Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > reprezentacja Polski mężczyzn > Komu medal, komu – czyli co wiemy po Lidze Światowej

Komu medal, komu – czyli co wiemy po Lidze Światowej

fot. Arkadiusz Buczyński

Za nami kolejna edycja Ligi Światowej. Nasza reprezentacja, jak wszyscy doskonale wiemy, zajęła w tym roku czwarte miejsce, triumfowali Francuzi. Czy brak medalu mamy rzeczywiście odbierać jako wielką porażkę mistrzów świata? Nie.

Sztab szkoleniowy i siatkarze przebywają obecnie na krótkich urlopach, po których rozpoczną operację „Puchar Świata”. Wróćmy jednak do „Światówki” – zawodnicy i trenerzy zgodnie przyznali, że dla nich wynik ten jest rozczarowaniem, dominuje poczucie smutku i złości. Nie ma się co temu dziwić, wszak mamy do czynienia z grupą ambitnych ludzi, chcących zdobywać medale na każdej imprezie i co ważne, nie są to ambicje absolutnie wygórowane, ale podparte argumentami czysto sportowymi. W Rio także była szansa, aby stanąć na podium. Końcówka tie-breaka w meczu półfinałowym z Francją,czy ostatni set spotkania o brąz z USA niejednego kibica przyprawiły o palpitacje serca (mnie zresztą także). Czegoś jednak zabrakło do tego, aby zdobyć upragniony krążek. To, co się stało w Brazylii i ogólnie całych rozgrywkach, z całą pewnością zostanie przez siatkarzy i sztab szkoleniowy rozłożone na czynniki pierwsze, poddane dogłębnej analizie i zostaną wyciągnięte odpowiednie wnioski. Z rzeczy czysto siatkarskich jednak na pewno na bardzo słabym poziomie funkcjonowała nasza zagrywka. Poza licznymi błędami była ona także po prostu za łatwa dla rywala, który dogrywał sobie piłkę z uśmiechem na ustach, ale można stwierdzić, że ta łatwość wynikała głównie z popełnianych wcześniej błędów. Jedynie Mateusz Bieniek, Michał Kubiak czy Mateusz Mika potrafili krótkimi momentami utrudnić przeciwnikom wyprowadzenie akcji. To widzieliśmy wszyscy i można to powiedzieć z pełną odpowiedzialnością. Zresztą o tym, jak ważną rolę odgrywa serwis, mogliśmy przekonać się chociażby w niedzielnym meczu, kiedy to Taylor Sander wręcz rozstrzelał nasz zespół, pozwalając swojej drużynie odrobić sporą przewagę i zakończyć mecz już w trzech setach.

Patrząc na nasz zespół, to poza zagrywką, o której wspomniano wcześniej, problemem okazały się także spore przestoje, zwłaszcza w Rio. Zespół potrafił po kilku dobrze zagranych akcjach następnie lawinowo popełniać błędy własne albo nie kończyć ataku. Na tym poziomie zostaje to natychmiast wykorzystywane przez przeciwników, którzy takich błędów po prostu nie wybaczają. Momentami także wręcz raziła nieskuteczność ataku, czy to w pierwszej akcji, czy kontrataku i to nie tylko u Bartosza Kurka, ale także i u innych zawodników. Ciężko naprawdę stwierdzić, z czego ona wynikała, być może z narastającego zmęczenia, wszak pamiętajmy, że większość z tych graczy ma za sobą piekielnie trudny sezon w PlusLidze. Nie można też nie wspomnieć przy okazji o tym, co można przeczytać niemal w każdym tekście poświęconym Lidze Światowej – o braku rotacji w składzie. Niemal cała Liga Światowa została rozegrana praktycznie jednym składem, z nielicznymi jedynie epizodami takich zawodników jak Wrona, Możdżonek, Jarosz czy Konarski, nieco więcej grali Łomacz i Buszek, ale też przeważnie wchodzili z ławki. Dlaczego tak się działo? Wie to jedynie Stephane Antiga, który najprawdopodobniej miał w tym jakiś cel, skoro nie wpuścił rezerwowych nawet w trakcie meczu z Serbią, kiedy awans z pierwszego miejsca był już zapewniony. Może chodziło o to, aby ten teoretycznie pierwszy skład zgrał się przed ważniejszymi turniejami? Jeżeli tak, to jest to na swój sposób logiczne wytłumaczenie, wszak w porównaniu z mistrzostwami świata nastąpiły zmiany, z podstawowego składu wypadli przecież Winiarski, Wlazły i Kłos (który teraz będzie musiał walczyć o powrót do wyjściowej szóstki). Trzymanie na boisku Bartosza Kurka, który na dłuższą metę został zmieniony dopiero w meczu z USA przez Dawida Konarskiego, także nie dziwi, bo pamiętajmy, że ten siatkarz zmieniał pozycję. Pytanie jednak, czy jedynie przetestowani w nieco większym wymiarze Buszek i Łomacz wystarczą jako zmiennicy w morderczym turnieju, jakim jest Puchar Świata? Czy pozostali rezerwowi będą w stanie udźwignąć ciężar gry, jeżeli zajdzie taka potrzeba? W Japonii szeroki skład na pewno będzie odgrywał znaczącą rolę.

