzowskiego tytułu łatwo było sobie postawić kolejne cele i znaleźć mobilizację?

– Jeżeli człowiek wypocznie tak jak ja w tej chwili odpocząłem od siatkówki, to wydaje mi się, że jest dużo łatwiej, niż to było od razu po mistrzostwach. Mogę przyznać otwarcie, że było bardzo trudno zmotywować się do dalszych treningów, ponieważ wyglądało to tak, że zdobyliśmy złoty medal, a po czterech dniach dostaliśmy wezwanie do stawienia się do klubu. W takiej sytuacji nie ma nawet czasu, żeby się cieszyć z sukcesu, posiedzieć z rodziną. Na szczęście mundial odbył się w Polsce, choć i tak nie było chwili do odsapnięcia. Co ciekawe, dopiero po kilku miesiącach od zdobycia tytułu spotkałem się z niektórymi znajomymi i opowiedziałem jak to było, ponieważ wcześniej nie miałem takiej możliwości.

Spotykamy się w momencie, kiedy minęło już trochę czasu od mistrzostw. Tak jak wspomniałeś, w tej chwili jesteś w zupełnie innej pozycji, niż byłeś wtedy – nie jesteś kapitanem i przez dłuższy czas nie grałeś z powodu kontuzji. Potrzebowałeś takiej lekcji pokory?

– Nie wiem. Po prostu tak się złożyło i trzeba było się z tym zmierzyć. To faktycznie jest niezłe „combo”, ale całe szczęście widzę już światełko w tunelu. Nie chcę zapeszać, ale bardzo się cieszę, że jest już coraz lepiej z kolanami i że w porównaniu do tego, co działo się w trakcie sezonu ligowego, nie przeszkadzają mi już w graniu. To niebo a ziemia. Czuję się dużo lepiej pod względem fizycznym i mam większą ochotę do walki – nabrałem jej głodu. Jak się okazało, w tym czasie koledzy nie próżnowali, bowiem pojawił się Mateusz Bieniek, który okazał się strzałem w dziesiątkę, ciągle jest Piotr Nowakowski, który od zawsze był mocnym punktem na środku. Ja też mam tam jakieś swoje miejsce – na szczęście je sobie znalazłem, mogę trenować i grać.

Wspomniałeś o niebie i ziemi. Czy czasem potrzebujesz sprowadzenia nieco w dół?

– Myślę, że każdy z nas popłynął trochę po zdobyciu mistrzostwa globu. Wydaje mi się, że wszyscy pomyśleli: „Zrobiliśmy coś wielkiego i może teraz nie trzeba aż tak mocno trenować i dawać z siebie wszystkiego”. Przyznam szczerze, że podczas tego sezonu nie miałem psychicznie i fizycznie siły do tego, żeby dać z siebie sto procent, tak jak to robiłem w czasie wspomnianej imprezy. Wiedziałem, że nie jestem dobrze przygotowany do ligowych rozgrywek. Rzecz jasna nie mówię tu o ludziach, którzy za ten aspekt byli odpowiedzialni w klubie – po prostu nie było czasu, żeby zrobić to należycie. Dzięki tej sytuacji mam na swoim koncie kolejne trudne doświadczenie i gdyby trafił się kolejny złoty medal, to jakoś bym sobie z tym poradził. (śmiech)

Wiara też utrzymuje cię w pionie?

– Zostałem wychowany w religii katolickiej i wierzę w Boga. Uważam, że jest sens życia, które trwa w tej chwili na ziemi i ma ono przełożenie na to, co po śmierci. Wiara dodaje mi pewności siebie, bo oddaję wszystko, co się ze mną dzieje. Czasem na boisku mają miejsce sytuacje, które źle się toczą i potem losy wielu siatkarzy są po prostu przykre – kontuzje, urazy i tak dalej. Czuję się pewniej, kiedy powierzam się w ręce wyższych sił.

To, co mówisz jest bardzo niepopularne.

– To, że ludzie wierzą w Boga?

Nie, że się do tego przyznają.

– Kiedyś już o tym wspominałem, ale powiem jeszcze raz – religia mnie ukształtowała i obok rodziców zrobiła ze mnie lepszego człowieka. To dzięki niej rozróżniam dobro od zła i nie wplątuję się w różne sytuacje, które mogłyby pociągnąć za sobą negatywne konsekwencje. Dużo jej zawdzięczam. Wiadomo, że nie jestem w stu procentach dobry, ponieważ nikt nie jest, ale dzięki niej staram się zmieniać na lepsze.

Cieszę się, że rozmawiamy na poważnie, bo niewiele jest wywiadów, których udzieliłeś w takim tonie. Chciałabym teraz, abyś podsumował nieco to, jak się zmieniłeś od Karola, który trenował w Warszawie, po Karola, którym jesteś teraz. Rzecz jasna nie o sam wiek mi chodzi.

– Ech, no właśnie jestem już trochę starszy. Dopiero ostatnio zdałem sobie sprawę z tego, że coraz bliżej mi do trzydziestki, a cały czas czuję, jakbym miał może ze dwadzieścia lat. (śmiech) Czy to przeraża? Trochę tak, bo mam świadomość, że zostało mi coraz mniej grania. Nie wiadomo, kiedy leci sezon za sezonem… Udało się coś wygrać, a także trochę przegrać, choć mam nadzieję, że ten najlepszy czas jest ciągle jeszcze przede mną. Co do samego porównania, to już chyba nawet nie pamiętam, jaki był Karol z AZS-u Politechniki. Wiem, że pierwszy sezon był fantastyczny, a drugi sprowadził mnie od razu na ziemię, ponieważ spadliśmy z ligi, a to była dla mnie spora lekcja. Ten Karol, który pojawił się w Skrze, po raz pierwszy posmakował siatkówki na najwyższym poziomie i dużo czasu zajęło mu to, żeby znaleźć się w tym miejscu, w którym jest teraz. Wysiedziałem swoje na ławce. Obecnie moja pozycja w kadrze się zmieniła, ale wiem, jak sobie z tym radzić, bo doświadczyłem trudów i spadków formy już wcześniej. Wyciągnąłem lekcje z tego wszystkiego.

A czego mogłabym życzyć Karolowi Kłosowi?

– Dużo zdrowia i szczęścia, bo podobno ci, którzy płynęli na Titanicu nie byli chorzy, a i tak zabrakło im farta. (śmiech)

Zobacz również:
O siatkówce prywatnie: Karol Kłos – cz. I

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Cykle, inne, O siatkówce prywatnie, Publicystyka, Wywiady

Tagi przypisane do artykułu:
, , ,

Więcej artykułów z dnia :
2015-09-06

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved