Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > PlusLiga > PlusLiga: Skra wraca na fotel lidera, pierwsza porażka Resovii

PlusLiga: Skra wraca na fotel lidera, pierwsza porażka Resovii

fot. archiwum

Kibice śledzący wydarzenia 11. kolejki PlusLigi nie mogli narzekać na nudę - Resovia doznała pierwszej porażki w tym sezonie, a w Częstochowie ewakuowano widzów z powodu alarmu i mecz trwał 160 minut. Na fotel lidera wróciła Skra Bełchatów.

Bydgoszczanie w starciu w Jastrzębskim Węglem pokazali lwi pazur i udowodnili, że ich wysokie miejsce w tabeli nie jest tylko wynikiem bardzo korzystnego układu meczów. Początek spotkania wcale nie wskazywał na taki rozwój wypadków, bo to drużyna ze Śląska wygrała bez większych problemów pierwszego seta, a i w drugim pewnie zmierzała po zwycięstwo. Miejscowi odrobili jednak straty i po zaciętej walce pokonali gości, także trzeci, jeszcze bardziej zacięty niż poprzedni set padł ich łupem. Niezwykłą metamorfozę w tym meczu przeżył Konstantin Cupković, który wszedł na bosko w pierwszym secie, początkowo był nieskuteczny i dopiero potem się rozkręcił. W sumie serbski przyjmujący zdobył aż 23 punkty, 20 kolejnych dołożył Jakub Jarosz. Po drugiej stronie siatki najlepiej punktował Michał Łasko – 18 oczek, o dwa mniej zdobył Patryk Czarnowski. U jastrzębian kulało lewe skrzydło – Krzysztof Gierczyński skończył zaledwie 2 ataki z 11 i był to cały jego dorobek punktowy. Zbigniew Bartman punktował wprawdzie 14 razy, ale skończył tylko 35% otrzymanych piłek. – Po pierwsze jestem bardzo szczęśliwy. Udało się nam wygrać z zespołem z absolutnej czołówki PlusLigi. To jednak nie znaczy, że my do tej czołówki dołączyliśmy – tonował nastroje Vital Heynen. Zarówno jego podopieczni, jak i goście z południa Polski utrzymali swoje miejsca w tabeli – odpowiednio piąte i czwarte.

Transfer Bydgoszcz – Jastrzębski Węgiel 3:1
(22:25, 27:25, 31:29, 25:22)


 



Mecz w Bielsku-Białej był zdecydowanie najmniej ciekawym spotkaniem w całej kolejce. Gdyby gospodarze urwali chociaż seta, albo tak jak w Częstochowie – pojawiłyby się dodatkowe „atrakcje”, może nikt by na brak emocji nie narzekał. Tymczasem dobrze dysponowany beniaminek po raz kolejny pokazał, że ma potencjał, by walczyć w tym sezonie o dobre lokaty, mimo że jest w najwyższej klasie rozgrywkowej pierwszoroczniakiem. Po dwóch łatwo wygranych setach i przy prowadzeniu kilkoma punktami w trzeciej partii, goście się nieco rozluźnili i doszło do gry na przewagi, bielszczanie mieli nawet piłkę setową, ale górą i tak był zespół z Dolnego Śląska. Podopieczni Gheorghe Cretu, oprócz bloku, byli zdecydowanie lepsi we wszystkich pozostałych elementach od swoich rywali. W drużynie przyjezdnej najlepiej punktował Marcel Gromadowski – 15 oczek i 52% skuteczności w ataku, po 10 dołożyli Dmytro Paszycki oraz Łukasz Kadziewicz. W drużynie BBTS-u jako jedyny dwucyfrowy wynik osiągnął Serhij Kapelus – 11 oczek. Piotr Gruszka w trzecim secie, w obliczu niskiej skuteczności swoich nominalnych atakujących, przetestował na tej pozycji Kamila Kwasowskiego i nie wyszło to nawet najgorzej. – Nie był to łatwy mecz, ale po raz kolejny wydaje mi się, że zachowaliśmy spokój w trudnych momentach i to zaważyło na wyniku. Jeszcze raz podkreślę – jesteśmy bardzo zadowoleni z wygranej, bo nie ukrywamy, że zdobyte w Bielsku-Białej punkty są dla nas niezmiernie ważne – analizował na gorąco Paweł Rusek, libero Curpum. Jego drużyna awansowała na szóste miejsce, BBTS pozostał na 11.

