Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Publicystyka > Cykle > O siatkówce prywatnie > O siatkówce prywatnie: Wilfredo Leon Venero – cz. 2

O siatkówce prywatnie: Wilfredo Leon Venero – cz. 2

fot. archiwum

- Na Kubie mamy jedną nadrzędną wizję - jeżeli się pracuje, to się coś zdobywa. Poprzednie pokolenie miało nadzieję, że coś uda mu się osiągnąć i mieli wielką chęć do tego, żeby to zrobić - powiedział w drugiej części obszernego wywiadu dla Strefy Siatkówki Wilfredo Leon.

Jak przeżyłeś szok kulturowy, który towarzyszył przeniesieniu się do Polski z Kuby?

Wilfredo Leon:To był dosyć duży szok, ale szybko się dostosowałem. Najbardziej zaskoczył mnie przede wszystkim język, a także kultura i inny system. Tutaj ludzie są bardziej otwarci, a Kuba jest krajem zamkniętym z dużą ilością ograniczeń. W Polsce można robić wszystko .



Często wracasz na Kubę?

– Nie, ponieważ muszę się przygotowywać do sezonu.

Jakie są twoje najwyraźniejsze wspomnienia, jeżeli chodzi o ojczyznę?

– Są to wszystkie te momenty, które spędziłem szczęśliwie z rodziną i gdy wygrywałem w reprezentacji.

Jak często myślisz o rodzinie, domu, przyjaciołach, dzieciństwie?

– To nie są sprawy, o których można zapomnieć, więc myślę często.

Jakie było twoje kubańskie dzieciństwo?

– Moje dzieciństwo było normalne jak na Kubę. Chodziłem do zwyczajnej szkoły, miałem tam wielu kolegów… Uprawialiśmy bardzo dużo sportów – kiedy jest się małym chłopcem, to ma się wiele marzeń z tym związanych. Moim była gra w siatkówkę, więc zacząłem ją trenować. Moi rodzice starali się spędzać ze mną tak dużo czasu, jak tylko było można, aczkolwiek było to trudne, ponieważ w tamtym czasie budowali dom i musieli sporo pracować.

Czym była dla kubańskiego chłopca perspektywa zajęcia się siatkówką? Jak wielka to była szansa?

– Myślę, że dla każdego sportowca na świecie, który zaczyna uprawiać profesjonalny sport, jest to wielka szansa. Mnie przede wszystkim dało to wiele dobrych doświadczeń z podróży, poznałem mnóstwo osób i to mi otworzyło drzwi, żeby zobaczyć świat z innego punktu widzenia.

Zarówno w polskich, jak i zagranicznych mediach pojawia się mnóstwo przyczyn, dla których kubańscy siatkarze opuszczają ojczyznę. Powiedz szczerze, jak wygląda życie sportowca na Kubie?

– Po pierwsze są aspekty polityczne, których nie chciałbym komentować. Jeżeli chodzi o czynnik sportowy, to różnice wynikają przede wszystkim z wieku zawodników. Zależy jak się spojrzy na siatkówkę – jako na coś, co daje utrzymanie albo coś, co daje spełnienie. Na Kubie mamy jedną nadrzędną wizję – jeżeli się pracuje, to się coś zdobywa. Poprzednie pokolenie miało nadzieję, że coś uda mu się osiągnąć i mieli wielką chęć do tego, żeby to zrobić. Nie chcę powiedzieć, że obecna generacja nie ma tej perspektywy, ale zmieniły się sposoby przygotowywania się do gry i dzisiejsza młodzież jest już pod tym względem inna. Brak doświadczenia zawodników jest zawsze bardzo dużą wadą.

A co by cię czekało, gdybyś hipotetycznie tu i teraz zdecydował się tam na powrót?

– (po chwili milczenia) Jest to moja decyzja – nie chcę gdybać, co by się działo, ponieważ nie chcę grać w reprezentacji. Wydarzyło się tam kilka rzeczy, które się skomplikowały i dlatego nie myślę o powrocie. Mam nadzieję, że sama zrozumiesz tę wypowiedź.

