Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Publicystyka > Cykle > O siatkówce prywatnie > O siatkówce prywatnie – Wiktor Krebok cz. 1

O siatkówce prywatnie – Wiktor Krebok cz. 1

fot. plusliga.pl

- Chcesz być trenerem, to poszukaj sobie bogatej żony, żebyś miał się z czego utrzymać, bo były takie przykłady, że po trzech miesiącach zwalniano szkoleniowca - to tylko jedna z recept na życie z siatkówki zasłużonej postaci tego sportu, Wiktora Kreboka.

Kojarzony jest pan głównie z siatkówką, ale pana młodość wcale nie wskazywała na to, że zajmie się pan akurat tym sportem – pojawił się tez boks, saneczkarstwo, lekka atletyka… Czy to jednak zespołowość, która jest najważniejszą częścią siatkówki, zadecydowała o tym, że ta dyscyplina stała się panu najbliższa?

Wiktor Krebok:Saneczkarstwem zajmowałem się bardzo dawno temu, bowiem jeszcze w czasach technikum, ale warto wspomnieć, że kiedy byłem młody, to zawodnik taki jak ja uprawiał wszystko. Byłem lekkoatletą, saneczkarzem, jeździłem na nartach, nawet kopałem w piłkę… O mojej siatkarskiej przyszłości paradoksalnie zadecydowały sanki. (śmiech) Stało się to podczas niemalże bezśnieżnych Grand Prix Polski w Szczyrku, kiedy z boku góry Skrzyczne zrobiono tor, którym normalnie transportowano drzewo z gór. Tylko tam w całym kraju był śnieg i można było rozegrać zawody. Wystartowałem w nich i po pierwszym ślizgu miałem najlepszy czas – bardzo chciałem wtedy wygrać. Skończyło się to tak, że za drugą próbą wpadłem w olbrzymi jar, roztrzaskałem sanki, z których został tylko czubek. Dość mocno się wtedy potłukłem, co nie pozwoliło mi kontynuować przez jakiś czas przygody ze sportami zimowymi, a jako że się nudziłem, to poszedłem do hali, w której grano w siatkówkę. Na tle innych chłopaków byłem bardzo mały, ale całkiem nieźle odbijałem piłkę palcami, bo miałem już do czynienia z tym sportem, kiedy grałem w technikum w reprezentacji szkoły. Tak jak przypadkowo trafiłem na boisko siatkarskie po niepowodzeniu z sankami, tak samo przypadkowo rozgrywającemu i jeszcze jednemu graczowi Włókniarza przydarzyła się dyskwalifikacja za niesportowe zachowanie, więc potrzebowali szybko jakiegokolwiek zastępcy. Przez taki zbieg okoliczności zostałem włączony do zespołu, który walczył o II ligę. Tak właśnie zaczęła się moja przygoda z siatkówką, a przecież był to sport dla mnie najbardziej niekorzystny! Wcześniej grałem w piłkę i to podobno całkiem nieźle, a mogłem także pójść w stronę lekkiej atletyki, a wybrałem tę dyscyplinę, którą żyję do dzisiaj.



Za pana czasów wszystko wyglądało inaczej – grało się za darmo, najczęściej w opłakanych warunkach, dopłacało się do sportu. Czy pasja była tym, co pozwalało przykryć mankamenty, które wiązały się z brakiem finansów?

Jedno trzeba sobie wyjaśnić – wtedy nikt nie myślał o zawodowym uprawianiu sportu, a zwłaszcza w siatkówce. Wszyscy, którzy zajmowali się tą dyscypliną, byli czystymi pasjonatami – zajmowali się nią tylko dlatego, że byli w niej bezgranicznie zakochani. Pracowaliśmy normalnie, każdy z nas miał swoje stanowisko w zakładzie. Posadę miałem w „Fineksie”, ponieważ z zawodu byłem technikiem-mechanikiem. Byłem tam szefem warsztatów mechanicznych i koordynowałem grupą osiemdziesięciu pięciu ludzi. Po pracy, pięć razy w tygodniu, chodziliśmy na treningi, a ponadto, niezależnie od pogody, w niedzielę wszyscy szli na bielski Plac Chrobrego – niby do kościoła – a potem robiliśmy w prawo zwrot na ulicę Słowackiego, gdzie znajdowała się hala do gry w siatkówkę. Tak właśnie wtedy wyglądał dla nas ten sport. Na początku nie byliśmy zwalniani z pracy na treningi, w niedzielę jeździliśmy na mecze i bardzo często wracaliśmy z nich późno, a w poniedziałek przecież trzeba było iść zarobić na chleb… Przez to, że była pasja, chęć i świadomość, że robimy to wyłącznie dla siebie samych, bo to kochamy tak, że do tego nawet dopłacamy, to każdy z nas walczył do ostatniej kropli krwi, bo satysfakcja z wyniku i samej gry były jedynymi rzeczami, które otrzymywaliśmy w zamian. Pamiętam sytuację, kiedy w bielskiej filii przedsiębiorstwa związanego z Włókniarzem okazało się, że całe środki, które pracownicy w ramach składki przekazywali na działalność drużyny, lądowały w Łodzi, gdzie była centrala. My nie mieliśmy pieniędzy na nic, a to, co mogło trafić do nas, zasilało inne kieszenie. Myślę, że w tamtych czasach wiele rzeczy wyglądało zupełnie inaczej niż w tej chwili.

A jak wyglądało to wszystko od strony technicznej?

Wcale nie byliśmy gorzej wyszkoleni niż dzisiaj, śmiem twierdzić, że nawet było u nas pod tym względem lepiej. W tamtych czasach były chociażby odmienne piłki, bowiem w nich było inne ciśnienie. Gdyby dzisiejszym zawodnikom kazać je odbić, to obawiam się, że w ogóle nie można by mówić o jakimkolwiek pozytywnym przyjęciu. Przy tym sytuacja, że sędzia odgwizduje rozgrywającemu trzy razy w secie podwójne odbicie, była nie do pomyślenia! Wtedy wszystko trzeba było robić palcami, bardzo dokładnie – wyszkolenie techniczne stało naprawdę na wysokim poziomie. Rzecz jasna siatkówka nie była aż tak dynamiczna, jak dzisiejsza, bo ta, którą oglądamy teraz, skręciła w stronę siły kosztem techniki. Dzisiaj piłki z zagrywki pędzą ponad sto kilometrów na godzinę, a wcześniej tak nie było – podstawowym elementem tego sportu był serwis, potem przyjęcie, wystawa i atak, co działo się w przeważającej większości akcji. Od tamtych czasów zmieniły się nieco także przepisy, ale w sumie siatkówka na przestrzeni lat aż tak bardzo się nie przeobraziła. Co do pragmatyki życia codziennego to często jeździliśmy wypożyczonymi od zewnętrznych firm autokarami, których kierowcami przez pół Europy byliśmy my trenerzy. Mieliśmy dwa komplety strojów, trzeba było wozić ze sobą własne piłki, bo przeciwnik nie chciał użyczyć swoich… Grało się w halach, które były w bardzo złym stanie, często nawet na boiskach szkół, bo brakowało miejsca dla siatkówki. Mieliśmy sytuację, w której z powodu braku środków na wypłaty dla zawodników i sztabu musieliśmy coś wykombinować, więc uznaliśmy, że odremontujemy i wykończymy hotel, z którego zyski na czarno zasilą nasze kasy. Zaprzęgłem wtedy moich chłopaków do pracy – do malowania nawet nie potrzebowali drabin, bo mieli po dwa metry, kupiliśmy meble na ostatni kredyt i modliliśmy się, żeby nasz plan wypalił… Za czasów zawodniczych występowaliśmy w zwykłych tenisówkach, obozy szkoleniowe mieliśmy nad morzem, gdzie odbywaliśmy kilkugodzinne treningi na piasku i tak dalej. Obecne siatkarskie pokolenie tego nie przeżywało, a my dzięki takim doświadczeniom nabieraliśmy dużej siły, scalało to drużyny.

W pewnym momencie miał pan wyjątkową możliwość godzenia w jednym czasie pracy zawodnika z obowiązkami trenerskimi. Co dała panu taka optyka? Czy z perspektywy czasu kategorycznie oddzieliłby pan od siebie te dwie role, czy jednak była to dobra okazja do rozwoju na obu polach?

Kiedyś nie do pomyślenia była sytuacja, w której zawodnik niezależnie od tego, czy był mistrzem świata, kraju, czy olimpijskim, od razu po odwieszeniu butów na kołek zostawał trenerem. Dzięki temu, że moja droga była taka, a nie inna, to do czegoś doszedłem i nauczyłem się wielu rzeczy. Poprzez naukę szkolenia juniorów optyka trenerska bardzo się zmienia. Zupełnie inaczej gra się na boisku, a inaczej patrzy na siatkówkę, kiedy siedzi się na ławce trenerskiej. Dzięki temu „miksowi” ról nauczyłem się brać czas w odpowiedniej chwili, robić zmiany, bo przecież czasem zdarzało się tak, że po wywołanej roszadzie człowiek chciał sobie rękę uciąć, że do czegoś takiego dopuścił. Bardzo dokładnie wtedy zobaczyłem, jakie zrobiłem błędy w szkoleniu młodych ludzi i jak od razu rzutowało to na ich postawę na boisku. Wychodziło to też później, po dwóch, trzech latach, bo jak ktoś przyswoił sobie zły nawyk, to bardzo ciężko było go tego oduczyć. Dzięki takiej „terapii szokowej” nauczyłem się bardzo dużo i to potem pomogło mi na drodze do bycia lepszym szkoleniowcem w przyszłości. W tej chwili nie ma już takich trenerów, którzy zaczynają od kompletnych podstaw. W tej chwili mamy do czynienia bardziej z coachami, selekcjonerami, a to smutne zważywszy na specyfikę pracy w klubach siatkarskich. Praca nad zespołem wygląda w tej chwili tak, że idzie się na siłownię, a potem trenuje się w szóstkach pewne elementy. Bardzo mały nacisk kładzie się obecnie na szkolenie indywidualnej techniki, drużyny przestały grać tak zwane „małe gry”, w których uczyło się taktyki, strategii, techniki osobowej, bo zawodnik musiał zrobić wszystko – przyjąć, rozegrać, zablokować, zaatakować… Taka forma ćwiczeń była dawniej bardzo popularna. Ponadto wydaje mi się, że dziś siatkarze mniej trenują.

Zajmuje się pan siatkówką od ponad 50 lat. Kiedy był ten moment, w którym dała ona panu największą lekcję samej siebie?

Jest mi to bardzo trudno określić, bo w sporcie sukces jest niezwykle krótką chwilą. Ze zdobycia Pucharu Polski mogłem cieszyć się tydzień, bo w kolejnym czekały na nas następne mecze ligowe, które mogliśmy przegrać. Mogę jedynie powiedzieć, i to jest chyba odpowiedź na pani pytanie, że czuję ogromny niedosyt, jeżeli chodzi o środowisko bielskiej siatkówki. Mieliśmy tu ogromne możliwości zrobienia wspaniałej siatkówki, a nie zostały one należycie wykorzystane. Graliśmy tu przecież swoimi wychowankami, z którymi weszliśmy do I ligi, a pierwszymi zakupionymi zawodnikami byli Grzegorz Wagner, Wadym Piwowarow, Zdzisław Jabłoński, którzy zresztą za chwilę odeszli. Pamięta się o tym, że w 1968 roku Płomień Sosnowiec grał w europejskich pucharach, a o tym, że tego samego dokonał Włókniarz już nie. My walczyliśmy z Misura Milano, gdzie nie było nikogo, kto nie był mistrzem, a pierwszy set w starciu z nimi zajął nam czterdzieści minut. To był historyczny moment, ponieważ wtedy po raz pierwszy odbyła się transmisja meczu siatkarskiego w telewizji, a w sali na Widoku nie było miejsc – wtedy jeszcze nie obowiązywała ustawa o imprezach masowych, więc ludzi było mnóstwo. To był sukces, o którym nikt dziś nie pamięta. Pracowaliśmy na to bardzo ciężko, bo już od lat sześćdziesiątych, kiedy zaliczaliśmy awanse i spadki w II i III lidze. Później trafiliśmy do I ligi, zdobyliśmy trzecie miejsce i brązowy medal, później piąte… Wtedy właśnie można było wszystko ustabilizować, ale niestety nie było na to warunków finansowych. Nikt nas nie sponsorował, nie było zakładu, który byłby w stanie zabezpieczyć nas od strony socjalnej. Cały czas były problemy z pieniędzmi, które pokutują do dzisiaj, wtedy tylko nie było prezydenta takiego jak Jacek Krywult – jakbyśmy ówcześnie mieli zabezpieczenie w stypendiach sportowych, to chyba spokojnie utrzymalibyśmy tę siatkarską ekstraklasę. Pierwsze moje odejście z bielskiego klubu w latach 80. spowodowane było tym, że nie widziałem już żadnych możliwości rozwoju. Nie było pieniędzy, ludzie rozpoczynali studia, szukali pracy, zwracali się w stronę wojska, więc wszyscy stanęliśmy pod ścianą. Zająłem się więc BKS-em, a z siatkarkami zająłem 5. i 6. miejsce w rozgrywkach. Byłem wtedy młody i prężny, a kobiece oblicze tego sportu było bardzo fajne. Mówiłem, że jak skończę 65 lat, to ponownie zajmę się szkoleniem dziewczyn i później tak się stało. Wracając jednak do dawnych czasów, to po epizodzie z bialankami poszukiwałem dynamicznego zespołu i trafiłem do Beskidu Andrychów, z którym zdobyłem czwarte, najlepsze w historii klubu miejsce. Złożyło się wtedy tak, że „Solidarność” zaczęła swoją działalność i ludzie zaatakowali sportowców, że to nieroby i pracują na lewych etatach, więc sytuacja drużyny mocno się skomplikowała. Stamtąd trafiłem do GKS-u Jastrzębie, ale musiałem tam dojeżdżać, a miałem już wtedy przecież rodzinę, małych synów, więc niekoniecznie było mi to na rękę. W 1985 roku prezesem Włókniarza został Tadeusz Pilarz, który namówił mnie do tego, żebyśmy „w Bielsku-Białej zrobili sobie siatkówkę”. Wtedy siatkarze byli w III lidze, na ostatniej lokacie, która chroniła ich przed spadkiem, a potem w pół roku wywalczyliśmy awans o szczebel wyżej. Niestety, znów sytuacja znana mi wcześniej się powtórzyła – na początku były perspektywy, ale potem dramat w klubie, bo przyszła Izba Skarbowa, pojawiły się perturbacje i nastąpił krach. Zablokowali konta, chcieli ogłosić bankructwo klubu, a my graliśmy w półfinale europejskich pucharów. Pojechaliśmy w tamtym czasie do Rosji, a później MGTU Moskwa przyjechał do Bielska-Białej – wygraliśmy z tą drużyną 3:0. Nic to nie dało, bo brakowało pieniędzy. Próbowałem zdziałać coś z Metalplastem, który miał stać się naszym sponsorem, ale ówcześnie nie była to popularna metoda działania. Tamta dyrekcja nie miała w takich sprawach doświadczenia, nie wiedziała, na jakich zasadach ustanowić współpracę, bo nie było przepisów, które obowiązują w tej chwili. Nic z tego po dwóch latach nie wyszło, trzeba było zlikwidować klub i wróciliśmy do punktu wyjścia. Taka sama sytuacja miała miejsce, gdy do działania doszedł BBTS „Siatkarz-Original”, ale padło to, bo nie poradziło sobie z długami z przeszłości. Tak było do czasów powstania Polskiej Ligi Siatkówki, miasto zaczęło wspierać sportowców, wybudowano Halę pod Dębowcem i dzięki temu mamy tu siatkarską ekstraklasę. To borykanie się z problemami finansowymi klubów, z którymi się związałem, inne kłopoty bielskiego sportu i szanse, jakie zmarnowaliśmy były i są największą lekcją, jaką siatkówka dała mi w życiu.

