Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > PlusLiga > PlusLiga: W 4. kolejce największa sensacja w Częstochowie

PlusLiga: W 4. kolejce największa sensacja w Częstochowie

fot. archiwum

W miniony weekend największą niespodziankę sprawił AZS Częstochowa, pokonując 3:0 Cerrad Czarnych Radom. Najwięcej emocji było w Rzeszowie, gdzie miejscowi odrobili 6 punktów straty w tie-breaku i wygrali mecz.

O ile w starciu Skry z ZAKSĄ emocji za wiele nie było, o tyle dwie pozostałe drużyny z „wielkiej czwórki”, czyli Resovia i Jastrzębski Węgiel, postarały się o dostarczenie sporej dawki przeżyć w bezpośredniej konfrontacji. Oczywiście sam fakt rozstrzygnięcia meczu w tie-breaku nie byłby sam w sobie niczym szczególnym, ale już sposób w jaki on przebiegał na pewno zapisze się w historii jako dosyć niezwykły. Jastrzębianie prowadzili już w meczu 2:1 w setach, potem jeszcze rzeszowianom udało się doprowadzić do piątej partii, ale tie-break ponownie zaczął się po myśli gości. Podopieczni Roberto Piazzy prowadzili już 6:0, ale nie wykorzystali tej przewagi. Gdy przy stanie 1:6 na zagrywkę wszedł Nikołaj Penczew, to zszedł z niej dopiero przy stanie 8:6, odmieniając losy seta i meczu. Gdy jeszcze dodamy, że w całym spotkaniu bułgarski przyjmujący zapisał na koncie 23 punkty i był najlepiej punktującym zawodnikiem spotkania, to zobaczymy, że przyznana mu statuetka MVP była całkowicie zasłużona. – Dzisiaj był mój dzień – powiedział po meczu Penczew. Tym samym Resovii udało się pozostać jedną z trzech ekip, które do tej pory nie poniosły porażki i przy okazji zrewanżować jastrzębianom za zeszłoroczne porażki w półfinale Pucharu Polski oraz II rundzie play-off Ligi Mistrzów.

Asseco Resovia Rzeszów – Jastrzębski Węgiel 3:2
(25:27, 25:15, 18:25, 25:22, 15:12)

W zakończonej w niedzielę 4. kolejce PlusLigi o największą niespodziankę postarali się tym razem częstochowianie. Kto by się spodziewał, że zespół, który w trzech poprzednich meczach zdobył zaledwie 1 punkt, bez straty seta pokona 4. drużynę w tabeli? A jednak akademikom udało się tego dokonać, być może chcieli zatrzeć złe wrażenie po gładkiej porażce z AZS-em Politechniką Warszawską. Faktem jest, że w większości mecz przebiegał pod dyktando podopiecznych Marka Kardosa, dopiero trzeci set był naprawdę zacięty. Fenomenalną dyspozycję na zagrywce zaprezentował Mateusz Przybyła, który tym elementem zdobył aż 5 punktów, 4 dołożyli jego koledzy. To właśnie dzięki zagrywce środkowego AZS-u jego zespół odrobił straty w pierwszym secie od stanu 11:14 i wyszedł na prowadzenie 18:14. – Bardzo mocno graliśmy w polu serwisowym, odrzuciliśmy radomian od siatki, dzięki czemu później było nam łatwiej w bloku i co za tym idzie – w obronie. Myślę, że właśnie te elementy pozwoliły nam zwyciężyć. Popełnialiśmy też bardzo mało błędów. Porównując z naszymi ostatnimi meczami, zrobiliśmy o wiele mniej błędów własnych – analizował po meczu Mateusz Przybyła. Dla częstochowian była to dopiero pierwsza wygrana w tym sezonie, a dla radomian druga porażka z rzędu.



AZS Częstochowa – Cerrad Czarni Radom 3:0
(25:21, 25:19, 25:22)

Bydgoszczanie kontynuują swoją zwycięską passę. Po zwycięstwach nad zespołami z Olsztyna i z Kielc przyszła kolej na ekipę z Będzina. Podopieczni Vitala Heynena na południe Polski jechali w roli faworyta i ze swojej roli się wywiązali, aczkolwiek wygrana wcale nie przyszła im łatwo. O ile bowiem pierwszy set został przez nich pewnie i wysoko wygrany, o tyle w drugiej odsłonie meczu brylowali będzinianie. Duża w tym zasługa zmienników – na boisku pojawili się Jakub Oczko, Tomasz Tomczyk oraz Maciej Pawliński. Gospodarze do walki zerwali się także w czwartym secie i niewiele brakowało, a doprowadziliby do tie-breaka. Jednak podobnie jak w meczu z Olsztynem, podopieczni Damiana Dacewicza nie potrafili wykorzystać nadarzających się okazji. – To już nie pierwszy taki mecz w naszym wykonaniu, gdzie to my powinniśmy wygrać, a jeśli nie wygrać, to przynajmniej zdobyć jakieś punkty. Jest to nasza bolączka, ale mam nadzieję, że wreszcie się to odwróci – mówił po meczu Michał Żuk, przyjmujący Banimexu. Najwyższy czas, by się odwróciło, bowiem MKS jest jedynym zespołem w PlusLidze z zerowym dorobkiem punktowym, a teraz czeka go konfrontacja z Jastrzębskim Węglem. Bydgoszczanie po tej wygranej awansowali na czwarte miejsce w tabeli.

MKS Banimex Będzin – Transfer Bydgoszcz 1:3
(16:25, 25:18, 17:25, 23:25)

Beniaminek z Dolnego Śląska po wygranej nad ZAKSĄ złapał wiatr w żagle i w minioną sobotę pokonał na własnym boisku AZS Olsztyn. Początek spotkania wcale nie zapowiadał takiego scenariusza, bo olsztynianie odrobili czteropunktową stratę w pierwszym secie i pewnie go wygrali. Ale w następnych odsłonach meczu końcówki setów należały już do siatkarzy Cuprum. Bardzo dobrą zmianę dał Szymon Romać, który wszedł za słabiej spisującego się Marcela Gromadowskiego i zanotował na swoim koncie 17 oczek przy 60% w ataku. Po drugiej stronie siatki najlepiej punktował Levi Cabral – 18 oczek, ale wiele to nie pomogło. Lubinianie wręcz zamurowali rywali, 18 razy skutecznie zablokowując ich ataki (w rewanżu otrzymali 8 „czap”), ale w zamian oddali sporo punktów po błędach – aż 28, dostając w rewanżu 19. – Z grą, jaką zaprezentowaliśmy, nasze zwycięstwo w pierwszym secie to i tak jest chyba za dużo – powiedział dla oficjalnej strony klubowej Michał Potera, libero akademików. Fakty są takie, że zespół, który w zeszłym sezonie był rewelacją sezonu, obecnie po czterech meczach ma tylko jedną wygraną na koncie, zaś beniaminek, który na początku natknął się na ligowe tuzy, zaliczył drugą wygraną z rzędu i już plasuje się w środku tabeli.

Cuprum Lubin – Indykpol AZS Olsztyn 3:1
(21:25, 25:23, 25:23, 25:20)

Zła passa kędzierzynian trwa. W starciu z PGE Skrą Bełchatów podopieczni Sebastiana Świderskiego nie dość, że nie ugrali nawet seta z dobrze dysponowanym rywalem, to jeszcze przegrali w kiepskim stylu. Zwłaszcza uwaga ta dotyczy pierwszego seta, przegranego do 12… Prawie w każdej z meczowych statystyk bełchatowianie byli lepsi, począwszy od skuteczności w ataku (61% do 47%), poprzez zagrywkę (7 do 2), blok (9 do 3) do liczby popełnionych błędów (16 do 12). Jedynie w przyjęciu kędzierzynianie byli minimalnie lepsi, ale to akurat w niczym im nie pomogło. Fenomenalne spotkanie rozegrał Mariusz Wlazły, który zdobył aż 23 punkty, przy skuteczności aż 70%. Nie dość, że reprezentacyjny atakujący nękał przeciwników skutecznymi atakami, to jeszcze ich blokował – czterokrotnie i rozstrzelał zagrywką – w sumie 5 asów. W drużynie z Opolszczyzny po raz kolejny zawiódł Kan van Dijk, który zdobył tylko 8 punktów i kończył co trzecią piłkę (35%). Warty odnotowania jest też fakt powrotu Michała Winiarskiego do gry i to z całkiem dobrym rezultatem (10 oczek na koncie). Dzięki tej wygranej podopieczni Miguela Falaski umocnili się na pozycji lidera, zaś dla ZAKSY była to czwarta porażka z rzędu, wliczając w to mecz o Superpuchar.

PGE Skra Bełchatów – ZAKSA Kędzierzyn-Koźle 3:0
(25:12, 25:21, 25:21)

Effector Kielce to drugi obok MKS-u Będzin zespół w lidze, który nie zaznał jeszcze w tym sezonie smaku zwycięstwa. Kielczanie pojechali na Pomorze osłabieni brakiem Sławomira Jungiewicza. Wobec braku atakującego i faktu, że Bartosz Krzysiek dopiero wraca do formy, na ataku zagrał przekwalifikowany z przyjęcia Rozalin Penczew. Bułgar jednak był mało skuteczny, skończył zaledwie 24% ataków i zmienił go Bartosz Krzysiek, który nie grał wcale o wiele skuteczniej. A w drużynie z Gdańska w ataku rozegrał się Murphy Troy, który zdobył punktów 17 i skutecznie zaatakował 54% piłek. W całym meczu przewaga Trefla nie podlegała dyskusji, a dominację gospodarzy chyba było najlepiej widać w ataku i bloku (11 do 4). – Zagraliśmy po prostu źle. Mieliśmy swój plan gry, ale Gdańsk nie pozwolił nam go zrealizować. Musieliśmy zaryzykować zagrywką, ale to się zupełnie nie udało – skomentował grę swojej drużyny Dariusz Daszkiewicz. Jego podopieczni mają na koncie zaledwie jeden punkt i zajmują przedostatnie miejsce w tabeli, Lotos zaś, nadal z kompletem zwycięstw, wskoczył na pozycję wicelidera.

Lotos Trefl Gdańsk – Effector Kielce 3:0
(25:16, 25:15, 25:19)

Na zakończenie czwartej kolejki PlusLigi BBTS Bielsko-Biała w pierwszym meczu tego sezonu rozgrywanym na własnym parkiecie podejmował AZS Politechnikę Warszawską. Warszawianie przyjechali na Podbeskidzie osłabieni brakiem Artura Szalpuka i momentami było widać, że go brakuje. Jednak pozostali zawodnicy nie tracili ducha walki i kibice zgromadzeni w hali Pod Dębowcem zobaczyli niezwykle zacięte widowisko. W stołecznej ekipie ciężar gry wziął na swoje barki Aleksander Śliwka, który rozegrał najlepsze spotkanie w tym sezonie – zdobył 28 punktów przy skuteczności w ataku 63%, dokładając do dorobku 3 asy i 3 bloki. Po drugiej stronie siatki bardzo dobre zawody rozegrał Wojciech Ferens – przyjmujący na swoim koncie zapisał 26 punktów, skończył 61% ataków i to właściwie on powinien zostać MVP, bo to jego zagrywki zmieniły losy pierwszej partii, w której warszawianie prowadzili już 24:23, a po serii w polu zagrywki Ferensa zrobiło się 26:24 dla BBTS-u. Stołeczni przegrali wprawdzie pierwsze spotkanie w sezonie, ale powinni się cieszyć z jednego punktu, bo w końcówce czwartego seta to bielszczanie byli już o krok od zainkasowania kompletu punktów. Dla Piotra Gruszki i jego podopiecznych jest to dopiero pierwsze zwycięstwo w tym sezonie.

BBTS Bielsko-Biała – AZS Politechnika Warszawska 3:2
(26:24, 24:26, 25:19, 26:28, 16:14)

Zobacz również:
Wyniki 4. kolejki spotkań oraz tabela PlusLigi

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
PlusLiga

Tagi przypisane do artykułu:

Więcej artykułów z dnia :
2014-10-20

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2021 Strefa Siatkówki All rights reserved