Jak porównałbyś życie na Kubie, społeczeństwo, organizację życia i ustrój do tego, czego doświadczałeś w Europie, choćby w tak specyficznym kraju jak Rosja?

– Przede wszystkim różnica polega na tym, że siatkówka na Kubie jest amatorska, natomiast w Rosji jest ona w pełni profesjonalna. Nic więcej nie powiem.

Co cię przyciągnęło do Polski poza managerem?

– Po pierwsze – moja narzeczona stąd pochodzi. Po drugie – Polska bardzo mi się podoba i uważam, że jest to kraj z dużymi perspektywami na przyszłość. Macie coraz większe szanse rozwoju, horyzonty, także na płaszczyźnie kultury.

Kursujesz między Rosją, Katarem a Polską – co w codzienności daje ci poczucie bezpieczeństwa i dzięki czemu w pędzie życia nie tracisz siebie?

– Bycie sportowcem jest w pewien sposób skomplikowane i jedną z trudności jest to, że nie ma się zbyt wiele czasu dla siebie. Trzeba się dostosować do miejsca, w którym się jest i wykorzystywać czas przeznaczony do odpoczynku, który się ma, a także koncentrować się na tym, co się chce w danej chwili robić. Lubię łowić ryby, a w Kazaniu mogę to robić. Kiedy sezon nie jest pełny w sensie sportowym, to wtedy mogę iść na ryby.

Powiedziałeś, że musisz się dostosowywać do miejsca – czy zdarza się, że tego nie robisz i że nie idziesz na kompromisy?

– To zależy od tego, gdzie się gra. Trzeba rozeznać się, jak jest w danym miejscu, zanim podejmie się decyzję odnośnie do tego, gdzie się zamieszka i będzie żyło przez dłuższy czas. Różni sportowcy podejmują odmienne decyzje – raz trafią do klubu, w którym gra się w porządku, a innym razem będzie odwrotnie i są niezadowoleni. Na siatkarskiej mapie jest dużo miejsc, w których jest bardzo trudno żyć.

Co robisz dla siebie, nie patrząc na oczekiwania innych względem ciebie?

– Idę do baru z kolegami, czasem zerkamy na inne mecze, ale nie te siatkarskie, gram na komputerze… Kiedy byłem młodszy, wielu rzeczy nie mogłem robić, a teraz po prostu sobie korzystam z tego, czego nie miałem wcześniej. Nie zawsze było też tak, że byłem sam, więc doceniam chwile wyłącznie dla siebie.

To w takim razie jak według ciebie jest w Rosji – mówi się, że tamtejsza liga jest trudna, a przykładem na to, że nie jest łatwo tam żyć, jest Matthew Anderson.

– Kiedy patrzy się z perspektywy na daną rzecz, ponieważ jest się poza daną kulturą, to zawsze będzie trochę trudno. Ja podchodzę do tego w ten sposób, że postrzegam miejsce, w którym żyję, z perspektywy tego, co chcę tam osiągnąć. Staram się, żeby wszystko było jak najlepiej, dopóki nie zdobędę tego, na czym mi zależy.

A jak radzisz sobie z samotnością?

– Czasami idę na spacer, często z kimś rozmawiam. Zdarza mi się także wyjść ze znajomymi, ponieważ samotne spędzanie czasu w domu jest dosyć trudne do zniesienia. Moja narzeczona nie przebywa ze mną cały sezon, natomiast od czasu do czasu przyjeżdża. Dokładnie tak samo to wygląda w przypadku większości siatkarzy.

Czy łatwo jest znaleźć towarzystwo, kiedy w drużynie jesteście mieszanką charakterów pochodzącą z wielu kultur?

