Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Publicystyka > Artykuły > VolleyBox 1: Siatka – strefa sacrum czy profanum?

VolleyBox 1: Siatka – strefa sacrum czy profanum?

fot. Michał Ślusarski

Pomysłowość i nowoczesność działaczy FIVB przechodzi czasami ludzkie pojęcie. Ostatnio zastanowił mnie powrót do nietykalności siatki. Czy kilka lat temu trzeba było cokolwiek przy tej siatce majstrować? Przede wszystkim z tym pytaniem zwracam się do ciebie, Patryku.

Patryku,

debiuty zazwyczaj bywają trudne. Pierwszy dzień w szkole, pierwsza szkolna miłość, pierwszy pocałunek, pierwszy dzień w pracy, pierwsza kolizja samochodowa – jeśli ktoś te „pierwsze razy” przeżył, to wie, o jakich trudnościach mówię. Ja stanąłem właśnie przed kolejnym pierwszym razem w swoim życiu. Mimo że doświadczenie zebrane w niemal dwudziestopięcioletnim życiu jakieś już mam, to trudno jest mi napisać coś nietuzinkowego w historycznym momencie premiery VolleyBoxa na łamach Strefy Siatkówki. Będzie więc zwyczajnie, typowo i spokojnie: witaj czytelniku i wracaj do nas każdego tygodnia! A teraz do konkretów.

O ile przywitanie było typowe, o tyle nietypowa jest na pewno droga, którą od ładnych kilku lat podąża światowa federacja siatkarska. Mądre głowy z FIVB rokrocznie zaskakują kibiców, dziennikarzy, działaczy, trenerów, a przede wszystkim głównych zainteresowanych – siatkarzy coraz ciekawszymi nowinkami i (pseudo?)usprawnieniami. Po jednej stronie barykady znajduje się śmielej i odważniej stosowany system challenge, możliwość rejestrowania czternastoosobowej kadry meczowej czy rozszerzenie i podział rozgrywek Ligi Światowej oraz World Grand Prix na dywizje. W tych kwestiach FIVB z mojej strony ma lajka i szacunek na dzielni. Byłoby jednak zbyt kolorowo, gdyby wszystkie pomysły były genialne. Do dzisiaj zastanawiam się, co autor miał na myśli, wprowadzając tzw. „złotą regułę” testowaną m.in. na klubowych mistrzostwach świata. Nie wiem, po co na siłę unowocześniać siatkówkę tabletami, które na Final Four w Berlinie „pomagały” trenerom przez dobre 3 minuty meczu, a potem wylądowały pod stolikiem supervisora. Nie wiem też, dlaczego chce się rezygnować z tabliczek z numerkiem podczas dokonywania zmian. Siatkarze na pewno są przemęczeni, ale nie dźwiganiem tabliczek przy zmianach, tylko ogromną liczbą spotkań. Lepiej zasiąść przy stole i pogłówkować nad tematem odciążenia graczy niż sztucznie szukać problemów tam, gdzie ich w ogóle nie ma.



Ostatnio na szczyt decyzyjnych bubli wdrapała się jednak inna nowelizacja przepisów zarządzona przez FIVB – powrót do nietykalności siatki. Kiedy przeczytałem o tej zmianie, złapałem się za głowę i pomyślałem: „po co wy w ogóle przy tej siatce kiedykolwiek majstrowaliście?”. Błąd dotknięcia siatki to według mnie błąd dotknięcia całej siatki, a nie tylko górnej taśmy. Tak mnie nauczono w wieku młodzika, tak uważam po kilkunastu latach gry w siatkówkę. Co miała na celu ta zmiana sprzed kilku lat? Nie wiem, ale widzę, co dzieje się na siatkarskich parkietach. Królować zaczęła bylejakość, a strefa sacrum, jaką jeszcze nie tak dawno była sieć dzieląca parkiet na pół, przeszła do strefy profanum. Przez to nasz kochany sport stał się zbyt kontaktowy i niebezpieczny dla każdego, kto znajdzie się przy siatce. Nie tak siatkówkę wyobrażał sobie jej wynalazca i pierwszy członek elitarnej Hall of Fame, William Morgan.

Wiem, że kolejne zmiany w siatkówce są nieuchronne i kwestią dni/tygodni/miesięcy jest wprowadzenie do wszystkich rozgrywek chociażby siatki LED (¿que pasa?), ale mam nadzieję, że światowa centrala pójdzie po rozum do głowy i pięć razy przemyśli kolejne genialne usprawnienia i udogodnienia. Czy tak trudno zrozumieć, że lepsze jest wrogiem dobrego?