W turnieju finałowym biało-czerwoni już w pierwszym meczu zapewnili sobie możliwość walki o medale, pokonując Włochów. Potem jednak lepsze okazały się Serbia, Francja i Stany Zjednoczone. Dało nam to czwartą pozycję, co wielu odebrało jako rozczarowanie i wielką porażkę. Nie jest to oczywiście sukces, ale według mnie nie należy tego także odbierać jako katastrofę. Biorąc pod uwagę także fazę interkontynentalną, można postawę naszego zespołu ocenić może nie rewelacyjnie, ale na pewno bardzo przyzwoicie. Przed rozpoczęciem zmagań wszyscy zastanawialiśmy się, jak sobie zespół poradzi bez swoich filarów – Mariusza Wlazłego, Pawła Zagumnego i Michała Winiarskiego, dodatkowo okazało się, że problemy z kolanami wyeliminowały także Karola Kłosa. Stephane Antiga na pozycję atakującego przestawił Bartosza Kurka, który (może poza turniejem finałowym) pokazał się ze znakomitej strony. Z wielkim impetem do zespołu wprowadził się młody Mateusz Bieniek, który wykorzystał nieobecność świeżo mianowanego kapitana zespołu. Tegoroczna Liga Światowa dla nieco przemeblowanej drużyny była na pewno bardzo mocnym przetarciem przed czekającym ją trudnym, ale jakże ważnym wyzwaniem, jakim bez dwóch zdań będzie Puchar Świata. Tam walka będzie szła o to, aby móc powrócić do Rio raz jeszcze za rok, tym razem na igrzyska olimpijskie. Nie wszyscy zawodnicy z kadry Stephane’a Antigi, a nawet większość (np. Bieniek, Drzyzga, Mika Wrona, Łomacz, Konarski czy Kłos), mieli okazję uczestniczyć w tej imprezie cztery lata temu i przekonać się, jak morderczy to turniej. Chociażby dla tych zawodników możliwość – dla niektórych (jak. np. Bieniek) po raz pierwszy, a dla niektórych kolejny już raz zmierzenia się na chwilę przed ważnym turniejem z topowymi zespołami na świecie, nawet w takiej komercyjnej imprezie jak Liga Światowa, może okazać się bardzo pomocna. Tym bardziej, że tegoroczne rozgrywki udowodniły coś jeszcze.



Po raz kolejny mogliśmy się przekonać, że w męskiej siatkówce reprezentacyjnej sytuacja zrobiła się ostatnio naprawdę arcyciekawa. Lista zespołów gotowych do walki o medale największych imprez liczy blisko dziewięć, jak nie więcej pozycji (m.in. Polska, USA, Rosja, Iran, Włochy, Serbia, Francja, Niemcy, Brazylia). Nie wszyscy mogą się z tym zgodzić, ale wydaje się, że w ostatnich latach mówiąc o faworytach danej imprezy, wyniki zespołów z poprzednich zawodów przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Obecnie topowa grupa jest dość szeroka i tak wyrównana, że to niuanse decydują o tym, że drużyna zajmie miejsce pierwsze, czy dajmy na to szóste. Chwila dekoncentracji, trochę niedokładności w grze mogą kosztować naprawdę wiele.

Przykład mieliśmy chociażby w miniony weekend, gdzie Francja i Serbia były już praktycznie spakowane i gotowe do wyjazdu do domu, a ostatecznie zagrały w ścisłym finale. Serbowie byli już o krok od porażki z naszym zespołem, ale ostatecznie zdołali odwrócić sytuację, Francja na przykład w meczu z USA początkowo praktycznie nie istniała, ale w trzecim secie zdołała wrócić do gry i to jej dało awans do półfinału. Zresztą, jak prześledzimy imprezy z ostatnich kilku lat, widać, że nie ma hegemona, który regularnie wygrywa wszystko i nie da się ukryć, że dla nas, obserwatorów wydarzeń, jest to bardzo interesująca sytuacja, tak naprawdę do końca nie wiadomo, kto wygra, nie tak jak jeszcze w pierwszej połowie XXI wieku, gdzie było wiadomo, że złoto zarezerwowane jest dla Brazylii. Przykładów jest bez liku. Rosja chociażby to mistrz olimpijski, mistrz Europy, a w tegorocznej Lidze Światowej zagrała katastrofalnie. Czwarta drużyna ostatnich mistrzostw świata – Francja – wygrała Ligę Światową, a Włochy przed rokiem stanęły na podium „Światówki”, a kilka miesięcy potem zanotowały fatalny występ w mundialu. Amerykanie z kolei, po ubiegłorocznym triumfie w Lidze Światowej, nie weszli do czołowej szóstki mistrzostw świata, a teraz z Rio wyjechali z brązem. To pokazuje tylko, że wśród tylu kandydatów ciężko jest wskazać zwycięzcę. Nie tylko forma sportowa, ale i mentalna (ta chyba nawet bardziej) ma istotny wpływ na to, jak wypadnie zespół na danej imprezie. Przy tak wyrównanej stawce nie mecz, ale nawet jeden set może zadecydować o końcowym rezultacie, co widzieliśmy w Rio i z całą pewnością będzie tak też i we wrześniu w Japonii. Nerwy polskich kibiców znów zostaną wystawione na wielką próbę, miejsca dające awans są tylko dwa, a kandydatów co najmniej pięciu. Nie pozostaje nam zatem nic innego, jak tylko mocno trzymać kciuki za biało-czerwonych.

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
reprezentacja Polski mężczyzn

Tagi przypisane do artykułu:
,

Więcej artykułów z dnia :
2015-07-21

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2019 Strefa Siatkówki All rights reserved