– Jeżeli się chce, to można bez problemów. Z moim otwartym sposobem myślenia, który jest podobny do tego, jak myślą inni, jest to możliwe. Trzeba mieć na względzie to, że siatkówka jest sportem drużynowym – stąd początek zażyłości i współpracy, ponieważ każdy ma świadomość, że jest w takiej samej sytuacji jak kolega obok i że trzeba się dogadać jako zespół.

Wnioskuję z tego, że drużynę bardziej zbudowaliście w przestrzeni prywatnej niż boiskowej…

– Jest to mieszanka jednego i drugiego czynnika. Punktem wyjścia jest jednak to, że trzeba grać profesjonalnie.

Atmosfera w Zenicie musi być zatem znakomita…

– Musisz przyjechać, żeby się przekonać. (śmiech) To jest jedyny sposób, żeby się dowiedzieć – trzeba przekonać się na własnej skórze. Pod koniec sezonu odwiedziła nas nawet reporterka z Japonii, żeby zobaczyć, jak to wygląda. „Team spirit” nie jest rzeczą, którą łatwo opisać, trzeba to poczuć.

Czy duży jest dysonans pomiędzy postrzeganiem Aleksieja Spiridonowa w mediach, a tym, jaki jest naprawdę?

– Każda drużyna powinna mieć takiego jednego Spiridonowa, jeżeli chce mieć dobre stosunki i atmosferę. (śmiech) On sprawia, że wszyscy są zadowoleni. To wesołek, czasem aż za duży. Kiedy trzeba grać, to trzeba grać, a w momencie, gdy jest się poza boiskiem, to wszystko musi mieć swój klimat. Dopiero poza treningami, meczami można poznać, jaki kto naprawdę jest, ponieważ wtedy występuje poza ryzami profesjonalnymi. Zapytawszy różne osoby o to samo, będą odpowiadać na podstawie tego, co zobaczyli w telewizji. Fragment życia spoza boiska zawsze pokazuje zmiany w zachowaniu.

A jaki jest Władimir Alekno?

– Pierwszą rzeczą, o której chciałbym powiedzieć, to to, że mimo opinii, że jest to osoba bardzo zamknięta, to nie ma ona nic wspólnego z rzeczywistością, ponieważ jest to człowiek, który daje swoje serce na dłoni i bardzo wszystkim pomaga. Rzeczywistość naprawdę nie zawsze jest taka, jaką widzimy w czasie meczów.

To jest bardzo doświadczony trener. Jeżeli myślisz o reprezentacji Polski, to chyba zdajesz sobie sprawę z tego, że miałbyś do czynienia z początkującym szkoleniowcem…

– Mam to na uwadze i mieści się to w mojej definicji „zaadaptowania się” do nowych okoliczności.

Jakie jest to najlepsze wspomnienie z Zenitu?

– Fakt, że traktowaliśmy się prawie jak rodzina. Najlepsze momenty były wtedy, kiedy wychodziliśmy gdzieś, żeby zjeść, opowiadaliśmy o tym, co się u nas dzieje lub gdy dyskutowaliśmy na temat fragmentów treningów, meczów…

Jak treningi z Resovii wpłynęły na twoje przygotowania do wyjazdu do Rosji?

– To była bardzo dobra baza i podwaliny do tego, co zdobyłem później. Dzięki przygotowaniom w Rzeszowie doszedłem do najlepszej formy i wydolności organizmu.

Jeśli miałbyś grać w polskim klubie, to w grę wchodzi tylko Resovia?

– Chcę zostawić wszystkie drzwi otwarte, nie zależy mi na tym, żeby którekolwiek zamknąć, jeśli chodzi o Polskę. (śmiech)

Czego można życzyć Wilfredo Leonowi?

– Jak najwięcej zdrowia i zwycięstw.

Zobacz również:
O siatkówce prywatnie: Wilfredo Leon Venero – cz.1

tłumaczenie: Karina Lubas

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Cykle, O siatkówce prywatnie, Publicystyka, siatkówka światowa, Wywiady

Tagi przypisane do artykułu:
, ,

Więcej artykułów z dnia :
2015-05-26

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved