Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Publicystyka > Cykle > O siatkówce prywatnie > O siatkówce prywatnie: Karol Kłos – cz. 1

O siatkówce prywatnie: Karol Kłos – cz. 1

fot. archiwum

Nie tylko siatkówka, także ludzie mają wiele twarzy, o których nie zawsze mówi się głośno. - Twardo stąpam po ziemi. W codzienności nie robię wszystkim żartów i fotek, ale jeżeli pojawia się taka możliwość, to z niej korzystam – przyznał Karol Kłos.

Jesteś jednym z najbardziej medialnych siatkarzy. Czy nie wydaje ci się, że istnieje niebezpieczeństwo, że mógłbyś zostać określony mianem gracza, który poświęca więcej czasu na tego rodzaju aktywność niż na budowanie własnej formy?

Karol Kłos:Uważam, że istnieje pewne niebezpieczeństwo, ponieważ ludzie mogą zarzucać mi, że szerzej funkcjonuję w mediach społecznościowych, niż zajmuję się siatkówką. Myślę, że mimo wszystko chyba dość mocno widać, że moje całe życie podporządkowane jest dyscyplinie sportu, którą uprawiam. Fakt, że poszczególne osoby tego nie rozumieją, to naprawdę nie jest mój problem. Ja na pewno nie będę się tym przejmował, ponieważ z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że sposób organizacji mojego czasu w większości generowany jest przez to, co robię zawodowo. Daję z siebie wszystko, żeby na boisku prezentować się jak najlepiej, a w wolnym czasie, podkreślam, w wolnym czasie robię coś innego – wrzucam posty na Facebooka, organizuję różne akcje również po to, żeby się nie nudzić…. Jeśli przy okazji moja medialna aktywność podoba się kibicom, to jest jeszcze lepiej.



Usłyszałeś kiedyś „mniej internetu, więcej treningu”?

– Tak, zarówno w moim kierunku, jak i Andrzeja [Wrona – przyp. red.] padły takie słowa. Szkoda jednak w ogóle o tym wspominać, ponieważ takie słowa po prostu zawsze będą się pojawiać. Każdy w swoim życiu usłyszał coś nieprzyjemnego, a mnie mimo wszystko cieszy to, że dużo więcej jest tych pozytywnych komentarzy. Właśnie dlatego między innymi obraliśmy taki kierunek kontaktu z kibicami.

Czyli ciągnie cię do medialnej strony popularności?

Aż tak nie, ponieważ nigdy w życiu nie chciałbym zostać celebrytą. Przede wszystkim zależy mi na tym, by pokazać swoje życie jako siatkarza z nieco innej strony. Bardzo lubię także, kiedy ludzie komentują wpisy, zaznaczając, że poprawiłem im humor, gdy mieli gorszy dzień. Wydaje mi się, że fani czekają na takie posty, ponieważ to, co się dzieje wokół siatkówki, czyli grę i treningi, można obejrzeć bez problemu, natomiast inne aspekty naszej współpracy gdzieś kibicom umykają. Tu otwiera się pole do popisu – możemy zrobić zdjęcie, nagrać filmik, zorganizować jakąś akcję, konkurs i dać się poznać z szerzej nieodkrytej strony.

Mimo wszystko jak na sportowca dość mocno wpuszczasz ludzi do swojej prywatności. Nie boisz się konsekwencji takich kroków?

Ludzie i tak sami w nią wchodzą. (śmiech) Prawda jest taka, że w tej sytuacji wolę im dać coś od siebie i mieć trochę więcej spokoju niż zakrywać wszystko. Jeszcze nie idą za mną do domu, choć raz się zdarzyło, że przed meczem w Bełchatowie usłyszałem pukanie do drzwi i prośbę o autograf. Mimo wszystko mam jeszcze granicę, której myślę, że nigdy nie przekroczę. Wydaje mi się, że każdy człowiek powinien ją ustanowić, a to, że u mnie może jest nieco dalej postawiona niż u innych siatkarzy, jest chyba plusem, ponieważ ludzie traktują mnie jak normalnego człowieka. To, że jestem siatkarzem i w jakiś sposób stałem się rozpoznawalny, nie oznacza, że chodzę z głową w chmurach i czuję się lepszy od innych.

Nie zmienia to faktu, że otwierając drzwi do prywatności, dajesz innym asumpt do tego, żeby nieco szybciej i boleśniej oceniali zarówno ciebie, jak i twoich bliskich.

– Rzecz jasna pokazuję moją dziewczynę, ale ona także ma swój oficjalny profil, więc świadomie zdecydowała się na to, by nasza relacja stała się jawna. Nie boimy się konsekwencji tego ruchu. Wiadomo, że nie wpuszczę ludzi z kamerami do domu.

Ale wiesz, że deklaracja poczyniona w mediach społecznościowych jest deklaracją na całe życie…

– (śmiech) Ale podobno Facebook się już kończy, teraz jest era Instagrama.

Mimo wszystko internet nie zapomina podejmowanych decyzji. Nie obawiałeś się i tego?

– Nie, ponieważ dokładnie analizuję każde zdjęcie czy film w obawie o to, by nie zostały źle odebrane. Niektórych fotografii nie publikowałem, ponieważ wiedziałem, że ich recepcja nie będzie najlepsza. Pilnuję się z tym, co wrzucam do sieci, więc wszystko jest pod kontrolą.

W takim razie wydaje się, że twój związek jest już bardzo poważny, skoro nie odcinasz się od niego w sieci.

– Jesteśmy razem już siedem lat, więc potwierdzam, że jest to bardzo poważna sprawa. (śmiech)

Skoro jesteśmy już przy temacie kobiet, to przy nim pozostańmy. Kiedy uzyskałeś pewność, za którą poszły też publiczne deklaracje?

– Nie zastanawiałem się nad tym jakoś głęboko – to po prostu samo wyszło. Ona też zawsze bardzo dobrze się bawi, kiedy wrzucę coś śmiesznego na Facebooka – sama komentuje, czy sprawdza, co piszą ludzie. Stało się, jak się stało. Tak jak powiedziałem, jesteśmy ze sobą już długo, więc jest to coś poważnego i nie boimy się tego.

Czy trudno jest obronić taki związek w sytuacji, w której się znaleźliście? Zdajesz sobie przecież sprawę z tego, że popularność, która idzie za twoją osobą, jest napędzana głownie przez żeńską część widowni.

– Tak, to prawda – wiem, bo z Andrzejem sprawdzaliśmy nawet statystyki. (śmiech) Jeżeli chodzi o obronę relacji, to w grę wchodzi duże zaufanie i dystans, który ma się do sprawy. Ktoś kiedyś porównał „lajki” i komentarze na Facebooku do pieniędzy z gry Monopoly – my dzięki takim, a nie innym krokom zyskujemy popularność, ale niewiele za tym idzie, tylko tyle, że kobiety nas rozpoznają, zaczepiają, robią sobie z nami zdjęcia. Z moją dziewczyną znamy się bardzo dobrze, świetnie się dogadujemy, a w temacie mediów społecznościowych również mamy jedno stanowisko, więc to generuje ogromne zaufanie do siebie nawzajem. Zdaję sobie sprawę z tego, że mnie ciągle nie ma. Mam nadzieję, że mimo to nigdy nie stworzyłem sytuacji, w której ona mogłaby się czuć zagrożona.

Potrafisz wynagrodzić swoją nieobecność?