Z tego, co pan powiedział, siatkówka opiera i opierała się w większości na pieniądzach. Trochę to smutne.

Tak, dokładnie tak jest. Prosty przykład – Resovia grała z Zenitem w Final Four. Rosyjski klub kupił same gwiazdy światowej siatkówki, bo ma olbrzymią ilość środków, więc potencjał na wygrania Ligi Mistrzów miał największy. Rzeszowska drużyna ma ograniczone finanse, choć udało jej się uzbierać naprawdę niezły skład i przy tym wyniku sportowym mogła drżeć o to, którzy z zawodników, którym kończą się kontrakty, wybiorą przywiązanie do zespołu, miasta i marki, a nie wyższe honoraria.

Czy mimo tego wszystkiego, co pan przed chwilą powiedział, bardziej w obecnym momencie życia pamięta pan trudniejsze momenty czy te pełne radości? A może o wszystkim po latach myśli się w jednakowym stopniu?

Pamięta się wszystko z tym, że z czasem pojawia się żal, że nie zawsze poszło tak, jakbym sobie planował. Nie mogę zapomnieć o tej bielskiej siatkówce i o tym, że zawsze mieliśmy pretensje do Pana Boga, że nam tu gdzieś nie wytrysnęła ropa czy nie znalazły się złoża gazu czy surowców. Sport stanął tu w miejscu, kiedy przestał istnieć przemysł włókienniczy. Problemem jest też to, że nie mamy pod jednym dachem juniorów, seniorów i siatkarzy akademickich. Co roku zatrudniamy dwunastu najemników, którzy po sezonie odejdą, bo ktoś zapłaci im więcej. Kiedyś na siatkówkę patrzyło się inaczej, bo była ona ściśle powiązana z rejonem, dla wychowanków to był olbrzymi i dopingujący zaszczyt, że wśród rodziny, przyjaciół, sąsiadów czy znajomych na trybunach mogli reprezentować swoje miasto. Oczywiście, że pamiętam swoje zawodnicze sukcesy i trenerskie porażki – o tym nie można zapomnieć. Teraz pozostaje mi jedynie wyciąganie wniosków, a nie są one najweselsze, bo czasy, kiedy walczyło się za nic o coś się skończyły i teraz patrzy się na wszystko bardzo pragmatycznie. Z drugiej strony nie dziwię się temu – też miałem rodzinę na utrzymaniu, a kariera sportowca trwa bardzo krótko. Szkoda tylko, że wszystkie kluby nie mają takiego samego startu.

*jutro część druga wywiadu

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Cykle, O siatkówce prywatnie, Publicystyka, Wywiady

Tagi przypisane do artykułu:
,

Więcej artykułów z dnia :
2015-04-06

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved