Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Publicystyka > Felietony > VolleyBox 3: Siatkarskie panie na pierwszym planie

VolleyBox 3: Siatkarskie panie na pierwszym planie

fot. Michał Ślusarski

Nie wiem, czy zauważyłeś, Patryku, ale miniony tydzień upłynął pod znakiem płci pięknej. Oprócz rekordu świata Anity Włodarczyk (brawo!) trzeba wspomnieć o polskich siatkarkach. Mimo porażek, które naszym paniom się przytrafiły, uważam, że ten tydzień był udany.

Postępowy Patryku,

jak ten epitet pięknie komponuje się z twoim imieniem. Wydaje mi się, że pasowałby także do innych imion: Kinga i Monika. Postępowa Kinga i postępowa Monika. Miniony tydzień zdecydowanie potwierdził moje epitetowe igraszki, bo nasza najbardziej znana kobieca plażowa para – Kinga Kołosińska i Monika Brzostek zrobiły ogromny postęp w swoich karierach. Za taki trzeba uznać brązowy medal mistrzostw Europy, który był pierwszym krążkiem imprezy tej rangi w polskim kobiecym beachvolleyu. Malkontenci powiedzą – fart, ale ja szybko odpowiadam: w żadnym wypadku. Co prawda od początku sezonu nie udało im się wejść do strefy medalowej w żadnym z turniejów cyklu World Tour, ale też nigdy nie pakowały walizek już po fazie grupowej. Z każdego turnieju Polki wracają z grubszym portfelem, ale przede wszystkim z coraz pokaźniejszym dorobkiem punktowym, który już teraz mocno przybliża je do bezpośredniego awansu do igrzysk olimpijskich w Rio de Janeiro. Ich konsekwencja w drodze do Brazylii jest godna podziwu, bo nie od dziś wiadomo, że kobiecy beachvolley zmaga się z wieloma trudnościami i dziewczyny muszą się mocno napocić, by nie tylko wyszlifować swoją formę, ale także przyciągnąć do siebie niezbędnych w wyczynowym sporcie sponsorów. Kinga i Monika przyzwyczaiły nas do pewnego poziomu, poniżej którego nie schodzą, ale w Klagenfurcie udało im się ponad ten poziom wyskoczyć. Osobiście wierzę, że nie był to ich łabędzi śpiew i jedyny znaczący sukces w seniorskiej karierze. Z niecierpliwością czekam na kolejne turnieje i sukcesy w międzynarodowych piaskownicach!

Może trochę mniej optymistycznie na tym tle zaprezentowały się nasze reprezentantki w hali. Głównie za sprawą kadry, która walczyła w Izraelu o punkty w Lidze Europejskiej. Dziewczyny pod wodzą trenera Popika zaliczyły mały falstart i z boiska rywalek wywiozły wygraną 3:2 i srogą lekcję zakończoną wynikiem 0:3. Myślę, że to zaprocentuje w odpowiednim momencie. Na czołówki gazet i telewizyjnych magazynów sportowych trafiły jednak zawodniczki z kadry A, która w Lublinie walczyła o powrót do elity World Grand Prix. Misja nie zakończyła się sukcesem, bo wygrali ci, co wygrać mieli. Holenderki rozegrały 6 setów, spakowały walizki i wróciły do kraju z uśmiechami na twarzy i awansem do elity WGP. Polkom drugi rok z rzędu nie pomógł atut własnych ścian, ale widać postęp: 2014 – 4. miejsce, 2015 – 2. miejsce. Jeśli ta tendencja się utrzyma, to w przyszłym roku strzelą korki od szampanów i doczekamy się powrotu na światowe salony. Oj łezka się w oku zakręciła na myśl o czasach trenera Niemczyka…



Oprę się jednak wspominkom i nostalgicznemu nastrojowi i przejdę do pozytywów z lubelskiego turnieju. A to takie w ogóle są? Ano są. Primo: udało nam się pokonać Portoryko po serii porażek w ostatnich latach. Fakt, który chcę gloryfikować? Niekoniecznie, ale na pewno jest to powód do radości, bo pokonaliśmy rywala, który w rankingu FIVB wyprzedza nas o 13 pozycji. Secondo: doświadczenie w ważnych meczach zebrały młodsze zawodniczki. Co prawda była to słodko-gorzka lekcja, ale kiedyś to młode pokolenie musi swoje przeżyć. Jak to mówią górale: jak się nie przewrócisz, to się nie nauczysz. Tertio: nie było klęski. W różnorakich mediach spotkałem się z opiniami, że w Lublinie nasz zespół czekają tęgie baty. W finale zimny prysznic może i był, ale od pozostałych ekip batów zebrać się nie udało. Chyba ktoś będzie trochę rozczarowany. Quarto: bez Skowrońskiej-Dolaty też da się grać. Pani Kasiu – mam do pani ogromny szacunek (i nie mniejszą sympatię osobistą) za to, co osiągnęła pani, grając na pozycji środkowej, atakującej i przyjmującej w klubach z całego świata, a także w reprezentacji. Nie jestem chyba odpowiednią osobą, by nadać miano „najbardziej utytułowanej polskiej siatkarki” właśnie pani, ale do tego tytułu na pewno bardzo blisko. Brak siatkarki takiej klasy był znaczącym osłabieniem kadry, ale dzięki temu inne przyjmujące mogły pojawić się na boisku i pobrać międzynarodowe nauki. Żadna z trójki Grejman – Kurnikowska – Sieczka może nie zaprezentowała się olśniewająco, jednak ich umiejętności pozwoliły ograć 15. kadrę świata – Portoryko.

I jeszcze na koniec – Polacy szukają dziury w całym. W Lublinie zabrakło „Skowronka”, ale sam brak liderki kadry nie był tak ważny co motyw nieobecności: powody osobiste. Siatkarska Polska rozhuczała się od doniesień, że w kadrze znów są niesnaski, że kolejny trener nie potrafi zebrać gwiazd i „poskładać ich do kupy”, że zespół zżerany jest przez wzajemne konflikty. Ja jakoś tak tego nie odebrałem. Przecież każdemu nagle może zachorować lub umrzeć ktoś bliski, mogą pojawić się kłopoty natury prawnej czy ekonomicznej. Nic nam do tego, a po co tworzyć własne ideologie. Może lepiej jeden z drugim zapytałby którąkolwiek ze stron co, jak i dlaczego zamiast bawić się w pisanie Harlequinów. Szkoda, że Skowrońskiej-Dolaty w kadrze nie było, ale czy jej osoba zagwarantowałaby nam wygraną z Holenderkami?


Złośliwy Przemysławie,

myślałem, że odczekamy chwilę. Myślałem, że będziemy SZCZERZE wymieniali uprzejmości. Myślałem, że będziemy wymieniali swoje poglądy w materii, w której orientujemy się najlepiej. W tym miejscu warto przybliżyć naszym czytelnikom jedną sprawę – w momencie kiedy wpadliśmy na pomysł utworzenia VolleyBoxa, razem z Przemkiem spędziliśmy dobre kilka godzin na łączach telefonicznych, by wymienić nasze poglądy i ustalić w miarę zbieżny dla nas obydwóch sposób prowadzenia naszego cyklu. Myślałem, że nam się udało znaleźć swojego rodzaju consensus, ale… NIE, NIE UDAŁO NAM SIĘ. Przemysław w perfidny sposób wykorzystał to,  o czym rozmawialiśmy i to, przed czym długo się broniłem.

Tak, ja Patryk Jucha nie znam się na żeńskiej siatkówce. Nie oglądam, nie jaram się, nie podoba mi się. Oczywiście nie mówię w tym momencie o reprezentantkach naszego jakże urokliwego kraju. Ba, niektóre z nich są nawet piękniejsze niż Morskie Oko (Bednarek-Kasza), mają spojrzenie głębsze niż jezioro Hańcza (Skowrońska-Dolata) czy czyszczą siatkę z mocą oceanu jak (product placement niezamierzony)… Joanna Wołosz. Super – niech nasze dziewczyny odnoszą sukcesy, niech walczą o medale w jakichkolwiek rozgrywkach – ja jednak nie podejmę się komentowania ich wysiłków.