BBTS Bielsko-Biała – Cuprum Lubin 0:3
(17:25, 20:25, 24:26)


Konfrontacja z ZAKSĄ była dla Effectora ostatnią z zespołami z „wielkiej czwórki” w pierwszej rundzie rozgrywek. Cztery kolejne mecze z potentatami przyniosły w sumie kielczanom zerowy dorobek punktowy, bo gospodarze przegrali to spotkanie 1:3. Najwięcej emocji było w drugim i trzecim secie. W drugiej odsłonie meczu miejscowi zdecydowanie wzmocnili siłę ataku, co przyniosło wymierny efekt w postaci wygranego seta. W trzeciej odsłonie już nie udało się im utrzymać tego poziomu gry, obniżenie skuteczności w ataku z 52% do 38% spowodowało, że kędzierzynianie poradzili sobie z rywalem. Po raz kolejny, jeżeli chodzi o zespół z Opolszczyzny, trzeba pochwalić postawę Dicka Kooya – Holender prezentuje się bardzo dobrze, nawet gdy ZAKSA grała źle na początku sezonu, to do niego nie można było mieć większych zastrzeżeń. Dorobek 20 punktów, z czego 18 atakiem (51% skuteczności), po 1 zagrywką i blokiem to najlepszy wynik w tej konfrontacji, po drugiej stronie siatki najczęściej punktowali Arvydas Miseikis, Adrian Buchowski i Rozalin Penczew – po 13 oczek, ale żaden z nich nie przekroczył bariery 40% skutecznych ataków. Kielczanie po 11 meczach pozostają na ostatnim miejscu w tabeli, ZAKSA zaś, pomimo wygranej, spadła na 7. pozycję.

Effector Kielce – ZAKSA Kędzierzyn-Koźle 1:3
(17:25, 27:25, 20:25, 19:25)


 

Mecz w Częstochowie prawdopodobnie sam w sobie nie byłby zbyt emocjonujący, bo trudno oczekiwać, by taka była konfrontacja drugiej z dziesiątą drużyną w tabeli. Było jednak inaczej ze względu na okoliczności towarzyszące temu spotkaniu, w pewnym momencie uwaga wszystkich skupiła się na wydarzeniach w częstochowskiej hali. W pierwszym secie przy prowadzeniu gospodarzy 19:16 ewakuowano wszystkich w związku z alarmem i mecz wznowiono kilkadziesiąt minut późnej. Przez to pierwsza partia trwała rekordowe 104 minuty! Po przerwie jednak już rekordów i niespodzianek nie było, bełchatowianie sprężyli się i wygrali 3:0. Drużynie z województwa łódzkiego zupełnie nie przeszkodził brak w składzie Mariusza Wlazłego (nie przyjechał nawet do Częstochowy, bo dostał od trenera wolne), bo bardzo dobrze zastąpił go Maciej Muzaj. Młody atakujący Skry zdobył 13 punktów, tyle samo dołożył Srećko Lisinac, który mógł się pochwalić w tym meczu fenomenalną skutecznością w ataku wynoszącą 90%. W ekipie gospodarzy najlepiej punktował tym razem Mateusz Marcyniak, autor 10 punktów. – Duży wpływ na naszą grę miały wydarzenia w pierwszym secie. Ta przerwa wybiła nas z rytmu i po powrocie na boisko nic nam już nie wychodziło tak, jak powinno. Gra Skry się rozkręciła, a my chyba straciliśmy wiarę w to, że możemy jeszcze coś zrobić – analizował przebieg boiskowych wydarzeń Rafał Szymura. Dzięki tej wygranej i korzystając z potknięcia Resovii, Skra wróciła na fotel lidera, akademicy zaś pozostali na 10. miejscu w tabeli.

AZS Częstochowa – PGE Skra Bełchatów 0:3
(23:25, 20:25, 20:25)


 

W spotkaniu z Banimexem Będzin to warszawianie byli faworytem – jeśli można tak napisać o drużynie złożonej w głównej mierze z dziewiętnastolatków. Akademicy w dziesięciu poprzednich meczach zdobyli 15 oczek i zajmowali ósme miejsce, natomiast będzinianie mieli na swoim koncie cztery oczka i byli na trzynastym miejscu. Początek spotkania w Arenie Ursynów wskazywał na to, że mecz może być łatwy i szybki, bo inżynierowie łatwo wygrali do 14, w czym duży udział mieli będzinianie, oddając rywalowi w tej partii aż 8 punktów po własnych błędach. Jednak w kolejnej odsłonie meczu goście, mówiąc kolokwialnie, „ogarnęli się” i rozgorzała walka. Podopieczni Damiana Dacewicza wygrali drugiego seta, byli blisko sukcesu w trzeciej odsłonie (21:19), ale w końcówce lepsi okazali się siatkarze ze stolicy. Po raz piąty już w tym sezonie zespół z Zagłębia zakończył mecz wynikiem 1:3 i pozostał na przedostatniej pozycji w tabeli. Główną armatą AZS-u po raz kolejny w tym sezonie był Michał Filip, który zapisał na swoim koncie 21 oczek, 12 dołożył Mateusz Sacharewicz, który skończył 8 z 9 piłek i dołożył 3 punkty blokiem i 1 zagrywką. Po drugiej stronie siatki dobrą zmianę dał Michał Żuk, który wszedł za kompletnie nieradzącego sobie Miłosza Hebdę. Żuk zdobył 13 punktów, najwięcej w drużynie MKS-u i może skuteczność ataku nie była najwyższa (39%), ale za to na pewno uspokoił przyjęcie, robiąc to najdokładniej w całym zespole. – Z tabeli rzeczywiście wynika, że jesteśmy lepszym zespołem. Pokazaliśmy to w tym meczu. Troszkę głowa nie pozwoliła nam wygrać drugiego seta, odpuściliśmy. Na szczęście szybko wyciągnęliśmy wnioski i udało nam się wygrać całe spotkanie za trzy punkty – cieszył się po spotkaniu Michał Filip.

AZS Politechnika Warszawska – MKS Banimex Będzin 3:1
(25:14, 16:25, 27:25, 25:20)


 

Niedzielne spotkanie w Radomiu ważne było dla obydwu drużyn – zarówno Czarnym, jak i AZS-owi bardzo zależało na wygranej. Dwa zespoły, które w zeszłym roku były rewelacją rozgrywek, w tym prezentują się znacznie poniżej oczekiwań. O ile radomianie wygrali trzy z dziesięciu wcześniejszych meczów, o tyle bilans olsztynian był gorszy i wynosił dwa zwycięstwa. Zresztą po porażce w 10. kolejce z Politechniką Warszawską Rada Nadzorcza klubu postawiła ultimatum – jeżeli w najbliższych trzech meczach nie będzie poprawy, drużynę czekają zmiany. Jak widać, z presją lepiej poradzili sobie siatkarze z Mazowsza, w dodatku grali w swojej specyficznej hali i wygrali z akademikami 3:1. Z bardzo dobrej strony w tym meczu pokazali się dwaj młodzi zawodnicy Cerradu – Bartłomiej Bołądź, który z dorobkiem 21 oczek był najlepiej punktującym zawodnikiem spotkania i Bartłomiej Grzechnik, który dołożył 10 oczek, z czego aż 6 blokiem. W szeregach przyjezdnej ekipy punktowali przede wszystkim Levi Cabral – 20 punktów i Paweł Adamajtis – 17 punktów. – Dzisiaj wygraliśmy mecz dlatego, że byliśmy mega zmotywowani. Te punkty są bardzo nam potrzebne – powiedział Bartłomiej Grzechnik. Dzięki tym trzem punktom radomianie nadal depczą po piętach ósmej w tabeli Politechnice, olsztynianie zaś pozostali na 12. miejscu.

Cerrad Czarni Radom – Indykpol AZS Olsztyn 3:1
(25:18, 14:25, 25:13, 25:22)

 


 

Kończący jedenastą kolejkę mecz w Gdańsku przyniósł ze sobą wszystko to, co powinien przynieść hit kolejki – dobrą siatkówkę, suspens i na koniec niespodziankę. Porażka niepokonanej do tej pory w lidze Resovii Rzeszów nie jest rzeczą, której by się wszyscy spodziewali. Owszem, już po tym, co pokazali gdańszczanie w poprzedniej kolejce ze Skrą Bełchatów, można było oczekiwać, że w tym starciu rzeszowianom nie będzie łatwo o wygraną. Zresztą podopieczni Andrzeja Kowala mogli w tym meczu stracić więcej niż jeden punkt, bo po tym, jak Trefl „zlał” ich w trzeciej partii, przegrywali już 1:2 w setach. W tie-breaku jeszcze prowadzili 10:8, ale przegrali 15:17. Bohaterem meczu był Murphy Troy, którego dwa asy w końcówce dały jego drużynie wygraną. Zresztą Amerykanin spisywał się w tym meczu wyśmienicie – zdobył 23 punkty, kończąc 44% piłek, w tym te kluczowe i został wybrany MVP. Wprawdzie po drugiej stronie siatki Jochen Schoeps zdobył punkt więcej i był nieco skuteczniejszy w ataku, ale on i koledzy oddali rywalowi zbyt dużo punktów po błędach, by myśleć o wygranej. – Czujemy się świetnie. To wyjątkowa rzecz wygrać z Asseco Resovią. To nasze wielkie zwycięstwo. W ciągu tygodnia zagraliśmy dwa bardzo dobre mecze – ostatnio ze Skrą i teraz z najsilniejszą obecnie drużyną w Polsce – powiedział na łamach serwisu sport.pl MVP spotkania. W tym wszystkim szkoda tylko jednej rzeczy – że tak wspaniałe widowisko mogli zobaczyć tylko kibice, którzy przybyli do Gdynia Arena…

LOTOS Trefl Gdańsk – Asseco Resovia Rzeszów 3:2
(25:20, 22:25, 25:16, 14:25, 17:15)

 

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
PlusLiga

Tagi przypisane do artykułu:

Więcej artykułów z dnia :
2014-11-24

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2021 Strefa Siatkówki All rights reserved