Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Publicystyka > Artykuły > VolleyBox 7: Stay Strong

VolleyBox 7: Stay Strong

fot. Michał Ślusarski

Kontuzje to nieodłączny element każdego sportu. Uraz urazowi nie jest równy i czasami powrót do gry trwa kilka dni, a czasami kilka miesięcy. Nieobce są również przypadki, kiedy po kontuzji dany zawodnik już nigdy nie wracał na siatkarskie salony.

Przemku,

wiem, że jesteś człowiekiem związanym z siatkarskim środowiskiem w sposób wyjątkowy, dlatego temat, który chciałbym dzisiaj poruszyć, będzie pewnie bliższy tobie niż mnie, czyli osobie interesującej się siatkówką w sposób tylko i wyłącznie teoretyczny (niestety). Pisząc te słowa, mam na myśli to, że tobie łatwiej będzie wczuć się w pewne sytuacje, gdyż pewnie niejako znasz je z tej najbliższej perspektywy. Perspektywy parkietu, perspektywy tego, co się myśli w trudnych chwilach i perspektywy ogólnych nastrojów w drużynie, w której się występuje.

Kontuzje są nieodłącznym elementem każdego sportu. Nawet w szachach można dostać odcisków od figur szachowych, w curlingu można zostać potrąconym przez kamień lub zetrzeć sobie buty miotełką i doznać ciężkiej kontuzji śródstopia (wybacz moją ignorancję w odniesieniu do nazw narzędzi niezbędnych do uprawiania tegoż sportu). Nie inaczej jest w siatkówce. W ostatnich latach niejednokrotnie kibice w wielu polskich halach wstrzymywali oddech, kiedy z grymasem bólu na twarzy, trzymając się za którąś kończynę, upadał na parkiet zawodnik tej bądź innej drużyny. Wiadomo, że uraz urazowi nie jest równy i czasami powrót do gry trwa kilka dni, a czasami kilka miesięcy. Nieobce są również przypadki, kiedy po kontuzji dany zawodnik już nigdy nie wracał na siatkarskie salony.



10 listopada 2010 roku, jako obserwator spotkania rozgrywanego pomiędzy Asseco Resovią Rzeszów a ZAKSĄ Kędzierzyn-Koźle, byłem niejako świadkiem kontuzji, jakiej doznała jedna z ikon polskiej siatkówki, tj. Sebastian Świderski. Muszę przyznać, że było to szczególne przeżycie, gdyż dla mnie „Świder” był obecny w siatkarskim świecie praktycznie od momentu, kiedy zacząłem się tym światem interesować. I właśnie wtedy po raz pierwszy odczułem potęgę polskich kibiców. Był to mecz na szczycie ligi, gdzie dla fanów obu ekip liczyło się tylko jedno – zwycięstwo. W momencie odniesienia kontuzji przez Świderskiego wynik stał się sprawą niejako drugorzędną. Cała hala jak jeden mąż skandowała nazwisko ówczesnego kapitana zespołu z Kędzierzyna-Koźla.

Równie wzruszającym był moment konferencji prasowej, na którą prowadzący w tamtym czasie drużynę ZAKSY Krzysztof Stelmach stawił się sam, a na pytanie, czy zjawi się ktoś jeszcze z ramienia jego klubu, odpowiedział w stylu – nie, mój kapitan jest w szpitalu i nie mam zamiaru go nikim zastępować. To był przełomowy dzień zarówno dla „Świdra”, jak i całej polskiej siatkówki, gdyż to właśnie uraz odniesiony w tym spotkaniu praktycznie przekreślił szanse na kontynuowanie przez niego kariery zawodniczej.

Więcej szczęścia miał kapitan Asseco Resovii Rzeszów, Olieg Achrem, który podobnej kontuzji nabawił się 4 kwietnia 2014 roku w meczu przeciwko… ekipie ZAKSY Kędzierzyn-Koźle. Popularny „Alek” dostał jednak szansę od losu i po trzystu dniach przerwy spowodowanej urazem wrócił do gry. Achrem nie mógł również narzekać na brak wsparcia od kibiców. Niejednokrotnie lokalny klub kibica organizował akcje, mające podnieść na duchu kapitana ich ukochanej drużyny. Nikt na Podpromiu nie przechodził obok niego obojętnie, wszyscy życzyli mu szybkiego powrotu do zdrowia.

Wszystko wskazuje na to, że mu się udało. W sezonie 2015/2016 kibice zarówno Asseco Resovii, jak i całej PlusLigi będą mogli na nowo oglądać Białorusina z polskim paszportem w akcji. Osobiście jednak najbardziej nie mogę doczekać się powrotu do gry Grzegorza Boćka. Dla mnie ten człowiek jest osobistym motywatorem. Nie znam go osobiście, nie miałem nigdy okazji z nim porozmawiać i przeprowadzić wywiadu. Grzesiek stracił sezon. Nie zagrał ani przez sekundę w poprzednich rozgrywkach PlusLigi, a wygrał więcej niż wszyscy zawodnicy naszej ligi naraz.

Pomimo młodego wieku przeszedł więcej niż niejedna osoba przez całe życie. Kilka słów do ciebie, panie Bociek, jeśli jakimś cudem przeczytasz ten tekst: „Przy najbliższej okazji, kiedy będę obecny na spotkaniu ZAKSY Kędzierzyn-Koźle – wiedz, że idę po ciebie”. Dobra – źle to zabrzmiało, ale chętnie przeprowadzę z panem wywiad i mam nadzieję, że będzie mi to dane!

Wracając do kibiców, podobnie jak w przypadku kontuzji dwóch wcześniej przeze mnie przywołanych zawodników – ich wsparcie praktycznie nie miało końca. Myślę, że w pewnym sensie i oni dołożyli małą cegiełkę do powrotu do zdrowia Grzegorza Boćka.