Jedyne moje doświadczenie z żeńską siatkówką miało miejsce ubiegłej zimy. Ja Patryk Jucha posiadam o 13 lat młodszego brata, który gra w siatkarskich młodzikach w jednej z polskich drużyn. W naszym rodzinnym mieście swoje mecze rozgrywa jedna z pierwszoligowych drużyn żeńskiej siatkówki, a przywilejem dla takich maluchów jak mój brat jest podawanie piłek zawodniczkom w czasie gry. Raz mnie poprosił, bym mu towarzyszył. I właśnie wtedy odkryłem, że to nie jest sport dla mnie, gdyż wynudziłem się jak nigdy. Za dużo obron, krzyku, za mało efektownych ataków. To nie dla mnie. Nie dość, że było 5 setów (słownie: pięć), to jeszcze tie-break grany był na przewagi. Wtedy właśnie doszedłem do wniosku, że jako korespondent jednej z plusligowych drużyn, zdecydowanie wolę plusligowy poziom, plusligową atmosferę i plusligowych zawodników, a także jestem już za stary (a mam 25 lat) na to, by na widok zawodniczek wzdychać „uuu mama” niczym Johnny Bravo w ramach wyrażania podziwu dla ich urody (dla młodszych czytelników – Johnny Bravo to taka postać z kreskówki z Cartoon Network, nadawanej w latach ’90). Nie chcę zabrzmieć szowinistycznie lub nieprofesjonalnie, ale uważam się kompetentny tylko i wyłącznie do wypowiadania się w orbicie plusligowej lub ewentualnie męskich lig zagranicznych – i tego się będę trzymał.

Ubiegły tydzień w moim wykonaniu skupił się na rozważaniu pozornego upadku pewnej potęgi – bo wydaje się, że tak trzeba nazywać sytuację, jaka obecnie panuje w klubie z Jastrzębia-Zdroju. Muszę przyznać, że osobiście darzę ów klub, a także jego kibiców sympatią, pomimo tego, że mieszkam około 300 kilometrów od Górnego Śląska. Sytuacja owego klubu pokazuje, że siatkówka to coś więcej niż sport i tak naprawdę to sytuację panującą w niej można określić tytułem jednego z popularnych seriali, tj. „House of cards”. Trudna sytuacja w Jastrzębskiej Spółce Węglowej znacznie odbiła się w ostatnim oknie transferowym na składzie jednej z czołowych polskich drużyn ostatnich lat, czyt. rozsypała go jak domek z kart, ale czy na pewno?

Niestety wydaje się, że tak. Mówi się, że nie ma ludzi niezastąpionych, jednak straty takich zawodników, jak Wojtaszek, Łasko czy Bartman wydają się być bardzo znaczące. Wiadomo, zostaje utalentowany Popiwczak, który na pewno ma papiery na duże granie, dołączył doświadczony Izraelczyk Alexander Shafranovich czy zdobywający już statuetki MVP w PlusLidze, 21-letni atakujący – Maciej Muzaj. Czy pod batutą Michala Masnego zawodnicy z Górnego Śląska mają szanse na zawojowanie PlusLigi? Wydawać się może, że prędzej dane im będzie się zadowolić rolą przysłowiowego czarnego konia rozgrywek, którego głównym celem będzie awans do play-off nadchodzących rozgrywek PlusLigi niż predysponowanie do zdobywania w niej medali. Kibice z Jastrzębia na pewno zaciskają mocno kciuki przed nadchodzącym sezonem, by Mark Lebedew powtórzył historię z Berlina – gdzie z nieznanych szerzej w siatkarskim świecie zawodników stworzył ekipę liczącą się na europejskich parkietach. Czy mu się to uda? Osobiście mam nadzieję, że tak. Chociażby dla atrakcyjności rozgrywek.

Nie odkryję Ameryki, pisząc, że siatkówka to przede wszystkim biznes. Po meczu finałowym ostatniego sezonu PlusLigi trener Lotosu Trefla Gdańsk – Andrea Anastasi w rozmowie ze mną powiedział: – Asseco Resovia Rzeszów dysponuje być może nawet kilkukrotnie większym budżetem finansowym od nas. Wiadomo, że to nie pieniądze grają, a zawodnicy, jednak to dzięki właśnie tym funduszom pozyskuje się graczy, którzy w obliczu słabszego występu jednego z nich zastępowani są innym z bardzo zbliżonym potencjałem.

Warto zapamiętać słowa włoskiego szkoleniowca. Pieniądze nie grają. Dlatego mam nadzieję, że nie tylko ekipa Lebedewa, ale i trenerów Makowskiego, Daszkiewicza czy Wasilkowskiego pomimo znacznie mniejszych budżetów zdobędą wiele punktów z teoretycznymi potentatami z Rzeszowa, Bełchatowa czy Kędzierzyna-Koźla. Niech wygra sport! Niech wygra ambicja i duch walki!

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Zapraszamy na naszego strefowego facebooka!

źródło: inf. własna

nadesłał: ,

Więcej artykułów z kategorii :
Felietony, inne

Tagi przypisane do artykułu:
, , , , , ,

Więcej artykułów z dnia :
2015-08-04

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2018 Strefa Siatkówki All rights reserved