Przemku,

debiuty może i bywają trudne, ale są również swojego rodzaju znacznikiem, iż rozpoczyna się coś nowego, coś, z czym jeszcze nikt z nas nie miał do czynienia, a zarazem coś, co w moim przypadku jest mieszaniną ekscytacji i tremy przed potencjalnym odbiorem moich działań. Każdy z nas ma swoje odmienne upodobania, pasje i zainteresowania. Jak głosi jedna z naszych narodowych mądrości ludowych – „gdzie dwóch Polaków, tam trzy zdania”. Do tej jakże mądrej sentencji można doskonale odnieść twór nazywany siatkówką, a także ideę naszego cotygodniowego cyklu zamieszczanego na łamach Strefy Siatkówki.

Kiedy przeczytałem twój pierwszy wpis, doszedłem do tylko jednego wniosku – niepostępowy z ciebie chłop. Niechętny do zmian. W moim odczuciu wszystkie działania FIVB w dużej mierze mają prowadzić do uatrakcyjnienia widowiskowości siatkarskich spotkań. Przyznaję jednak stuprocentową rację, że nie wszystkie pomysły wprowadzone w życie zdały egzamin na szkolną piątkę (mam tu na myśli zwłaszcza sprawę „berlińskich tabletów”). Powiem więcej, nie zdały nawet na szkolną dwóję, nie przechodząc tym samym do następnej klasy. Inną kwestią jest, czy owe idee powinny w ogóle zostać przetestowane. W tej kwestii również muszę się zgodzić. Lepsze być może faktycznie jest wrogiem dobrego, jednak nie zawsze nowe dobro musi okazać się złem. Ja osobiście jako człowiek postępowy – w przeciwieństwie do ciebie – chętnie przyjmuję wszystkie FIVB-owskie nowinki. Może nie zawsze są trafione, może czasami denerwują, ale mają swój urok i sprawiają, że odkrywamy w sobie nowe emocje i komentujemy coś, czego do tej pory nie było. Mam nadzieję, że podobnie będzie z naszym cyklem, który w końcu również jest nowinką, chociaż nie wymyśloną przez Ary’ego Graçę i jego kumpli.

W ostatnim czasie bardziej niż zmiany światowej federacji siatkarskiej zafrasował mnie temat transferów na naszym rodzimym, plusligowym rynku. Nareszcie doczekaliśmy czasów, kiedy polskie kluby ściągają w swoje szeregi zawodników młodych i perspektywicznych, takich jak Robert Täht, Thomas Jaeschke, Sam Deroo lub ciągle młodych, ale już znanych w siatkarskim świecie – takich jak Kevin Tillie czy Julien Lyneel. Koniec z emerytami, którzy może i byli solidni, ale wartość dodana z ich poczynań była dla klubów, w których występowali, dosyć znikoma. W tym miejscu mam na myśli takie wynalazki jak Ryan Millar, Jeroen Trommel czy przede wszystkim Peter Veres lub Matej Cernić.

W 2005 roku amerykański powieściopisarz Cormac McCarthy napisał książkę „To nie jest kraj dla starych ludzi”, która od momentu wydania została doceniona zarówno przez krytyków, jak i czytelników. W roku 2007 dwójka genialnych reżyserów – braci Coen przeniosła historię zawartą w tej książce na ekrany kin. Kolejny sukces – cztery Oskary. Parafrazując – PlusLiga już była miejscem dla starych ludzi, a konkretyzując i zachowując polityczną poprawność – była miejscem dla zawodników w równym stopniu doświadczonych, jak i wysłużonych. Nic dobrego jednak z tego nie wyszło. Na ten moment znaczna część zawodników, a zwłaszcza stranierich, którzy zasilili polskie drużyny, to ludzie młodzi, dopiero zaczynający przygodę w wielkim siatkarskim świecie. Czy odniosą oni sukces i będą liderami swoich ekip? Czy po zakończeniu sezonu 2015/2016 będzie można powiedzieć, że PlusLiga to miejsce dla młodych ludzi? Jestem przekonany, że tak.

Masz swoje zdanie? Chcesz podyskutować?
Wejdź na strefowego facebooka!

źródło: inf. własna

nadesłał: ,

Więcej artykułów z kategorii :
Artykuły

Tagi przypisane do artykułu:
,

Więcej artykułów z dnia :
2015-07-21

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2021 Strefa Siatkówki All rights reserved