– Staram się, ale bardzo trudno jest nadrobić stracony czas w momencie, kiedy wraca się do domu na trzy dni. Mimo to robię wszystko, by dać z siebie wiele – nie powiem jak, ponieważ nie chcę wpuszczać ludzi aż tak głęboko do swojej prywatności. (śmiech) Tak naprawdę wydaje mi się, że nawet nie zdaję sobie sprawy z tego, ile ta wymuszona przeze mnie samotność kosztuje moją dziewczynę. W tej chwili widzę to lepiej, ponieważ wiem, że wyjeżdżamy na trzy tygodnie, by potem wrócić na kilka dni do domu, a następnie pojechać na kolejny turniej, co sprawia, że znów mnie z nią nie będzie przez dłuższą chwilę.

Wiadome jest, że ulegamy interpretacji przez samych siebie, a ty dodatkowo przepuszczasz swoją osobę przez pryzmat mediów, które zniekształcają. Chciałam cię zapytać, ile prawdziwego Karola Kłosa jest w tym, co tworzysz, a w jakim stopniu jest to świadoma kreacja?

– Jej, trudne pytanie. O to, ile jest prawdziwego Karola w medialnym, należałoby zapytać chociażby moich kolegów czy dziewczynę. Myślę, że jest to tylko ułamek. To nie jest reality show, gdzie ktoś chodzi za mną z kamerą 24 godziny na dobę. To tylko małe fragmenty z mojego życia i trudno z nich „zlepić” obraz realnego mnie, więc jakoś się tym wszystkim za bardzo nie przejmuję.

A masz więcej wyrozumiałości do kibiców, którzy przez to, że wyciągasz do nich rękę, jeżeli chodzi o twoją prywatność, uważają, że znają prawdziwego Karola?

Czasem jest mi smutno, ponieważ ludzie mnie nie znają i oceniają, ale takie jest życie. Ja też kilka razy spotkałem się z miłymi komentarzami osób, które w kontekście pozytywnym mówiły mi o tym, że jestem zupełnie inny, niż się wydaje, że powinienem być. Myśleli, że jestem zadufany, a przy bliższym poznaniu, powiem nieskromnie, przyznawali, że jestem spoko gościem. Każdy odbiera tworzony wizerunek na swój sposób. Tak jak już mówiłem, nie traktuję mediów jako cel. Są one jedynie dodatkiem, który daje mi dobrą zabawę, na przykład poprzez udostępnienie śmiesznych filmików czy zrobienie psikusa Andrzejowi.

Czujesz, że przez to, co wymieniłeś, przylgnęła do ciebie łatka „Karola-wesołka”, który niezależnie od nastroju ma przede wszystkim bawić wszystkich dookoła?

– Na pewno nie jestem w znakomitym nastroju przez cały dzień i życie, tak jak każdy normalny człowiek. Słyszałem kiedyś, że komicy, ludzie, którzy bawią innych są najbardziej nieszczęśliwymi osobami ze wszystkich. Sami mają się źle, a mimo to wielu dzięki nim się śmieje. Czy ze mną tak jest? Nie wiem, choć nie jestem aż takim komikiem. Staram się co prawda wstawiać na profil wesołe rzeczy, poprawiające wszystkim humor, ale nie zawsze uderzam w ten ton. Nie jestem non-stop „wesołym Karolem”. Czasami po przegranym meczu wkurzam się, jestem bardziej nerwowy i mogę być ciut niemiły dla ludzi, ponieważ nie do wszystkich podejdę czy dam autograf. Też trzeba to zrozumieć, ponieważ my siatkarze również możemy być zmęczeni – zawsze przecież istnieje możliwość spotkania się i rozmowy następnego dnia. Staram się oczywiście tak nie postępować, ale zdarza się tak, że przepraszam i odchodzę. Podsumowując, Karol nie jest aż takim wesołkiem, na jakiego wygląda. (śmiech)

To kiedy pokazujesz tę swoją poważniejszą odsłonę?

– Wydaje mi się, że jestem osobą, która niekoniecznie wszystko w swoim życiu stara się budować „na wesoło”. Życie już mnie doświadczyło i twardo stąpam po ziemi. W codzienności nie robię wszystkim żartów i fotek, ale jeżeli pojawia się taka możliwość, to z niej korzystam. Teraz wyjdzie na to, że na Facebooku i Instagramie jestem zupełnie innym człowiekiem i wszyscy „odlubią” moje profile. (śmiech) Przegram bitwę z Andrzejem! Ale on chyba w sumie jest bardziej medialny niż ja.

Twierdzisz więc, że potrafisz poważnie rozmawiać o życiu. Powiedziałeś, że cię doświadczyło. Co w takim razie najbardziej cię zmieniło?

– Myślę, że ogromny wpływ na to, kim obecnie jestem, miała siatkówka. Wydaje mi się, że widać to u większości sportowców – kiedy mieli jakieś mniejsze czy większe problemy, to dyscyplina sportu, którą uprawiali, pomagała im poukładać wszystko tak, jak być powinno. Dzięki niej wychodzili na prostą, zapominali o całym życiu dookoła, skupiając się wyłącznie na treningu, który trwał w danym momencie. Na zawsze zapamiętam to, co powtarzał mi trener z Metra Warszawa – jak się wchodzi do hali, to przekracza się pewien próg i jest się kimś zupełnie innym. Fakt, że oblało się test w szkole, że coś poszło nie po naszej myśli, że możemy nie przejść do następnej klasy, czy że pojawiły się problemy z kolegami, rodzicami ma zniknąć wraz z momentem, kiedy stawia się pierwsze kroki na parkiecie. Wtedy zaczyna się zupełnie nowy świat, w którym musimy zrobić wszystko, aby być jak najlepsi. To jest dobre sformułowanie, o którym staram się pamiętać, gdy jest trudno. Wiadomo, że nie zawsze zdarzy się tak, że człowiekowi uda się wyrzucić wszystkie swoje kłopoty na zewnątrz i będzie się skupiał wyłącznie na grze, ponieważ czasem problemy biorą górę, przeszkadzają się skoncentrować. Mimo wszystko przeważnie podczas ćwiczeń można się wyżyć i wyrzucić z siebie to, czego powinniśmy się pozbyć. Ja tak często robiłem.

Na ile dobre jest takie oderwanie się od rzeczywistości za pomocą sportu? Czy czasem nie przeszkadza? Na ile dystans, który daje, jest zdrowy?

– Uważam, że jest zdrowy, ponieważ lepiej jest wyżywać się na piłce niż pod sklepem z kolegami pić wino, żeby zapomnieć o swoich problemach. Tylu ludzi popada w skrajności, uzależnienia, więc lepiej jest zostawić złe emocje na boisku.

Ale z drugiej strony oddziałuje też na wzajemne relacje i to nie zawsze pozytywnie, więc nie wszystko jest tak całkowicie w porządku.

– W siatkówce jest jak w życiu – wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Wszyscy myślą, że mamy cudowne życie, bo uprawiamy sport, ale nie ma się co temu dziwić, ponieważ widzą jedynie naszą prezencję na boisku. Nie wiedzą, ile czasu spędzamy na treningu, dlatego potem pojawiają się komentarze dotyczące tego, byśmy lepiej skupili się na ćwiczeniach, a nie na czymkolwiek innym. Koło się zamyka. Z czasem oczywiście zaczyna przeszkadzać fakt, że ktoś organizuje nam życie, a my jesteśmy temu całkowicie podporządkowani. Normą są sytuacje, kiedy rozpisuje się nam wolne na trzy dni, a potem okazuje się, że tego czasu jest mniej albo w ogóle przepada. Przez takie momenty nauczyłem się, żeby nie planować, ponieważ co chwilę coś się zmienia – czy to godziny posiłków, czy też treningów i chwil na odpoczynek

Druga część wywiadu już w niedzielę

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Cykle, O siatkówce prywatnie, PlusLiga, Publicystyka, reprezentacja Polski mężczyzn, Wywiady

Tagi przypisane do artykułu:
,

Więcej artykułów z dnia :
2015-09-05

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved