Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > inne > Święta Krzysztofa Andrzejewskiego

Święta Krzysztofa Andrzejewskiego

fot. archiwum

Czy "osiołkowi" nie jest przykro, kiedy koledzy mówią do niego osioł? O wigilii, świętach Bożego Narodzenia, spotkaniu z Mikołajem w rozmowie z... "Osiołkiem", czyli Krzysztofem Andrzejewskim, libero I-ligowego Ślepska Suwałki.

Z czym kojarzą ci się Święta Bożego Narodzenia?

Krzysztof Andrzejewski: –  Nie powiem niczego oryginalnego: z wigilijną wieczerzą, rodziną, ciepłem domowego ogniska. Do niedawna, kiedy jeszcze żyli moi dziadkowie, zazwyczaj wigilijną kolację spożywaliśmy u nich. Teraz spotykamy się w mieszkaniu moich rodziców. W czasie świąt zauważam, i chyba nie tylko ja, że ludzie nawet sobie obcy w tym czasie zbliżają się, stają się bardziej życzliwi. Życzyłbym sobie, żeby tej życzliwości było więcej na co dzień. W naszym szybkim życiu, w pogoni za uciekającym czasem zapominamy często o kulturze, szacunku dla drugiego człowieka. Kierowcy krzyczą na siebie, rowerzyści czy piesi narzekają na kierowców i odwrotnie. Pieniądz bierze górę nad sercem. Zmienia to się w okresie świątecznym, kiedy zegar wprawdzie pędzi tak samo, ale nam wydaje się, że zwalnia, a my z nim. Chciałbym, żeby tak było codziennie…

Czym pachną twoje święta?



– Pierogami z kapustą i grzybami robionymi według przepisu moje babci i wigilijnym kompotem z suszonych owoców. I oczywiście zapachem naturalnej choinki, bo taka zawsze była w domu moich dziadków i jest w moim.

Jak wygląda twój dzień 24 grudnia, od rana do…

– Wszystkie wigilijne dni są do siebie podobne. To jeden z dni wolnych od pracy, w który można się dobrze wyspać. Dla mnie wyspać się to znaczy być w łóżku najdłużej do 8.30. Pomagam w dopinaniu wszystkiego, co jeszcze trzeba dopiąć, aby spokojnie zasiąść przy wigilijnym stole. W tym dniu poszczę, jem mało. Czy mam jakieś obowiązki? Jak trzeba pomagam, ale przyjeżdżając kiedyś do dziadków, dziś do rodziców staram się coś przywieźć, jakieś ciasto czy inną potrawę. Staram się wtrącić swoje przysłowiowe trzy grosze do wigilijnego i świątecznego menu. Do kolacji siadamy tradycyjnie około godziny 17. Nasza rodzina nie jest zbyt liczna: rodzice, ja i mój brat z żoną i dziećmi, brat mojej świętej pamięci babci ze swoją żoną. W tym roku nie będzie mojego brata, ale będą moja narzeczona i córka. To jeszcze bardziej podkreśli wyjątkowy, rodzinny charakter Bożego Narodzenia 2014 roku. Tradycyjnie wieczerzę rozpoczyna modlitwą najstarszy członek rodziny. Później łamiemy się opłatkiem i składamy sobie życzenia. Pierwszą potrawą jest barszcz z pierogami po wileńsku. W ten wieczór na stole króluje ryba przyrządzana „na tysiąc sposobów”. Fanatyczką ryb jest moja mama, a ja je uwielbiam. Podajemy śledzie, karpia, łososia, szczupaka w galarecie, z warzywami, smażonego, w sałatce. Śpiewamy kolędy. Moja ulubiona to zdecydowanie „Wśród nocnej ciszy”, która moim zdaniem najlepiej oddaje nastrój, magię tego wieczoru, tej nocy.

I wówczas rozlega się dzwonek u drzwi…

– Kiedy ja i mój brat byliśmy jeszcze dziećmi, a kolacje odbywały się u moich dziadków, w takcie wieczerzy wywoływano nas z pokoju, najczęściej z ciocią lub mamą szliśmy do innego pomieszczenia, stawaliśmy przy oknie i szukaliśmy na niebie gwiazd. W tym czasie rodzice i dziadkowie pod choinkę podkładali prezenty, albo nie – napiszmy, że w tym czasie do mieszkania przychodził Mikołaj, zostawiał prezenty. Kiedy wracaliśmy do pokoju, to pod choinką leżały już prezenty, a z korytarza, przez otwarte drzwi do mieszkania dobiegał głos: „Chłopcy, chłopcy” –  wołał – Mikołaj wybiega z domu i już go nie zobaczymy. Było w tym coś tajemniczego.

Twoje pierwsze spotkanie z Mikołajem…

–  Nie pamiętam, kiedy to było, ale pamiętam że mój starszy o pięć lat brat i kuzynka w jego wieku na widok Mikołaja uciekli i schowali się pod stół i zaczęli płakać, bo wyglądał dosyć przerażająco.

Prezent, jaki sprawił ci największą frajdę?