Jak czytacie nasz cykl, pewnie wiecie, że niedawno byłem na meczu żużlowym. Jestem Polakiem, więc byłem raz i się znam. Widziałem na żywo kilku znanych i dobrych zawodników. Między innymi pewnego Australijczyka – Darcy Warda. Każdy pewnie słyszał o jego wypadku i tragicznej w skutkach kontuzji. Kibice jak zwykle okazali się niezawodni. Swoje #StayStrongDarcy przekazały nawet nasze Orły Antigi. Świetne jest to, że nie jesteśmy obojętni na siebie i ludzką krzywdę. Świetne jest to, że wychodzimy ponad podziały, ponad przywiązania klubowe, mało tego – ponad preferencje sportowe. W takich sytuacjach wszyscy jesteśmy po prostu kibicami. I oby tak było zawsze. #StayStrong.

 

Patryku,

to, o czym napisałeś w siódmym odcinku VolleyBoxa, kompletnie mnie zaskoczyło. Temat kontuzji to temat niechciany w sporcie, temat, którego każdy zawodnik unika jak ognia, w pewnym sensie jest to tabu. Odwiecznie zadawane przez dziennikarzy pytanie przed świętami Bożego Narodzenia: „to czego jeszcze panu/pani życzyć w nowym roku?” najczęściej kończy się tak samo – „zdrowia, bo to dla nas sportowców najważniejsze”. I tak jest w rzeczywistości – zdrowie jest najważniejsze. Sam coś o tym wiem, choć moja sportowa „kariera” sięga jedynie rozgrywek III ligi – kontuzje chodzą po ludziach i każda przerwa od treningów jest karą i największą nieprzyjemnością.

Wśród podanych przez ciebie przykładów da się zauważyć budzącą grozę tendencję – grasz przeciwko ZAKSIE, to doznasz kontuzji. Mimo że klub z Kędzierzyna-Koźla mi za to nie płaci, stanę w jego obronie: nie straszmy innych sportowców ZAKSĄ, bo nikt z zespołem z Opolszczyzny nie będzie chciał zagrać! Osobiście liczę na to, że fatum ZAKSY (o ile o czymś takim w ogóle można mówić) zakończyło się z dniem, w którym Grzegorz Bociek wrócił do gry w pełni zdrów po walce ze swoją chorobą.

Wszystkie opisane przez ciebie przypadki powodują na mej skórze gęsią skórkę, bo w każdym z nich było coś bardzo trudnego. Genialny gracz, jakim był Sebastian Świderski, musiał podjąć decyzję o zakończeniu kariery, Olieg Achrem musiał przez długie i żmudne dni, tygodnie i miesiące walczyć o swój powrót do pełnej sprawności, natomiast największą walkę stoczył atakujący ZAKSY – walkę o życie. Mimo zakończenia kariery sportowej przez „Świdra” wydaje mi się, że wszyscy okazali się zwycięzcami.

Przykładów kontuzji w sporcie jest ogromnie dużo, ale po takich sytuacjach można poznać, kto ma przysłowiowe „jaja”. Do osób, które mnie inspirują w kwestii powrotu do sportu wyczynowego po poważnej kontuzji, jest Marcin Wasilewski. Chyba każdy widział obrazek, w którym noga walecznego „Wasyla” wygina się jak gumowy patyczek po brutalnym wejściu rywala. Piłkarz kadry Polski wiedział, że to, co kiedyś było nogą, teraz jest kupą złomu, którą trzeba będzie poskręcać, pospawać i połatać, by wrócić do uprawiania sportu, który się kocha. I dał radę, stał się ikoną twardziela i polskim Johnem Rambo.

Kolejny przykład, który budził moją grozę, to kontuzja odniesiona przez Łukasza Żygadło na starcie jego przygody z siatkarskim Realem – Zenitem Kazań. Pan Łukasz również nie miał łatwo, walczył o powrót na boisko przez długi czas, ale… udało mu się. Pokazał hart ducha i teraz znów dyryguje grą bardzo dobrych zespołów w Europie.

Sport to zdrowie – tak głoszą wszystkie slogany zachęcające dzieci, młodzież, dorosłych i seniorów do uprawiania sportu. Według mnie jest to w połowie kłamstwo. Sport amatorski, uprawiany w sposób rekreacyjny i wyłącznie „dla siebie” jak najbardziej wpisuje się w kanon życia „fit i healthy”, ale na tym koniec. Sport amatorski, w którym pojawia się cel w postaci wyniku sportowego, sport półamatorski i ten w pełni profesjonalny, a nawet wyczynowy to zupełnie inna bajka. Dbałość o zdrowie w mniejszych klubach (nie tylko siatkarskich) jest znikoma, bo znikome są też fundusze, którymi dysponuje klub. W pierwszej kolejności pieniążki wydaje się na inne sprawy niż ochrona zdrowia i prewencja, zapobieganie urazom. Jeden z naszych kadrowiczów (specjalnie nie powiem który) powiedział kiedyś: „Wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, że po zakończeniu kariery będziemy półkalekami. Bierzemy to na siebie, bo kochamy to, co robimy”. I po tych słowach chyba wiadomo już wszystko. Ze sportem jest jak z narkotykiem – uzależnia i ciężko jest pójść na odwyk. Choćby nie wiadomo jakie ryzyko za sobą niósł.

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Zapraszamy na naszego strefowego facebooka!

źródło: inf. własna

nadesłał: ,

Więcej artykułów z kategorii :
Artykuły, inne

Tagi przypisane do artykułu:
, ,

Więcej artykułów z dnia :
2015-09-02

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2021 Strefa Siatkówki All rights reserved