Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > PlusLiga > PlusLiga: Po 23. kolejce czołówka bez zmian, Skra nadal na czele

PlusLiga: Po 23. kolejce czołówka bez zmian, Skra nadal na czele

fot. archiwum

Skra Bełchatów, wygrywając w hicie kolejki z Lotosem Treflem Gdańsk, zapewniła sobie fotel lidera. Za nią niezmiennie znajdują się Resovia i Trefl. Z wyjątkiem meczu w Bielsku-Białej, gdzie gospodarze okazali się niegościnni, w pozostałych meczach triumfowali goście.

W zakończonej właśnie 23. kolejce rozegrano dwa spotkania na szczycie. W pierwszym z nich zmierzyły się ze sobą Transfer Bydgoszcz i Asseco Resovia Rzeszów. Bydgoszczanie na pewno chcieli zmazać fatalne wrażenie, jakie zostawił rozegrany 4 dni wcześniej mecz ze Skrą Bełchatów. Przypomnijmy, że wtedy bełchatowianie rozbili podopiecznych Vitala Heynena w trzech partiach. Teraz już to wszystko nie wyglądało najgorzej, bowiem gospodarze byli skuteczniejsi od rywali w ataku, kończąc ponad połowę piłek, więcej punktowali blokiem, jednak to wszystko wystarczyło na wygranie zaledwie seta. Rzeszowianie byli skuteczniejsi w zagrywce – zaserwowali 8 asów, podczas gdy miejscowi tylko 2. Poza tym mieli fenomenalnie dysponowanego Marko Ivovicia, który zdobył aż 23 punkty. Dobrze też spisywali się Piotr Nowakowski, który dołożył 14 oczek oraz Jochen Schoeps, który dodał drugie tyle. W zespole z województwa kujawsko-pomorskiego punktowali wprawdzie Konstatnin Cupković (18 oczek) i Jakub Jarosz (19 oczek), ale to okazało się za mało. – Wiedzieliśmy, że będzie to ciężkie spotkanie, trudny teren i rywal, który gra bardzo dobrze. Cupković, Waliński i Jarosz od początku sezonu stanowią o sile Bydgoszczy i zdawaliśmy sobie z tego sprawę. Cieszą trzy punkty, bo nie ma co ukrywać, ale to było brzydkie spotkanie i nie było w nim zbyt wiele takich typowych siatkarskich akcji. My się cieszymy tym bardziej, że wygraliśmy nawet i taki mecz za trzy punkty – podsumował spotkanie na łamach „Przeglądu Sportowego” przyjmujący Asseco Resovii Rzeszów, Rafał Buszek. Porażka okazała się dla bydgoszczan bardzo kosztowna, bo spadli z czwartego miejsca na piąte. Resovia zaś obroniła pozycję wicelidera.

Transfer Bydgoszcz – Asseco Resovia Rzeszów 1:3
(24:26, 25:21, 23:25, 21:25)

Po ostatnich trzech meczach, w których MKS Banimex zdobywał punkty, także w spotkaniu z BBTS-em Bielsko Biała podopieczni Roberto Santiliego liczyli na punkty, zwłaszcza że rywal był teoretycznie w ich zasięgu. Jednak zamiast dopisać kolejne oczka do ligowej tabeli, które pozwoliłyby opuścić ostatnie miejsce oraz spełnić wymóg pięciu wygranych meczów w sezonie, będzinianie przegrali spotkanie 0:3. Mimo że przyjezdni mieli lepsze przyjęcie i więcej punktowali zagrywką, to w ogóle tego nie przekładali na skuteczność w ataku i grę w bloku. Tu dominacja bielszczan była wyraźna. Liderami w zdobywaniu punktów w BBTS-ie byli Jose Luis Gonzalez i Wojciech Ferens, którzy zdobyli po 13 oczek, 11 dołożył Serhij Kapelus. Po drugiej stronie siatki osamotniony w zdobywaniu punktów był Miłosz Hebda, który wprawdzie zdobył 16 oczek, ale miał mizerne 35% skuteczności w ataku. Koledzy zupełnie go nie wsparli, bowiem żaden z nich nie osiągnął dwucyfrowej zdobyczy punktowej, najbliższy tego był Mariusz Gaca, który zdobył 7 punktów. – Powiem szczerze, że obawiałem się tego meczu. Był on ważny dla nas z punktu widzenia walki o wyższe pozycje. Cieszę się z agresji i pozytywnej energii. Jestem także zadowolony z trzeciego seta, bo w trudnym momencie, przegrywając, wróciliśmy do gry z wiarą, że można, z agresją w obronie i odwagą w kontrataku – podsumował występ swoich podopiecznych Piotr Gruszka. Z minionych tygodni szkoleniowiec zespołu z Podbeskidzia może być zadowolony. To była czwarta wygrana w nowym roku, która pozwoliła przybliżyć się do 9. miejsca – do zajmującego go AZS-u Politechniki Warszawskiej siatkarze z Bielska-Białej tracą już tylko dwa punkty i mają realną szansę wyprzedzić warszawian.