–  Uczyłem się w podstawówce, kiedy dostałem piłkę do siatkówki i to nie byle jaką, a oryginalną, klejoną, białą Mikasę. To były czasy, kiedy grało się piłkami szytymi, odrapanymi. Okazało się, że jest to najlepsza piłka w szkole, została specjalnie oznaczona i graliśmy nią nasze mecze. Teraz może to się wydać śmieszne, że w szkolnych rozgrywkach grało się piłką, jaką uczeń dostał w prezencie na gwiazdkę. Ale takie były czasy… Dziś dzieci mają tyle sprzętu, że czasami nie potrafią tego docenić…

A prezent, jaki był dla ciebie największym rozczarowaniem?

– Takiego nie było. Każdy prezent, czy te przysłowiowe skarpety, czy wspomniana Mikasa, cieszy mnie tak samo, bo jest dar od najbliższych. Dla mnie nie ma znaczenia wartość prezentu liczona w złotówkach, a intencja ofiarodawcy. Dlatego obserwuję reakcje najbliższych na prezenty, jakie otrzymali od Mikołaja.

Najdziwniejsza mina, jaką zaobserwowałeś u obdarowanej przez ciebie osoby?

– Zawsze z dużym zainteresowaniem patrzę na swoją mamę, bo szczerze mówiąc, ciężko wybrać dla niej prezent. Zawsze mam, przepraszam, Mikołaj ma duży problem, żeby trafić w jej aktualne oczekiwania czy upodobania. Jej uśmiech po otwarciu prezentu jest bezcenny. I w zasadzie on zawsze jest, raz większy, raz mniejszy, ale jest… Chciałbym, żeby zawsze był ten największy, od ucha do ucha. Jedno jest niezmienne: jej radość i fachowe uzasadnianie do czego i jak ten prezent zostanie wykorzystany. Najgorzej jak nie ma żadnej reakcji.

A zdarzyło się coś takiego?

– Mój tata jest bardzo wstrzemięźliwy w okazywaniu uczuć. Otworzy, popatrzy, zrobi minę „dostałem, bo dostałem i tyle”. Może gdzieś wewnątrz ucieszy się, ale za zewnątrz nie potrafi tego okazać.

Kolacja zjedzona, prezenty rozdane, zbliża się północ…

– Idziemy na pasterkę. Żeby uczestniczyć we mszy, nawet nie musimy wychodzić z mieszkania, wystarczy otworzyć okno, bo w linii prostej do kościoła mamy z 10 metrów. Najczęściej, tak jak duża grupa ludzi, uczestniczymy we mszy, stojąc na chodniku lub na schodach prowadzących do naszej klatki. Nie pcham się do kościoła, w tłum. Spokojnie mogę przeżyć to samo, stojąc na powietrzu.

Pora na świąteczno-noworoczne życzenia. Czego życzyłbyś sobie?

– Czego bym życzył sobie? Na pewno zdrowia. Chciałbym jak najdłużej grać w siatkówkę. Dziś, mając 31 lat, czuję się tak, jakbym miał lat 21. Może częściej rano czuję zesztywnienie w stawach, ale generalnie czuję się bardzo dobrze i chciałbym, żeby trwało to jak najdłużej, żebym nie musiał rezygnować z treningu, meczu. Szczerze mówiąc, boję się tego. Rodzinie złożę życzenia na wigilii. Skoncentruję się zatem na społeczności suwalskiej, która jest mi bardzo bliska. Przyjeżdżając tutaj. nie spodziewałem się, że tak się z żyję z ludźmi, że spotkam ludzi, których mogę nazwać swoimi przyjaciółmi. Im i sobie życzyłbym, żebyśmy trwali w tych więzach, w tym pozytywnym nastawieniu do siebie. Dużo energii daje mi SALOS, w którym uczę się trenerki. Nie ukrywam, że swoją przyszłość wiążę z pracą szkoleniową. A dziewczyny z SALOS-u, które od roku z Wojtkiem (Winnikiem – przyp. red.) trenujemy, dają mi bardzo dużo energii, radości i uczą mnie życia. Obserwuję je, patrzę na ich reakcję, tłumaczę, przekonuję, żeby się nie poddawały, nie wątpiły w swoje umiejętności i możliwości, żeby małe błędy nie zniechęcały ich do pracy i siatkówki. Po chwili łapię się, że to samo mógłbym powiedzieć sobie, bo mam często takie same problemy jak one, potrafię doradzić im, a nie potrafię sobie. Im i sobie życzę, żebyśmy w tym trwali, nawzajem uczyli się siebie i od siebie. Kibicom, oprócz standardowych życzeń zdrowia, wszelkiej pomyślności i kasy na bilety, życzę niezapomnianych wrażeń i emocji na naszych meczach, zabawy na meczu, a nie „eksperckich” ocen. A naszym gwiazdkowym prezentem dla kibiców jest awans w Pucharze Polski do rozgrywek z zespołem PlusLigi.

źródło: slepsksuwalki.pl

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
inne

Tagi przypisane do artykułu:
, ,

Więcej artykułów z dnia :
2014-12-25

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2021 Strefa Siatkówki All rights reserved