Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > siatkówka plażowa > Alicja Leszczyńska: Chciałabym kontynuować występy na plaży

Alicja Leszczyńska: Chciałabym kontynuować występy na plaży

fot. archiwum

Znana polskim kibicom z występów w hali Alicja Leszczyńska obecnie mieszka w Niemczech. - Cieszę się z mojej drogi, która zaprowadziła mnie aż do Berlina - wyznaje zawodniczka, która obecnie próbuje swoich sił w rozgrywkach plażowych.

Do grona udanych zaliczyć możesz śmiało Smart Beach Tour Norymberga, gdzie po męczących kwalifikacjach awansowałaś do turnieju głównego – gratulacje! Jak zapamiętałaś piątkowe zmagania w Norymberdze?

Alicja Leszczyńska:Dziękuję bardzo za gratulacje. Przede wszystkim jestem bardzo szczęśliwa, bo nie przyjechałyśmy jako faworytki turnieju. Powiedziałyśmy sobie, że po prostu damy z siebie wszystko, że będziemy walczyć o każdą piłkę i może się uda! I tak się stało, choć niepotrzebnie sprawiłyśmy sobie parę „horrorów” – mówię tutaj oczywiście o tie-breakach. Satysfakcja z awansu była naprawdę ogromna, zwłaszcza że zostawiłyśmy na piasku, całe nasze serce.

Norymberskie słońce było w ostatnich dniach bezlitosne. Na ile taka pogoda utrudnić może grę?



Wcześniej grałam w hali, dlatego nie ukrywam, że nie jestem przyzwyczajona do takiej pogody. (uśmiech) Było strasznie gorąco, jednak będąc już na piasku, nie myśli się o tym. Razem z moją partnerką Karoline (Fröhlich – przyp. red.) jesteśmy ambitnymi dziewczynami, dlatego tak naprawdę słońce nie ma znaczenia. Czy jest akurat czterdzieści stopni czy tylko dwadzieścia, wiemy, że musimy grać zawsze na sto procent.

Za wami prawdziwy kwalifikacyjny maraton – aż pięć rozegranych jednego dnia spotkań. Które z nich kosztowało was najwięcej wysiłku i nerwów?

Tak naprawdę trudno powiedzieć, było kilka takich spotkań, jednak chyba najwięcej emocji towarzyszyło ostatniemu, piątkowemu meczowi (Alicja Leszczyńska i Karoline Fröhlich zmierzyły się w nim z duetem Inga Hammes/Laura Hammes – przyp. red.). Awans był już tak blisko! Wiedziałyśmy, że brakuje nam tylko jednej wygranej, aby wystąpić w turnieju głównym. Myślami już w nim byłyśmy. Wydaje mi się, że właśnie tamto spotkanie zapamiętam na dłużej.

W Norymberdze grałaś w duecie z Karoline Fröhlich. W trakcie spotkań widać było, że cały czas wymieniacie się cennymi uwagami. Fakt braku trenera wymaga od was większej samodyscypliny i wzajemnej kontroli?

Musimy ze sobą dużo rozmawiać – był to dopiero nasz drugi turniej razem i brakuje nam zgrania. Mimo że Karo jest ode mnie młodsza, ma duże doświadczenie w siatkówce plażowej. A mówiąc jeszcze o trenerach – w zeszłym roku moim trenerem był Manuel Rieke – rozgrywający, który znany jest z występów w najwyższej lidze w Niemczech w siatkówce halowej. To naprawdę świetny człowiek – można wiele się od niego nauczyć. W tym momencie nie mam z nim treningów, gdyż obecny sezon traktuję raczej w kategoriach dobrej zabawy. W ostatnich tygodniach nie grałam żadnych turniejów, byłam „obok” siatki, tym bardziej czuję ogromną radość z gry – potrzebowałam już tych emocji.

W kwalifikacjach do Smart Beach Tour Norymberga miałyście swoje świetne serie punktowe, ale czasami pojawiały się i niepokojące przestoje. Co było ich przyczyną?

Swoją rolę odegrało na pewno zmęczenie – ten piątek był dla nas bardzo długi i ciężki. Tak naprawdę w trakcie tego dnia nie miałyśmy ani chwili przerwy – był tylko czas, by szybko się wykąpać i coś zjeść. Nie da się ukryć, że kumulacja tych wszystkich meczów dała nam popalić. (uśmiech) To, co cieszy, to fakt, że potrafiłyśmy się odbudować. Nie jest łatwo, kiedy coś się „zacina”, wrócić do gry i na nowo się skupić, a to nam się udawało. Pokazałyśmy naszą waleczność.

Polscy kibice pamiętają cię jako siatkarkę halową – występowałaś w wielu znanych klubach. Dlaczego zdecydowałaś się zamienić halę na plażę?

Całe życie grałam w hali i w pewnym momencie poczułam, że nie chcę tego robić. Któregoś dnia powiedziałam sobie: okej, może to czas, żeby przestać grać? Może to czas, by wykonać jakieś inne kroki w moim życiu? Początkowo nie wyobrażałam sobie siebie w roli siatkarki plażowej. Myślałam: „Ja na plaży? To się nie uda”. (śmiech) Jak się jednak okazało, spróbowałam i spodobało mi się. Co jeszcze zadecydowało o właśnie takiej mojej decyzji? W hali strasznie bolały mnie kolana – i to właściwie na każdym treningu.

Zanim jeszcze postawiłaś na plażówkę, z polskich parkietów przeniosłaś się do Köpenicker SC Berlin, gdzie występowała też inna Polka, Ilona Dröger.

Zgadza się. Grałyśmy z Iloną w moim pierwszym sezonie w Niemczech. Było super, miałyśmy dobry sezon, byłyśmy bardzo zgranym zespołem. To był chyba najlepszy rok w całej mojej karierze. Byłam przeszczęśliwa, grając w tym klubie, mieliśmy oddanych kibiców. Bycie częścią tego zespołu dało mi strasznie dużo… Dopiero w kolejnym sezonie, który był już inny, w mojej głowie zaczęły pojawiać się różne myśli i wątpliwości. Chciałam zmienić moje życie. Siatkówka halowa jest sportem bardzo wymagającym – trenuje się dwa razy dziennie, a w weekendy jeździsz na mecze. Nie ma w tym „innego” życia. Grając w siatkówkę plażową, ciężko jest wyłącznie w trakcie meczu. Po zejściu z piasku, można już układać sobie życie.

Gdy trafiłaś do drużyny z Berlina, składała się ona z siatkarek z różnych stron świata. Szybko odnalazłaś się w tym zespole? Znałaś już wtedy język niemiecki?

W tamtym pierwszym sezonie atmosfera była świetna. Mieliśmy zawodniczki z różnych krajów, a konkretnie: Czeszkę, Słowaczkę, Brazylijkę, Amerykanki, trenerem natomiast był Kubańczyk. Rozmawiać ze sobą staraliśmy się po angielsku. Jeśli chodzi o mój niemiecki, to gdy przyjechałam do Berlina, był on beznadziejny. (śmiech) Teraz jest już z tym troszeczkę lepiej, coraz więcej rozumiem, próbuję też mówić w tym języku. W Berlinie akurat wszyscy mówią też po angielsku, więc jest to pewne ułatwienie, tak czy inaczej chciałabym się odważyć i częściej używać języka niemieckiego. Miejmy nadzieję, że sobie poradzę – jak powszechnie wiadomo, nie jest to niestety najłatwiejszy język.

Pochodzisz z siatkarskiej rodziny – twoi rodzice poświęcili siatkówce halowej praktycznie całe życie. Jak odnieśli się do twoich decyzji – przeprowadzce do innego kraju i nowej, „plażowej” drodze?

Nie jest to dla nich proste. Nie mieszkamy niby tak bardzo daleko, ale nie widujemy się – oni pracują, ja jestem w Niemczech. Wiem jednak, że są zadowoleni, że jestem szczęśliwa. To jest dla nich w tym wszystkim najważniejsze. Oczywiście chcieliby, żebym grała w hali. Mój tata, wieloletni trener siatkówki, zawsze powtarza, że wciąż powinnam uprawiać siatkówkę halową. Ciężko mu się pogodzić się, że jest inaczej, ale cóż, akceptuje to… Dzień przed kwalifikacjami widziałam się akurat z siostrą, która przyjechała ze Stanów, z jej synem i rodzicami. Były to dla nas wyjątkowe, intensywne chwile – musimy częściej się spotykać.

Twój tata to doskonały trener – rozwijałaś się pod jego skrzydłami. Dla wielu kibiców był to wystarczający powód do przypięcia ci „łatki”, że wszystko, co osiągnęłaś, pomógł załatwić ci tata. Może także przez te uporczywe uwagi trudniej było ci grać w polskiej lidze niż we wspomnianych Niemczech?

Myślę, że ma pani sto procent racji. Było wiele komentarzy typu: „No tak, grasz, bo tata…” Dotyczyły one zarówno mnie, jak i mojej siostry, która grała w Bielsku-Białej jako 15-letnia dziewczyna. Tata – trener bielskiego zespołu – postawił na nią nie dlatego, że była jego córką, tylko dlatego, że była po prostu dobra. Ludzie nie mogli pogodzić się z tym, że ta 15-latka gra i dodajmy: wygrywa. Właśnie to było w tym wszystkim ciekawe – zespół wygrywał, moja siostra sobie radziła, a wciąż pojawiały się jakieś komentarze. Niewątpliwie było to trudne, jednak cieszę się z tego, jak zostałyśmy przez rodziców wychowane oraz z tego, czego się nauczyłyśmy pod względem siatkarskim. Siatkówka to nie tylko gra – to również poznawanie ludzi i funkcjonowanie w grupie. Cieszę się też z mojej drogi, która zaprowadziła mnie aż do Berlina. Jestem tutaj naprawdę szczęśliwa.

Gdybyś mogła zmienić coś w swojej karierze – co by to było? Za tobą niekoniecznie dobre wspomnienia, m.in. z klubu Sandeco TPS Rumia…

Jak można żyć, opłacać mieszkanie, normalnie funkcjonować, jeśli nie dostaje się wynagrodzenia za swoją pracę? Nie da się żyć bez pieniędzy. Na pewno byłoby kilka rzeczy, które zmieniłabym, gdybym mogła. Być może pewne decyzje podejmowałam kiedyś zbyt szybko, a pewnie wymagały one dłuższego przemyślenia. Było kilka takich sytuacji. Trudnym czasem był dla mnie też sezon w Bydgoszczy, gdzie nie grałam zbyt wiele, a później nie trenowałam nawet na swojej pozycji, tylko na libero. Szczerze mówiąc, sporo było tego po drodze…

No właśnie, kiedy w bydgoskiej ekipie kontuzji doznała Monika Smak, nagle dołączyła do was Jana Sawoczkina, przez co znów byłaś bez „etatu”. A ty czekałaś przecież na moment, w którym trener ci zaufa… Miałaś żal, że tak to wszystko się potoczyło?

Na pewno miałam żal. Byłam młoda, chciałam się ogrywać. Trener Makowski nie postawił na mnie. Klub ściągnął nową zawodniczkę – byłyśmy więc ja i Jana, a potem… Byłyśmy w klubie we trzy. To było trudne do zrozumienia, dlaczego trener reprezentacji nie stawia na Polkę, tylko na 33-letnią siatkarkę z Ukrainy. Ciężko było odnaleźć się w takiej sytuacji, czy też – co oczywiste – być z niej w jakimkolwiek stopniu zadowoloną.

W Niemczech złapałaś swój drugi oddech, odżyłaś. Co najbardziej ci się tutaj spodobało? Jest coś polskiego, za czym tęsknisz?

Najbardziej spodobali mi się tu ludzie. Ludzie są zawsze najważniejsi! Na pewno dużo się w ostatnich latach zmieniłam – zaczęłam dbać o przyjaźnie. Tak naprawdę siatkarskie życie to wędrówka z jednego miejsca w inne i trudno o utrzymanie przyjaźni. W Niemczech jestem cztery lata i czuję się jak w domu – wreszcie mam znajomych, przyjaciół spoza boiska. Wszyscy są przekochani. A tęsknię najbardziej za rodziną. Ostatnio byłam w Bystrej, koło Bielska-Białej, gdzie mieszkają moi rodzice. Strasznie mi się tam podoba. Bielsko-Biała to mój drugi dom.

Czego można ci życzyć? Sukcesów na jakim gruncie?

Chciałabym skończyć studia. Jest to teraz dla mnie najważniejsze. Mój niemiecki nie jest jeszcze na ten moment na tyle dobry, by studiować tutaj, zatem zdecydowałam się na studia w Polsce i dojazdy na zajęcia co drugi tydzień. Jeśli uda mi się pogodzić życie rodzinne, siatkówkę i studia – chciałabym także kontynuować moje występy na plaży. Proszę wszystkich polskich kibiców, żeby mocno trzymali za mnie kciuki! (uśmiech)

Rozmawiała Sylwia Kuś-Vega – przegladligowy.com

 

źródło: przegladligowy.com

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
siatkówka plażowa

Tagi przypisane do artykułu:
,

Więcej artykułów z dnia :
2015-08-14

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2021 Strefa Siatkówki All rights reserved