BBTS Bielsko-Biała – MKS Banimex Będzin 3:0
(25:19, 25:23, 25:22)

Jastrzębian mocno musiała zaboleć porażka w poprzedniej kolejce z Czarnymi Radom, gdyż w środowy wieczór nie dali praktycznie żadnych szans Effectorowi Kielce, gładko wygrywając 3:0. Gdzieś na początku pierwszego i drugiego seta wynik oscylował wokół remisu, ale potem jak zespół ze Śląska wrzucał piąty bieg, to odjeżdżał na momentami nawet kilkanaście punktów (np. 20:8 w drugim secie). Bardzo dobrze z roli pierwszego atakującego wywiązał się Mateusz Malinowski, który zresztą został wybrany MVP. Zawodnik Jastrzębskiego Węgla zdobył w sumie aż 18 punktów, atakując ze skutecznością 58%, do tego po 12 oczek dorzucili Alen Pajenk i Guillaume Quesque. Przy okazji francuski przyjmujący zagrał koncertowo w bloku, aż 6 razy skutecznie blokując rywali. Po kieleckiej stronie siatki zaś królowała mizeria. 36% skuteczności w ataku, najlepszy zawodnik zdobył zaledwie 9 oczek, a cały zespół miał ponad dwukrotnie mniej punktowych bloków od rywala. – Zagraliśmy bardzo słabe spotkanie. Przeszliśmy zupełnie obok meczu, tylko drużyna z Jastrzębia była dziś na parkiecie. Wyniki setów niestety odzwierciedlają naszą grę i styl, który zaprezentowaliśmy. Nasza gra wyglądała bardzo ciężko, mieliśmy słabą skuteczność w ataku. Jeżeli nie kończymy własnych piłek i nadziewamy się na kontry, to nie mamy praktycznie szans z żadną drużyną – skwitował Adrian Staszewski, przyjmujący drużyny z województwa świętokrzyskiego. Sytuacja kielczan nie wygląda ciekawie – zajmują przedostanie miejsce i tylko o jeden punkt wyprzedzają ostatni w tabeli Banimex, zaś z trzech meczów, które im zostały, dwa zagrają ze znacznie wyżej notowanymi w tabeli ekipami z Kędzierzyna-Koźla i Bydgoszczy. Jastrzębianie z kolei dzięki trzem punktom wywiezionym z Kielc i korzystając na potknięciu bydgoszczan, wskoczyli z piątego na czwarte miejsce.

Effector Kielce – Jastrzębski Węgiel 0:3
(22:25, 16:25, 16:25)

Radomianie po niespodziewanej wygranej 3:0 w minionej kolejce nad jastrzębianami, z pewnością chcieli pójść za ciosem i pokonać kolejnego faworyta, a przy okazji przybliżyć się jeszcze bardziej do zagwarantowania sobie ósmej lokaty na koniec rundy zasadniczej. I w przez większą cześć pierwszej partii byli na najlepszej drodze do realizacji tego zamierzenia. Prowadzili już 24:21 i zamiast zakończyć, wydawało się, wygraną dla nich partię, pozwolili kędzierzynianom dojść do głosu. Po zaciętej walce set zakończył się wynikiem 36:34 – górą byli przyjezdni i zdaje się, że ta partia ustawiła już dalszy przebieg całego meczu, bo pomimo zrywów, Czarni nie byli już w stanie zmienić losów spotkania. ZAKSA wygrała 3:0, a w ataku osiągnęła bardzo wysoką skuteczność rzędu 62%. Nie do zatrzymania był Dominik Witczak, który od początku wyszedł w szóstce i zanotował na swoim koncie 19 punktów, atakując ze skutecznością 56%. Jednak mecz życia, a zapewne najlepszy w polskiej lidze, rozegrał Lucas Loh. Brazylijczyk skończył aż 72% ataków i dołożył 13 punktów, był poza tym niemiłosiernie ostrzeliwany zagrywką, a mimo to dobrze sobie poradził, na 44 przyjęte piłki, tylko 3 razy się pomylił. W radomskim zespole najlepiej punktował Mikko Oivanen, który zdobył 16 oczek. – No cóż, podaliśmy rękę rywalowi. Przy stanie 24:21 w pierwszym secie nie wykorzystaliśmy trzech piłek setowych. Jak się nie kończy przy takim wyniku, to potem nie ma się prawa wygrać w całym spotkaniu. Gdybyśmy triumfowali, to zdecydowanie walczyłoby się nam łatwiej, a goście mieliby większą presję – skomentował Daniel Pliński, kapitan Cerradu Czarnych.

Cerrad Czarni Radom – ZAKSA Kędzierzyn-Koźle 0:3
(34:36, 23:25, 21:25)

Lubinianie po dwóch kolejnych porażkach w PlusLidze wrócili na zwycięskie tory i pokonali na wyjeździe 3:1 AZS Częstochowa. Cuprum do tego meczu przystąpił w okrojonym składzie, bez dwóch przyjmujących i bez pierwszego trenera z powodu przeziębienia. To jednak nie przeszkodziło ekipie z Dolnego Śląska w wygraniu meczu, zwłaszcza że przeciwnik dobre momenty przeplatał słabszymi. Przyjezdni zdeklasowali częstochowian jeżeli chodzi o blok – tym elementem zdobyli aż 15 punktów, przy 4 AZS-u, poza tym popełnili zdecydowanie mniej błędów – 18, a ich rywale 27. W szeregach akademików najlepiej spisywał się Bartosz Janeczek, który z dorobkiem 25 punktów (przy skuteczności 52%) był najlepiej punktującym. W zespole gości punktował przede wszystkim Szymon Romać – 23 oczka, Ivan Borovnjak i Jeroen Trommel dołożyli odpowiednio 14 i 13 punktów. – Fajnie, że dzisiaj mimo tych kłopotów zdrowotnych, które mamy, wygraliśmy. Niektórzy, chociaż nie trenowali, dali radę zagrać. Chwała, że się udało. Myślę, że zagraliśmy całkiem solidny mecz. Wykorzystaliśmy nasze atuty. Fajnie, że zdobyliśmy trzy punkty – cieszył się po meczu Paweł Rusek, libero zespołu z Lubina. Podopieczni Gheorghe Cretu umocnili się na szóstej pozycji i na pewno zagrają w play-off o czołowe lokaty, częstochowianie zaś zajmują 12. miejsce.

AZS Częstochowa – Cuprum Lubin 1:3
(23:25, 21:25, 25:21, 20:25)

Akademickie derby rozegrane w stolicy nie były specjalnie dobrym widowiskiem. Najwięcej emocji było w pierwszej partii, bowiem do samego końca wynik był sprawą otwartą, jednak olsztynianie wygrali ją 27:25 i później już warszawianie z akcji na akcję grali coraz słabiej. Jedynym jasnym punktem w drużynie ze stolicy był Michał Filip i to by było na tyle. Olsztynianie dominowali nad rywalem w każdym elemencie, tylko na minus można im zaliczyć większą liczbę popełnionych błędów. W drużynie z Warmii dobrze spisywali się Paweł Adamajtis i Bartosz Bednorz, ale największe brawa należą się Miłoszowi Zniszczołowi, który zresztą został MVP. Wracający po ciężkiej kontuzji środkowy, który cały zeszły sezon był wykluczony z gry, rozegrał fantastyczne spotkanie – skończył 9 z 10 ataków, dołożył do tego 3 bloki i chociaż zagrywką zapunktował jeden raz, to i tak niejednokrotnie sprawiała ona gospodarzom sporo problemów. Dzięki tej wygranej olsztynianie zrewanżowali się warszawianom za porażkę z pierwszej części sezonu, mimo że z powodu kontuzji nie mieli do dyspozycji wszystkich zawodników. Podopieczni Andrei Gardiniego nadal mają szansę na zajęcie lepszej lokaty niż obecna przed play-off – na tę chwilę udało im się wskoczyć o jedno oczko, na 11. miejsce. Zaś inżynierom coraz trudniej będzie dogonić Czarnych Radom i zająć ósme miejsce w tabeli, zwłaszcza jeżeli nadal będą prezentować taki poziom gry.

AZS Politechnika Warszawska – Indykpol AZS Olsztyn 0:3
(25:27, 22:25, 18:25)

O meczu pomiędzy PGE Skrą Bełchatów i Lotosem Trefl Gdańsk mówiło się sporo na długo przed jego terminem i to nie tylko ze względu na to, że spotykali się lider z trzecim zespołem w tabeli. Na meczu miał paść rekord frekwencji w Ergo Arenie, która może pomieścić 10 tysięcy kibiców, a na pewno mógłby to być jeden z meczów z największą widownią w obecnym sezonie. Kibice faktycznie nie zawiedli, bowiem na trybunach zasiadło ponad 10 tysięcy osób, ale nie zawiodły też oba zespoły, fundując naprawdę niezłe widowisko. Najpierw spotkanie przebiegało po myśli gdańszczan, którzy po wygraniu pierwszej partii, także w drugiej byli blisko triumfu, ale dramatyczną końcówkę wygrała Skra i potem już kolejne partie należały do niej. Wygraną musieli jednak bełchatowianie sobie wywalczyć. W statystykach między zespołami były bardzo niewielkie różnice, to też świadczy o tym, jak wyrównane było to spotkanie. Najlepiej punktującymi zawodnikami byli Mateusz Mika i Murphy Troy, obaj z dorobkiem 19 punktów. W zespole z województwa łódzkiego najwięcej punktowali Facundo Conte – 14 oczek i Mariusz Wlazły – 13. Skra dzięki tej wygranej utrzymała fotel lidera, Lotos nadal jest trzeci w tabeli.

LOTOS Trefl Gdańsk – PGE Skra Bełchatów 1:3
(25:18, 25:27, 19:25, 22:25)

Zobacz również:
Wyniki 23. kolejki i tabela PlusLigi

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
PlusLiga

Tagi przypisane do artykułu:

Więcej artykułów z dnia :
2015-02-05

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved